Jeśli tak jak przegapiłeś ten moment, kiedy jazdy na nartach można nauczyć się niepostrzeżenie, kiedy pamięć mięśniowa działa sprawniej, kiedy o upadkach zapomina się szybciej, a właściwie za wiele się o nich nie myśli…  Krótko mówiąc, jeśli tak jak ja jesteś starym piernikiem i nie umiesz jeździć na nartach, a zamarzył ci się zimowy urlop – ten tekst jest dla ciebie.

 

Narciarz (bardzo) początkujący

Swoją przygodę z szusowaniem zaczynam nie byle gdzie, bo w austriackim Schladming na zboczach góry  Planai (1 906 m n.p.m.). To ambitny plan jak na początek, ale nie ma wymówek - wyjazd o nazwie „Austria Challenge” zobowiązuje!

Moje osobiste wyzwanie podczas tego wyjazdu? Postawić swoje pierwsze kroki na nartach i udowodnić, że nie jest za późno, by nauczyć się jeździć na nartach.

Do wykonania tego zadania potrzebny  będzie mi śnieg i góry (o to w Styrii w grudniu nie muszę się martwić),  instruktor (nieoceniony okazał się Daniel i jego narciarskie doświadczenie, dużym wsparciem wykazał się też Michał, który nie śmiał się, kiedy zaliczałam kolejne upadki, ale dzielnie je wszystkie dokumentował). Żeby komfortowo czuć się na stoku przyda się też odpowiedni sprzęt…

 

Sprzęt dla debiutanta

Góry zimą owszem znam – ale z perspektywy piechura. Wiem, ile warstw założyć, żeby nie zmarznąć podczas spaceru w rakach, w przypadku szusowania brakuje mi tego doświadczenia. Ostatecznie na stok wychodzę wyposażona w komplet bielizny termicznej (kalesony i bluzka), długie ciepłe skarpety, lekki polar, rękawice (z gumką na nadgarstki, żeby ich nie zgubić), spodnie narciarskie i zimową kurtkę (przydała się ta ze spacerów w rakach).

Od znajomych pożyczam kask i gogle, a resztę, czyli  buty narciarskie, narty i kijki -  wypożyczam na miejscu. Wychodzę z założenia, że kupowanie własnego sprzętu nie ma sensu, skoro jeszcze nie wiem, czy jazda na nartach to mój żywioł.

 

Do dzieła

Na początku wszystko jest angażujące i nie do opanowania. Bez przerwy coś gubię – tu kijek, tam narty, gdzieś skipass. 

Pierwsze i najważniejsze słowo tego dnia to oczywiście: „pług”. Ta podstawowa technika narciarska ratuje mi życie. Dzięki niej szybko zyskuję minimalną kontrolę nad jazdą – hamuję! 

Wyposażona w podstawową wiedzę ruszam na niebieską trasę nr 8, by dowiedzieć się o Daniela, że… nauka jazdy na nartach to tak naprawdę nauka jazdy… na jednej narcie. Brzmi kontrowersyjne, ale na szczęście nie wymaga odpinania nart. Chodzi o umiejętność przenoszenia ciężaru z jednej nogi na drugą podczas skrętów w czasie zjazdów. Dla osoby (bardzo) początkującej to jak „eureka! A więc o to chodzi w jeździe na nartach!”. 

Zanim jednak złapałam zjazdowy rytm i odnalazłam w tym przyjemność, zaliczyłam: lądowanie w zaspie, lądowanie na pupie i prawie-szpagat. Nie zabrakło też krzyków podczas pierwszego zjazdu, przeklinania stromizny i kilku nabitych siniaków. Wszystko przy małych prędkościach i pod okiem doświadczonego instruktora.

 

Warto spróbować

Do nauki przydadzą się mocne mięśnie brzucha (sprawdzają się w czasie wstawania z upadku!), dystans do siebie (przecież taki był plan, że teraz wjadę w zaspę śniegu) i odrobina ułańskiej fantazji (by odważyć się i spróbować zjechać, choć jeszcze nie wszystko jest pod kontrolą).  Reszta to trening, czyli zapisywanie nowych wzorów w pamięci ruchowej.

Co może pójść nie tak? Początkujący często zapominają o opieraniu ciężaru ciała na językach butów, dociskają obie nogi lub zapominają o prostej zasadzie: chcesz szybko wyhamować skieruj czubki nart w stronę szczytu góry. 

Szusowanie nie jest już taką tajemnicą. I chociaż wpadłam w zaspę śniegu, piszczałam ze strachu w czasie zjazdu, zawisło nade mną widmo kontuzji i przyozdobiłam ciało kilkoma siniakami – mam poczucie satysfakcji. Podjęłam zimowe wyzwanie! #AustriaChallenge.

Hanna Gadomska

 

PS. Podziękowanie dla partnera wyjazdu – TP link za dostarczenie powerbanków i przenośnych routerów, które w przerwach od jazdy pozwoliły pracować nawet na stoku.