Mam coraz większe wrażenie, że stało się dokładnie odwrotnie. Beatlemania wcale nie zniknęła. Nauczyliśmy się ją lepiej organizować, monetyzować i przenosić z ulicy do internetu. Dzisiejszy fan nadal chce należeć do wspólnoty, znać swojego idola lepiej od innych i przeżywać jego sukces jak własny. Tyle że zamiast wycinać zdjęcia z gazet, analizuje kolor sukienki Taylor Swift klatka po klatce na TikToku. Zamiast czekać godzinami pod Abbey Road, może przez całą dobę obserwować Instagrama artysty.
Zanim internet wymyślił fandom, zrobiły to nastolatki
Kiedy Beatlesi pojawili się w lutym 1964 roku w amerykańskim programie Ed Sullivan Show, transmisję obejrzało około 73 milionów osób. Kilka dni wcześniej na lotnisku w Nowym Jorku czekały na nich tysiące rozemocjonowanych fanów. Beatlemania szybko przestała oznaczać zwykłą popularność zespołu. Stała się zjawiskiem społecznym.
Przez lata bardzo wygodnie opisywano ją jednym słowem: histeria. I trudno nie zauważyć, że najczęściej histeryczne miały być właśnie dziewczęta. Późniejsze badania kultury fanowskiej zwróciły jednak uwagę, że wspólne krzyczenie, podróżowanie za zespołem i publiczne okazywanie fascynacji dawało młodym kobietom coś, czego ówczesne społeczeństwo oferowało im w dość ograniczonych ilościach – przestrzeń do swobodnego wyrażania emocji, pożądania, własnego gustu i przynależności do grupy.
Ten mechanizm wyjątkowo dobrze przetrwał próbę czasu. Zresztą dziwnie łatwo szydzimy z dziewczyny znającej wszystkie piosenki Taylor Swift, podczas gdy mężczyzna pamiętający skład swojej drużyny piłkarskiej z sezonu 1998/1999 uchodzi za człowieka z pasją. Popkultura od dekad ma problem z traktowaniem kobiecego entuzjazmu równie poważnie jak innych zainteresowań.

Taylor Swift zamieniła fanowanie w grę zespołową
Swifties są pod tym względem fascynującymi spadkobiercami Beatlemanii. Sam rozmiar zjawiska robi wrażenie. Eras Tour zakończyło się po 149 koncertach, ponad 10 milionach sprzedanych biletów i z szacowanymi wpływami przekraczającymi 2,2 miliarda dolarów. Była to najbardziej dochodowa trasa koncertowa w historii.
Liczby pokazują jednak tylko część fenomenu.
Na koncert Taylor Swift nie szło się wyłącznie posłuchać muzyki. Powstał cały zestaw rytuałów, z których najbardziej charakterystycznym stała się wymiana własnoręcznie robionych bransoletek przyjaźni. Fani przygotowywali stroje nawiązujące do konkretnych etapów kariery, wymieniali się przedmiotami, umawiali w sieci i wspólnie rozszyfrowywali kolejne elementy tego uniwersum.
Swift dodatkowo przez lata przyzwyczajała odbiorców do szukania ukrytych wskazówek w teledyskach, tekstach, strojach czy publikacjach. Badania poświęcone Swifties pokazują już nawet, jak takie polowanie na easter eggi stało się formą zbiorowej zabawy – tysiące osób jednocześnie analizują ten sam materiał, budują teorie i sprawdzają nawzajem swoje interpretacje.
Kiedyś kupowało się płytę. Dzisiaj można wejść do świata artysty i spędzić w nim pół dnia.
ARMY pokazuje, jak bardzo fandom potrafi się zorganizować
Jeszcze ciekawszy jest przypadek BTS. Ich fandom ARMY działa chwilami z organizacyjną sprawnością, której mogłaby pozazdrościć niejedna duża instytucja. Istnieją grupy tłumaczące treści na kolejne języki, konta koordynujące akcje streamingowe, zbiórki pieniędzy, wydarzenia i działalność charytatywną. Badacze analizowali już ARMY nawet jako przykład transnarodowej mobilizacji społecznej.
W 2026 roku siłę tej społeczności ponownie widać po powrocie BTS do wspólnego koncertowania. Wokół amerykańskich występów powstają fanowskie targi, wystawy, imprezy i specjalne wydarzenia organizowane przez lokalne biznesy. Koncert staje się punktem centralnym kilkudniowego życia całego miasta.
I tutaj Beatlemania spotyka się ze współczesnością w wyjątkowo ciekawy sposób. W 1964 roku tłum istniał przede wszystkim wtedy, gdy fizycznie zebrał się przed hotelem albo stadionem. ARMY może być tłumem każdego dnia, chociaż jego członkowie siedzą w Warszawie, Seulu, Buenos Aires i Chicago.
Fan przestał być odbiorcą
Zmieniła się też jego pozycja. W dzisiejszej kulturze fan wykonuje ogromną część pracy promocyjnej właściwie za darmo.

