Nowe badanie dotyczące amerykańskiego programu Big Brothers Big Sisters pokazuje, że taka relacja może mieć bardzo konkretne znaczenie. Dzieci i nastolatki objęte mentoringiem rzadziej angażowały się w zachowania związane z przemocą i powtarzającym się używaniem substancji psychoaktywnych. Po kilku latach częściej deklarowały też lepsze samopoczucie psychiczne, wyższą samoocenę i większą satysfakcję z życia.
Mentoring, który nie kończy się po jednym warsztacie
Big Brothers Big Sisters to jeden z najstarszych i największych programów mentoringowych w Stanach Zjednoczonych. Jego założenie jest dość proste: dziecko lub nastolatek zostaje połączony z dorosłym wolontariuszem, a para regularnie spędza razem czas, zwykle wokół zainteresowań młodej osoby. Nie chodzi o korepetycje ani o interwencję kryzysową. Sednem jest długofalowa, przewidywalna relacja, wspierana przez koordynatorów programu.
Młody człowiek nie otrzymuje kolejnego komunikatu w rodzaju „uwierz w siebie” wygłoszonego na szkolnej prelekcji. Dostaje doświadczenie, że ktoś obcy z własnej woli chce go poznawać, wracać do rozmowy, pamiętać, co było ważne tydzień wcześniej. Dorośli lubią niekiedy lekceważyć takie rzeczy jako miłe dodatki. Tymczasem z perspektywy dziecka czy nastolatka mogą one budować przekonanie, że jest się wartym uwagi i że relacje nie muszą być przypadkowe ani warunkowe.
Badacze z University of Illinois Chicago objęli analizą 1353 młodych osób w wieku 10 lat i więcej, a ich losy śledzili przez cztery lata. Było to randomizowane badanie kontrolowane, czyli jedna z mocniejszych metod oceny skuteczności interwencji społecznych. Uczestników porównywano z grupą oczekującą na udział w programie, a informacje zbierano nie tylko w ankietach wypełnianych przez dzieci i rodziców, lecz także poprzez dane administracyjne, w tym rejestry zatrzymań.
Mniej przemocy i używek
Wyniki są warte uwagi. Po czterech latach grupa objęta mentoringiem miała istotnie niższy poziom zachowań związanych z przemocą oraz powtarzającym się używaniem substancji psychoaktywnych. W przypadku przestępstw przeciwko mieniu i samych zatrzymań również widać było korzystny kierunek, ale różnice nie osiągnęły istotności statystycznej. Program przyniósł wymierne efekty, ale nie każda analizowana zmienna zmieniła się równie wyraźnie.
Co ciekawe, korzystne sygnały pojawiały się wcześniej. Po 18 miesiącach badacze widzieli już zmiany związane z używaniem substancji, zachowaniami problemowymi i skłonnością do agresji. Po czterech latach obraz zrobił się pełniejszy: młodzi uczestnicy programu częściej wskazywali wyższą samoocenę, lepsze funkcjonowanie psychiczne, mniej objawów depresyjnych i rzadsze myśli samobójcze. W oficjalnym streszczeniu publikacji mowa jest także o lepszych wynikach dotyczących samokontroli, kompetencji społecznych, radzenia sobie, zachowań opiekuńczych rodziców oraz części obszarów szkolnych.

Nie traktowałabym tego jako dowodu, że wystarczy „dobry dorosły” i nagle znika ryzyko przemocy, uzależnień czy kryzysu psychicznego. Młodzi ludzie funkcjonują przecież w rodzinach, szkołach, grupach rówieśniczych i lokalnych społecznościach, a każdy z tych elementów może wzmacniać albo osłabiać poczucie bezpieczeństwa. Bardziej przekonuje mnie ostrożniejszy wniosek: stabilna, wspierająca relacja z dorosłym potrafi być jednym z istotnych buforów ochronnych. Nie zastępuje systemu pomocy, ale może realnie zmniejszać podatność na część zagrożeń.
Polskie szkoły i rodziny też potrzebują takich dorosłych
Choć badanie dotyczy amerykańskiego programu, trudno nie odbierać go szerzej. W Polsce dużo mówimy o samotności młodych, kryzysie psychicznym dzieci, przeciążeniu szkołą, przemocy rówieśniczej i uzależnieniu od bodźców, ale znacznie rzadziej zastanawiamy się, ilu nastolatków ma poza najbliższą rodziną zaufanego dorosłego, do którego naprawdę mogą się zwrócić. Nie nauczyciela wpisanego w szkolny system ocen, nie rodzica kolegi widzianego przy okazji odbioru ze spotkania, tylko kogoś obecnego na tyle regularnie, że relacja ma szansę stać się bezpieczna.
Oczywiście nie da się mechanicznie przenieść jednego modelu z USA do Polski i oczekiwać identycznych rezultatów. Inne są instytucje, inne realia lokalne, inne źródła wsparcia i napięć. Samo badanie obejmowało konkretną organizację, nie wszystkie możliwe formy mentoringu. Mimo to jego znaczenie wykracza poza jedną markę programu. Pokazuje, że długotrwałe relacje wspierające nie są miękkim dodatkiem do „poważnych” działań profilaktycznych. Mogą być jednym z ich fundamentów.
Myślę, że to ważne także dlatego, że współczesne dzieci i nastolatki dostają od dorosłych mnóstwo instrukcji, zaleceń i ocen, a często za mało spokojnej uwagi. Mówimy im, jak mają funkcjonować, ale rzadziej towarzyszymy im na tyle cierpliwie, by zobaczyć, dlaczego w danym momencie nie funkcjonują tak, jak oczekujemy. Mentoring w praktyce może budować w młodym człowieku doświadczenie, że nie jest sam i że jego życie naprawdę kogoś obchodzi.
