Wiosną syryjscy hakerzy zdetonowali w Białym Domu dwie bomby i zranili Baracka Obamę. Zamach był dziecinnie prosty: wystarczyło włamać się na tweeterowe konto agencji AP i rozesłać wyssany z palca news, żeby zachwiać cenami ropy i indeksami giełdy na Wall Street. Hakerskie harce trwają w najlepsze. Ofiarami ataków padają strony rządowe, serwery antyspamowe, a nawet podmorskie kable światłowodowe, łączące Europę z centrami komputerowymi w Indiach, Malezji i Singapurze. Sądzicie, że na tej wojnie internetowych potęg jesteście bezpieczni?

Ilu z nas używa jednego, łatwego do zapamiętania, a więc i do złamania hasła dostępu do wszystkich kont i adresów, które tego wymagają?

No właśnie! Robi tak pewnie większość z 17 mln polskich internautów. Nie dziwmy się więc, że co trzeci z nas ma komputer zombie. Za jego pomocą hakerzy rozsyłają spam, kradną dane osobowe,  blokują strony i włamują się na konta bankowe. A my nie mamy o tym zielonego pojęcia, beztrosko wrzucając zdjęcia na Facebooka, płacąc rachunki i wysyłając PIT-y przez internet.  

Strach przed hakerami wojskowymi i pospolitymi złodziejami jest taki, że większość dużych graczy internetowych w USA poparła projekt ustawy CISPA, pozwalającej ujawniać organom ścigania dane użytkowników łamiących prawo. Jeszcze niedawno pomysł ustawy SOPA wywołał globalne protesty. Do sprzeciwu wobec CISPA nie przyłączył się Facebook ani Google.