Tworzy montaże na TikToku. Wyjaśnia znaczenie tekstów. Informuje innych o premierze. Produkuje memy. Organizuje odsłuchy. Kupuje kilka wersji albumu. Rozpoczyna dyskusje, które później podchwytują media. Współczesne platformy dodatkowo premiują takie zaangażowanie, więc intensywność fandomu bardzo łatwo zamienia się w zasięgi.
Dlatego mówi się już o gospodarce superfana. Fandom stał się dla branży muzycznej jednym z najcenniejszych zasobów, bo mocna więź z artystą może napędzać jednocześnie streaming, koncerty, merch, modę i całe ekosystemy produktów.
Tyle że wraz z tym pojawił się problem, którego Beatlesi w takiej skali nie mogli znać.
Kiedy bliskość zaczyna być trochę za bliska
John, Paul, George i Ringo mogli zamknąć drzwi hotelowego pokoju. Dzisiejszy artysta nosi hotel w kieszeni.
Social media przez lata nauczyły odbiorców, że znane osoby są dostępne niemal bez przerwy. Widzimy ich mieszkania, psy, znajomych, posiłki, podróże i prywatne przemyślenia. Granica między gwiazdą sceniczną a człowiekiem stopniowo się rozmywa.
Chappell Roan bardzo głośno zwróciła uwagę na konsekwencje tego modelu, kiedy po gwałtownym wzroście popularności zaczęła mówić o natarczywym fotografowaniu, śledzeniu i oczekiwaniu, że będzie dostępna dla obcych także poza sceną. Dyskusja, którą wywołała, dotyczy właściwie całego współczesnego show-biznesu.
Bo fanowska bliskość ma paradoksalną cechę. Człowiek może spędzić setki godzin z głosem, twarzą i historią artysty, podczas gdy artysta nie ma pojęcia o jego istnieniu. Internet sprawił, że czasami o tym zapominamy.

Beatlesi mieli rację wcześniej, niż mogli przypuszczać
Beatlemania pokazuje więc coś znacznie ciekawszego niż fakt, że ludzie od dawna potrafią oszaleć na punkcie muzyków. Pokazuje naszą potrzebę przeżywania kultury razem.
Zmieniły się narzędzia. Krzyk zastąpił czasem hashtag, zdjęcie z magazynu ustąpiło fancamowi, klub fanowski przeniósł się na Discorda, a przypinka z nazwą zespołu została zastąpiona bransoletką Swifties albo świecącym lightstickiem ARMY. Emocja pod spodem jest jednak zaskakująco podobna.
I chyba dlatego nie kupuję opowieści o tym, że internet stworzył obsesyjne fandomy. Internet jedynie dał im Wi-Fi, globalny zasięg i bardzo sprawne narzędzia organizacyjne.
Dziewczyny krzyczące pod sceną Beatlesów prawdopodobnie zrozumiały tę część popkultury kilkadziesiąt lat przed nami: muzyka daje ogromną przyjemność, ale jeszcze mocniej działa świadomość, że obok stoi ktoś, kto właśnie przeżywa dokładnie to samo.
