Wielu rodziców boi się trójskładnikowej szczepionki przeciw odrze, śwince i różyczce (MMR) z powodu głosów, że jej podanie może wywołać u dziecka autyzm. Zła sława ciągnie się za szczepionką od 1998 r., kiedy to Andrew Wakefield i jego współpracownicy opublikowali w „The Lancet" artykuł sugerujący związek między szczepionką a autyzmem, co po ochoczym podchwyceniu przez prasę doprowadziło do zmniejszenia liczby szczepień i wzrostu zachorowań na choroby, przed którymi chroni MMR.

Dalszy rozwój wypadków, który w maju tego roku zakończył się uznaniem Wakefielda za winnego poważnych błędów w sztuce lekarskiej i odsunięciem od zawodu, nie był już niestety tak atrakcyjny medialnie i w konsekwencji – tak nagłośniony. Tymczasem żadne inne badania nie potwierdziły związku między MMR a autyzmem, a dziennikarskie śledztwo doprowadziło do odkrycia serii godnych potępienia postępków doktora. Jeszcze przed ukazaniem się niesławnej publikacji Wakefield został hojnie opłacony przez prawnika, przygotowującego się do zaskarżenia producentów MMR o odszkodowanie, a sam lekarz opatentował szczepionkę przeciw odrze, której powodzenie na rynku mogła zagwarantować tylko utrata zaufania do szczepionki łączonej .

Na domiar złego badania na 12 dzieciach, które miały stanowić dowód związku szczepień z autyzmem, Wakefield przeprowadził samowolnie, w sposób nierzetelny i wysoce nieetyczny.  I choć w końcu po 12 latach „The Lancet” wycofał kompromitujący artykuł, odzyskanie zaufania rodziców potrwa dłużej, a przez przeciwników szczepień Wakefield prawdopodobnie nadal będzie postrzegany jako bohater – ofiara spisku koncernów farmaceutycznych, środowiska naukowego i dziennikarzy.