Mam wrażenie, że wiele osób jest tym drugim światem zaciekawionych, lecz niekoniecznie gotowych, by wieczorami zakładać na całą twarz świecącą maskę. Silk’n LumiGlow powstał właśnie dla nich. To niewielki, bezprzewodowy plaster LED w kształcie serca, który przykleja się do wybranego fragmentu skóry. Jedna sesja trwa pięć minut, więc pielęgnacyjny rytuał można przeprowadzić nawet wtedy, gdy na dłuższy nie starczyłoby ani czasu, ani zapału.
Światło dokładnie tam, gdzie akurat jest potrzebne
LumiGlow nie zajmuje się całą twarzą. Można umieścić go na policzku, nosie, między brwiami, w okolicy drobnych linii albo na pojedynczej niedoskonałości. Producent zastrzega jedynie, że urządzenia nie należy kłaść bezpośrednio na oczach.
W środku znalazły się diody emitujące cztery długości fal i działające w trzech programach. Pierwszy łączy światło niebieskie o długości 415 nm z czerwonym 633 nm i został przygotowany z myślą o wypryskach oraz niedoskonałościach. Drugi korzysta ze światła czerwonego i bliskiej podczerwieni 830 nm, celując w pierwsze zmarszczki oraz utratę jędrności. Trzeci dodaje światło bursztynowe 605 nm i ma pomagać przy zaczerwienieniach, przebarwieniach oraz nierównym kolorycie. Natężenie wynosi od 10,9 do 11 mW/cm², a urządzenie automatycznie wyłącza się po pięciu minutach.
Ten pomysł wydaje mi się rozsądny głównie dlatego, że lepiej odpowiada codziennym potrzebom niż wizja regularnego naświetlania całej twarzy. Cera rzadko urządza nam problemy symetrycznie. Jednego dnia uwagę zwraca pojedyncza zmiana przy nosie, innego zaczerwienienie na policzku, a drobne linie wokół brwi potrafią irytować bardziej niż reszta twarzy razem wzięta. Punktowe urządzenie przynajmniej przyznaje, że pielęgnacja bywa selektywna.
Pięć minut brzmi znacznie lepiej niż nowy wieczorny obowiązek
Pełne maski LED mają swoje zalety, ale wymagają wygospodarowania czasu, znalezienia wygodnej pozycji i pogodzenia się z tym, że przez kilka lub kilkanaście minut wyglądamy jak wyjątkowo elegancki robot. LumiGlow waży zaledwie 20 g, ma około 4,7 cm długości i mieści się w kosmetyczce. W zestawie są przewód USB, woreczek podróżny oraz 15 jednorazowych pasków samoprzylepnych. Na jednym ładowaniu urządzenie ma wystarczać na około sześć do ośmiu zabiegów.

Można więc przykleić je rano podczas szykowania kawy albo wieczorem, kiedy człowiek ma jeszcze siłę na pielęgnację, lecz już żadnej ochoty na rozbudowaną domową procedurę. I właśnie wygoda może przesądzić o sukcesie takiego sprzętu. Nawet obiecująca technologia niewiele wnosi, gdy po trzech użyciach ląduje w szufladzie obok masażera, szczoteczki sonicznej i rollera, które miały odmienić nasze życie w poprzednich sezonach.
Producent dopuszcza codzienne korzystanie z urządzenia, choć programu zawierającego niebieskie światło można używać maksymalnie trzy razy w tygodniu. Sesję należy wykonywać na czystej, suchej skórze, bez makijażu, kremów i serum mogących reagować na światło.
Mały plaster, ale całkiem wysoka cena
LumiGlow kosztuje 59 funtów, czyli około 300 zł. Obecnie jest oferowany w Wielkiej Brytanii, a w kolejnych miesiącach ma pojawić się również w tamtejszych sieciach Lookfantastic i Boots. Na polskim rynku nie ma jeszcze oficjalnej daty premiery.
Sama cena urządzenia wygląda przystępniej niż kwoty, które trzeba zapłacić za rozbudowane maski LED. Jest jednak detal, który warto zauważyć przed zakupem. Plaster utrzymuje się na twarzy dzięki jednorazowym paskom samoprzylepnym. Opakowanie 30 sztuk kosztuje 14,90 funta, czyli około 76 zł. Jeden zabieg oznacza zatem koszt mniej więcej 2,50 zł, a codzienne używanie może wymagać kolejnego zestawu pasków co miesiąc.
Trochę przypomina to drukarkę sprzedawaną w atrakcyjnej cenie, do której później regularnie kupujemy tusz. Nie przekreśla to sensu LumiGlow, lecz zmienia sposób liczenia wydatków. Niewielkie urządzenie może po roku kosztować znacznie więcej niż sugeruje metka, zwłaszcza gdy stanie się stałym elementem pielęgnacji.

LED ma podstawy naukowe, ale skóra nie czyta obietnic z pudełka
Światło czerwone, niebieskie i bliska podczerwień rzeczywiście są badane pod kątem wpływu na trądzik, stan zapalny oraz oznaki starzenia. Amerykańska Akademia Dermatologii podkreśla jednak, że urządzenia domowe mają mniejszą moc niż sprzęt stosowany w gabinetach, a osiągane efekty bywają subtelne i wymagają regularności. Trudno też porównywać wyniki badań, ponieważ poszczególne urządzenia różnią się mocą, długością fal, czasem sesji i sposobem użytkowania.
LumiGlow warto więc traktować jako kosmetyczne wsparcie, a nie domowego dermatologa przyklejanego do policzka. Producent odradza korzystanie w czasie ciąży i karmienia piersią. Konsultacja lekarska jest wskazana również po zabiegach takich jak botoks, wypełniacze, mikronakłuwanie, laser czy radiofrekwencja, a także przy chorobach i lekach zwiększających wrażliwość na światło.
Mimo tych zastrzeżeń pomysł ma sens. Rynek beauty-tech przez lata powiększał urządzenia, dodawał funkcje i podnosił ceny. Silk’n wykonał ruch w przeciwnym kierunku i zostawił użytkowniczce niewielki plaster do konkretnego zadania. Myślę, że właśnie tak może wyglądać kolejny etap domowej pielęgnacji: mniej sprzętu obejmującego wszystko, więcej urządzeń wyciąganych wtedy, gdy pojawia się rzeczywista potrzeba.
