Choć Jacob Jordaens był uważany za jednego z najwybitniejszych artystów flamandzkich, rodzina była dla niego ważniejsza niż sukcesy zawodowe. Na przykład niechętnie stanął na czele cechu malarzy. Choć był to wielki zaszczyt, jemu wystarczyło malowanie w domowym zaciszu. Z tego samego powodu nigdy nie opuścił rodzinnej Antwerpii, żeby – jak było wówczas w modzie – studiować włoskie malarstwo. Za to z niecierpliwością czekał na wszelkie święta, kiedy zbierała się cała rodzina, a w odwiedziny przychodzili sąsiedzi. Jako syn bogatego handlarza lnem miał dziesięcioro rodzeństwa – w domu zawsze było gwarno i wesoło. Cieszył go rozgardiasz i zabawa, nie zwracał uwagi na brak dobrych manier. Wszystkich uważnie obserwował, a potem na płótnach oddawał sceny rozgrywające się przy suto zastawionym stole. Szczególnie w trakcie uczty w noc Trzech Króli. Sporo się wtedy działo. Jeszcze w późnym średniowieczu w katolickich Niderlandach po kościelnych uroczystościach Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego (6 stycznia, w Trzech Króli) świętowano tzw. dwunastą noc lub Driekoningenroud. Urządzano wtedy uliczne zabawy, które potem zamieniły się w rodzinne biesiady. Popularne w XVIi XVII-wiecznych Niderlandach, były obchodzone równie uroczyście jak nasza Wigilia. Choć ówczesne zwyczaje różniły się w różnych miastach i środowiskach, wspólnym elementem było losowanie „króla biesiadnego”. W cieście chowano ziarno bobu, fasoli lub grochu. Szczęśliwy znalazca otrzymywał imitację korony i kierował uroczystościami. Ten rytuał rodem z rzymskich Saturnaliów do dziś zachował się w południowych Niemczech i Szwajcarii.

Jednodniowy król miał dużo pracy. Z pomocą przebranych za głupców i żarłoków biesiadników prowadził wszystkich do karczmy, gdzie wśród okrzyków „Vivat de koning!” wznosił toasty. Zgodnie z tradycją, gdy wypił łyk trunku, pozostali biesiadnicy musieli krzyknąć „Król pije!”. Według XVII-wiecznej legendy okrzyk ten wywodzi się z Betlejem. Podobno jeden z Trzech Króli zakrzyknął tak, gdy zobaczył małego Jezusa karmionego przez matkę piersią. Z karczmy impreza przenosiła się do domu, gdzie na stole nie mogło zabraknąć słodkich wafli dla dzieci. Zgodnie z tradycją maluchy urządzały specyficzną zabawę – skakały nad trzema ustawionymi na podłodze świeczkami (oczywiście na cześć Trzech Króli). W tę noc wolno im było więcej niż zwykle. Podobnie jak wszystkim. Upojony król nie ganił za złe zachowanie – głośne śpiewy, rubaszne żarty i zaloty. Dziewczęta „zapominały się”, matki podsuwały piersi nie tylko niemowlętom. Nikt nie był oburzony.

Jordaens namalował kilka wersji tej radosnej sceny. Uwieczniał uciechy, które zwykle były na cenzurowanym: obżarstwo, opilstwo itp. To pochwała flamandzkiej radości życia i gorącego temperamentu. Czy malarz moralizował? Pracując także dla kościelnych zleceniodawców, chciał może zachowywać pozory. Tym bardziej że był już karany grzywnami za skandaliczne, a nawet heretyckie wypowiedzi. Pieniędzy na szczęście mu nie brakowało. Także na farby. Malował zwykle duże obrazy, choć inni artyści sceny rodzajowe wykonywali tradycyjnie w niewielkich formatach. Jego „Król pije” ma wymiary 156 na 210 cm. Jak szaleć, to na całego!

Patriota-domator

Jacob Jordaens, flamandzki malarz barokowy, to artysta formatu Rubensa i van Dycka. Poza malowaniem – projektował gobeliny. Początkowo wzorował się na Caravaggiu. Chętnie malował sceny mitologiczne i religijne. Na jego płótnach zmieniały się w scenki współczesne z ludem flamandzkim jako głównym bohaterem. „Adorację Dzięciątka” Jordaensa można zobaczyć w Muzeum Narodowym w Warszawie.