Wielbicielom twórczości Marcela Prousta Magdalenka kojarzy się jednoznacznie z ciastkiem, którego smak przywołuje miłe wspomnienia z dzieciństwa. Jednak w Polsce słowo to nie ma w sobie słodyczy – wielu prawicowych polityków i publicystów wymawia je ze wstrętem, uważając za synonim narodowej zdrady. Jak kiedyś Targowica, tak dziś Magdalenka kojarzy się ze spiskiem, zawartym przeciwko narodowi polskiemu, przynoszącym korzyść wąskiej grupie politycznych cyników, którzy – wywodząc się z różnych stron barykady – weszli w sojusz i do dziś sprawują władzę. Jawnie bądź niejawnie, ale na pewno realnie.

Rozmowy między władzą a opozycją, do jakich doszło na przełomie 1988 i 1989 r. w podwarszawskiej Magdalence, nierzadko określane są mianem polskiego Folwarku Zwierzęcego. A dokładnie – ostatniego rozdziału, w którym sprzedajne świnie bratają się z ludźmi, zdradzając inne zwierzęta, prowadzące wojnę przeciwko dwunożnemu opresorowi. Dla jednych Magdalenka to początek końca komunizmu w Polsce, pierwsze poważne negocjacje opozycji demokratycznej z władzami; dla innych – spisek, w którego wyniku przedstawiciele aparatu uniknęli odpowiedzialności za całe zło PRL-u oraz zainstalowali się w najbardziej lukratywnych sektorach gospodarczych III RP. Dlaczego Magdalenka budzi takie emocje? Co się wówczas wydarzyło, jaki zawarto pakt, że zasłużył na miano narodowej zdrady?

Wiodąca już nie przewodzi

Po sierpniowych strajkach 1988 roku stało się jasne, że kres pojałtańskiego porządku w Polsce jest już tylko kwestią czasu. Będąca cały czas w podziemiu Solidarność powoli wychodziła na światło dzienne, a aparat bezpieczeństwa był bezradny wobec kolejnych jej demonstracji i aktów niezależności. Zarówno władze, jak i opozycja miały poczucie, że tym razem Moskwa nie zdobędzie się na żadną interwencję w wewnętrzne sprawy naszego kraju, a sekretarz generalny KPZR, twórca radzieckiej pierestrojki Michaił Gorbaczow traktowany był niemal jako guru demokratyzacji obozu socjalistycznego. Rządy w Polsce sprawowała w miarę liberalna ekipa premiera Zbigniewa Messnera (od 1985 r.). Kiedy – już w trakcie rozmów w Magdalence – zmienił się rząd i jego ster objął Mieczysław Rakowski, machina przemian funkcjonowała coraz intensywniej.

Najbardziej medialny spośród ministrów Rakowskiego – szef resortu przemysłu minister Mieczysław Wilczek – anulował dużą część nieżyciowych ustaw gospodarczych PRL, zyskując aprobatę rodzącej się klasy biznesowej. Rzecz w tym, że tuż przed likwidacją PZPR (30 stycznia 1990 roku) ten sam Wilczek otrzyma niezwykłą misję – zagospodarowania majątku po partii komunistycznej. Czyli, mówiąc wprost, wyprowadzenia w świat środków dewizowych do bezpieczniejszych niż polskie banków oraz usadowienia ludzi dawnego systemu w newralgicznych spółkach skarbu państwa i w sektorze bankowym. Sprawozdanie z likwidacji majątku b. PZPR, przygotowane w 1991 roku i wydane w formie książkowej pod redakcją Arnosta Becki i Jacka Molesty, to lektura dająca do myślenia – działacze partii okazali się sprawnymi biznesmenami i co można było zachować, zachowali.

Liczba fundacji i spółek, które powstały na bazie kapitału PZPR, jest imponująca. Bank Inicjatyw Gospodarczych, Bank Wschodni, towarzystwo ubezpieczeniowe Polisa S.A., fundacja Kelles-Krauza (z profesorem Jerzym Wiatrem w Radzie Fundatorów), założona przez Leszka Millera spółka Servicus, oferująca usługi hydrauliczne, a tak naprawdę wynajmująca budynki przy ul. Rozbrat w Warszawie, należące wcześniej do PZPR – przykłady uwłaszczenia można mnożyć. Czy byłoby to możliwe bez porozumienia, zawartego z opozycją w Magdalence? Być może. Pytanie – czy komuniści oddaliby władzę, gdyby wcześniej nie otrzymali zapewnienia, że dostaną trochę czasu na „zagospodarowanie się” w nowej rzeczywistości? Że staną się forpocztą nowego biznesu oraz zachowają mocną pozycję w służbach specjalnych? Można mieć wątpliwości...

Zdradzieckie bruderszafty

 

Krzysztof Dubiński, sekretarz okrągłego stołu, autor książki „Magdalenka, transakcja epoki”, wspomina, że 31 sierpnia 1988 roku doszło w Warszawie do poufnego spotkania Kiszczak–Wałęsa (temu drugiemu towarzyszył bp Jerzy Dąbrowski) w willi MSW przy ulicy Zawrat w Warszawie. To był początek negocjacji.

