Blake Mycoskie miał 29 lat, gdy pojechał na wa­kacje do Argentyny. Właśnie rozkręcał swój czwarty biznes (internetowy kurs prawa jazdy dla nastolatków na pojazdy hybrydowe). Pra­cy miał sporo, ale urlop był dla niego święty. Chciał pić wino Malbec, tańczyć tango i grać w polo. Pod­czas wakacji poznał kobietę, która wraz z grupą wolontariu­szy prowadziła zbiórkę butów dla dzieci, które ich nie mają. Blake nie sądził, że problem ten występuje w tak rozwinię­tych krajach jak Argentyna.

Zaczął jeździć od wioski do wioski, żeby się przekonać, jaka jest skala tego zjawiska. Co innego wiedzieć, że gdzieś tam dzieci chodzą bez butów, a co innego zobaczyć na własne oczy ich poranione, zaropiałe stopy. Niektóre nie chodziły do szkoły, bo buty to element wymaganego mundurka. A bez edukacji nie miały szans, aby wyrwać się z biedy. Wolontariusze, zbierając i rozdając buty, mieli dobre intencje, ale donacja była - nomen omen - piętą achillesową całego przedsięwzięcia. Organizacja całkowicie zależała od darczyńców, nie miała kontroli nad dostawami, jakością czy rozmiarami obuwia.

Blake’owi nie dawało to spokoju. Chciał jakoś pomóc, ale nie popełniając tego samego błędu, co wolontariusze. Zrozu­miał, że rozwiązanie nie leży w tworzeniu kolejnej fundacji, lecz w nowym modelu przedsiębiorczości. Postanowił, że sam zacznie produkować buty, a za każdą sprzedaną parę przekaże parę butów dziecku w potrzebie. Idea była prosta: dziś sprzedajemy parę, jutro dajemy parę. Dlatego nazwał firmę Tomorrow’s Shoes (Buty jutra), w skrócie TOMS.

Dobra lekcja

Postanowił produkować buty w Argentynie. Uwielbiał espadryle - wygodne buty z materiału na podeszwie z tra­wy, juty lub sznurka. W południowoamerykańskim kli­macie sprawdzają się znakomicie. W Argentynie noszą je wszyscy. Aby podbić rozkapryszonych Amerykanów, trzeba było je nieco zmodyfikować. Dodać eleganckie wykończe­nia i szlachetne materiały. O pomoc poprosił... swojego trenera polo z Argentyny. „I tak oto zostaliśmy zespołem: Alejo, nauczyciel polo, oraz ja, przedsiębiorca obuwniczy, który nie zna się na butach i nie zna hiszpańskiego” - mówi Mycoskie.

Zaczynali w stodole Alejo. Jednak żaden producent obu­wia, z którym się spotkali, nie potraktował ich poważnie. „Znalazł się w końcu lokalny rzemieślnik na tyle szalony, aby nam zaufać. Przez następnych kilka tygodni jeździliśmy pol­nymi drogami do jego »fabryki« - pomieszczenia wielkości garażu, w którym stało kilka starych maszyn” - opowiada. Z trudem znalazł jeszcze kilku producentów. Osobiście testo­wał różne modele i materiały na ulicach Buenos Aires, żeby przekonać się, jak są wygodne i trwałe. 250 par prototypów zapakował do trzech walizek i wrócił do Los Angeles. Teraz musiał coś z nimi zrobić.

Nie znał się na biznesie obuwniczym. Wiedział jedynie, że ma świetny produkt. Zaprosił więc kilka przyjaciółek na ko­lację i poprosił o radę. Dziewczyny były zachwycone ideą One for One (jeden za jednego), podobały im się buty i każda od razu kupiła parę dla siebie. Dały mu też namiary na sklepy, które mogłyby być zainteresowane. „Dobra lekcja” - pomyś­lał Blake. „Nie zawsze trzeba konsultować się z ekspertami - czasem klient, który może być przyjacielem, jest najlepszym konsultantem”. Już pierwszy z poleconych sklepów kupił jego pomysł (i buty oczywiście). O Blake’u dowiedział się dzien­nikarz modowy i poprosił o wywiad. Artykuł wylądował na pierwszej stronie „Los Angeles Times”. Dotąd przychodziło zwykle jedno zamówienie dziennie - tego dnia zamówień było 2200. Blake ucieszył się i zmartwił zarazem - w swoim apartamencie miał zaledwie 160 par. Natychmiast zatrudnił dwie osoby i poinformował klientów, że niestety będą musieli poczekać na buty osiem tygodni. Poza jedną osobą wszyscy się zgodzili.

To działa!

Blake wrócił do Argentyny. Znowu musiał przekony­wać producentów, by robili buty według jego projektu, i do­stawców, by sprzedawali mu niewielkie ilości materiałów. Ponieważ nikt nie był w stanie wykonać buta od początku do końca, jeździli z Alejo po zakorkowanym Buenos Aires, wożąc materiały z fabryk do krawców i półprodukty do szewców.

W tym czasie o TOMS napisały m.in. „Vogue”, „Time” i „Elle”. „Nie sądzę, by wiedzieli, że firma mieści się w moim mieszkaniu i składa się z trzech osób” - śmieje się Blake. „Tego lata sprzedaliśmy 10 tys. par. I to wszystko w tajemni­cy przed moją gospodynią. Nie byłem pewien, czy warunki wynajmu mieszkania obejmują też prowadzenie firmy w du­żym pokoju. Właścicielka była dziwaczką i wpadała do mnie niespodziewanie. Błyskawicznie sprzątaliśmy pudła i zamy­kaliśmy je w sypialni”.

Gdy sprzedali 10 tys. par, drugie tyle Tom zaczął rozda­wać w Argentynie. Do pomocy wziął rodziców, rodzeństwo i współpracowników, razem z Alejo wynajęli campera, szew­ców i wyruszyli na północ kraju. 18 godzin drogi od Buneos Aires jeździli od wsi do wsi, a ich lokalny koordynator ustalał, gdzie są potrzebni najbardziej. Podekscytowane dzieci już na nich czekały - i na swoje pierwsze buty w życiu. Podczas tej podróży Blake płakał wiele razy. Ze wzruszenia i z radości, że TO DZIAŁA.

 

Stworzyć coś istotnego

Idea TOMS przyciągnęła kolejne marki. W ten sposób klienci, znudzeni już akcjami charytatywnymi, mogą stać się darczyńcami, sami także zyskując coś dla siebie, oprócz moral­nej satysfakcji. Chęć współpracy wyraził Ralph Lauren i zaczął produkować koszulki Polo Rugby TOMS (przy kupnie jednej sztuki, druga trafiała do dziecka). „Kiedy traktujesz dawanie jako integralną część działalności, twoi klienci stają się two­imi najlepszymi przedstawicielami” - przekonywał Blake na konferencji South by Southwest. Pamięta, jak doświadczył tego po raz pierwszy. Na lotnisku Kennedyego czekał na odprawę, gdy zauważył kobietę w czerwonych butach TOMS. Zapytał ją o nie. „Nie wie pan? TOMS!” - odparła, chwytając go za ramię. „To najwspanialsza firma na świecie. Kupujesz jedną parę butów, a drugą przekazują potrzebującemu dziecku”.

Jasny przekaz bije także z książki Mycoskiego „Start So- mething that Matters” (Stwórz coś istotnego): „Chcę się po­dzielić wiedzą, jaką zdobyłem podczas prowadzenia TOMS i od wspaniałej grupy współpracowników i wolontariuszy, których spotkałem i którym tak wiele zawdzięczam. W książ­ce opowiadam zarówno ich historię, jak i swoją, po to, by was zainspirować do stworzenia czegoś istotnego. Połowa zysków ze sprzedaży tej książki wesprze innych poprzez fundację Start Something that Matters. Marzę, że stanie się inspira­cją dla tych, którzy chcą mieć pozytywny wpływ na świat”. Wydawca zobowiązał się, że za każdy sprzedany egzemplarz przekaże książkę ubogiemu dziecku. Dofinansowanie z fun­dacji otrzymały na razie trzy organizacje: Echoing Green, Good oraz Dell Social Innovation Challenge.

Dawać zamiast gromadzić

Od dawna każdego poranka pisze dziennik (zapełnił już 50 tomów). „Pomaga mi to zachować dystans do różnych spraw, zwłaszcza gdy dzieją się jakieś szalone rzeczy, jestem ze­stresowany albo mamy problemy. Kiedy wracam do tych zapi­sków po miesiącu i czytam, uświadamiam sobie, że to nie było nic wielkiego i daliśmy radę. To pomaga mi też przygotować się do kolejnej sytuacji, kiedy będę musiał radzić sobie z trud­nościami”. W biurze bywa rzadko, a jeśli już jest, siedzi razem z innymi. Z zespołem łączy go koleżeńska więź - pisze do pra­cowników o swoich podróżach, szczerze rozmawia o kondycji firmy, dzieli się przemyśleniami i cytatami z lektur. Ma świetny zespół, więc może podróżować i inspirować ludzi do robienia rzeczy, które zmieniają świat na lepsze. Jego model biznesowy One for One się sprawdził i stara się go upowszechniać podczas wykładów i spotkań. Jest samoukiem - ze studiów wyleciał na drugim roku. Reszty nauczył się z książek - przeczytał 50 bio­grafii wielkich biznesmenów, takich jak: Michael Eisner, David Geffen czy Ted Turner. Bardzo dużo nauczył się na błędach, jakie popełnił Howard Schultz, twórca Starbucksa.

Nie lubi zbędnych zebrań i przesiadywania za biurkiem. Gdy jest w biurze TOMS w Los Angeles, wychodzi na tyle wcześnie, aby wieczorem pożeglować łodzią, na której mieszka. Jej ograni­czona przestrzeń pomaga mu nie gromadzić rzeczy ani majątku. Pytany o największy sekret swojej pracy, odpowiada: mnóstwo wolnego czasu. Przez dwa lub trzy miesiące nie pracuje wcale i robi to, co lubi. Włóczy się po Urugwaju, serfuje na Kostaryce albo łowi ryby w Kolorado. „Oddalenie od pracy pomaga mi pielęgnować moje pasje. Na wakacjach najlepiej mi się myśli. I nie chodzi o leżenie na plaży i picie pina colady. Eksploruję nowe miejsca, poznaję ludzi, szukam inspiracji” - mówi.

W 2011 roku ruszył z kolejną inicjatywą - One for One Eyewear - za każdą parę okularów przeciwsłonecznych TOMS finansuje leczenie, okulary lub operację oczu osobie mającej kłopoty ze wzrokiem. Taka sama pomoc wiąże się ze sprzedażą kawy - za każdą kupioną w TOMS paczkę kawy fundujemy komuś tydzień czystej wody. Kilka razy w roku Mycoskie wy­jeżdża razem z pracownikami do Afryki lub Ameryki Połu­dniowej z butami - do dziś rozdali dwa miliony par. Współ­pracuje z lokalnymi organizacjami, by mieć pewność, że trafią tam, gdzie są naprawdę potrzebni. Blake pilnuje, by zawsze sami dopasowywali buciki i wkładali je na nogi dzieciom. Żeby nigdy nie zapomnieć, po co istnieją.