16 września 1988 roku przy udziale tradycyjnego polskiego mediatora, czyli Kościoła, rozpoczęły się spotkania dwóch stron konfliktu – władzy (także partii sojuszniczych, czyli Stronnictwa Demokratycznego i Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego) i Solidarności. Właśnie w Magdalence, a konkretnie w ośrodku rezydencyjnym MSW, strzeżonym przez Jednostki Nadwiślańskie. Z dala od kamer i medialnego szumu (choć nadal istniała cenzura, wolność prasy powoli stawała się faktem) władza i opozycja rozpoczęły przygotowania do zaproponowanego przez szefa MSW Czesława Kiszczaka okrągłego stołu. Rozmowy przy owym sławnym meblu miały określić warunki, na jakich PZPR podzieli się władzą z opozycją (mało kto wówczas przewidywał, że nie będzie to dzielenie się, ale zupełne jej oddanie). Początkowo zakładano, że odbędzie się tylko jedno, organizacyjne, spotkanie w Magdalence, a już w październiku ruszą obrady okrągłego stołu. Tak się jednak nie stało.

Magdalenka miała kilka odsłon. Kiedy komuniści zorientowali się, że w opozycji coraz większe znaczenie zaczynają odgrywać politycy o poglądach zdecydowanie prawicowych (tacy jak choćby mecenas Władysław Siła-Nowicki czy Alojzy Pietrzyk, uczestnik jedynie pierwszego spotkania), postanowili zawiesić rozmowy. Wrócili do nich pod warunkiem, że będą negocjować z bardziej „przyjazną” opozycją, o lewicowych poglądach, skłonną do ustępstw. Jest rzeczą znamienną, że pierwsze spotkanie w Magdalence odbyło się we wrześniu 1988 roku, a kolejne... dopiero 27 stycznia następnego roku. Jak napisał znany krytyk Magdalenki i okrągłego stołu prof. Ryszard Bender: „Tam (w Magdalence) dochodziło do zbratania obu układających się stron, niekiedy do bruderszaftów, jakże często przy alkoholu. Zadzierzgnięta wówczas przyjaźń między ludźmi ówczesnej grzecznej Solidarności i komunistami, niebawem przemienionymi w socjaldemokratów, trwa do dziś”.

Biskup Tadeusz Gocłowski, były metropolita gdański, uczestnik tamtych wydarzeń, zapewnia, że nie było bruderszaftów przy wódce, a jedynie wino podawano do obiadu. Na marginesie – przed jedną z przerw podczas obrad reprezentujący stronę kościelną bp Alojzy Orszulik miał zaproponować: „Spożyjmy dary boże ze stołu generała Kiszczaka”. Biskup Gocłowski nie zgadza się także z wersją spisku. W jednym z wywiadów powiedział: „Może i komuniści tak te spotkania widzieli, my – nie”.

Kompleks nieobecności

Ci, którzy twierdzą, że w Magdalence dokonała się jakaś narodowa zdrada, cierpią na kompleks nieobecności. Wystarczy spojrzeć w biografie, by zrozumieć, dlaczego tak bardzo zależy im na deprecjonowaniu naszych dokonań sprzed dwudziestu lat. Po prostu nie odegrali żadnej roli w odzyskaniu przez Polskę suwerenności i starają się wmówić społeczeństwu, jakoby Magdalenka i okrągły stół były częścią jakiegoś, trudnego do zdefiniowania, spisku. Są tacy, którzy twierdzą, że w 1988 roku odrzucili ofertę wzięcia udziału w negocjacjach, uważając, że są czymś niegodnym i niemoralnym. A to nieprawda – wszyscy, którym zaproponowano uczestnictwo w Magdalence, przyjęli zaproszenie. Poza tym wielu profesorów i intelektualistów nie może się pogodzić z faktem, że to nie oni, a prosty kierowca (czyli ja) i elektryk (Wałęsa) zmienili bieg dziejów. Wśród krytyków negocjacji z komunistami jest choćby Antoni Macierewicz. Tyle że w połowie lat 80. to nie kto inny jak on pisał w prasie podziemnej, że Solidarność przegrała i należy zaniechać walki z reżimem. Także Kornel Morawiecki, twórca Solidarności 80., zarzuca nam paktowanie z diabłem. Ale kiedy władza pod koniec lat 80. na chwilę go aresztowała, on po odzyskaniu wolności natychmiast wyjechał z Polski. Ci, którzy potępiają okrągły stół i Sejm kontraktowy X kadencji, muszą pamiętać, że to właśnie on był najbardziej pracowitym parlamentem, to on doprowadził do upadku komunizmu w Polsce.

Władysław Frasyniuk, działacz opozycji solidarnościowej, uczestnik Magdalenki i okrągłego stołu.

Innego zdania niż biskup jest związany ze środowiskiem Radia Maryja historyk prof. Jerzy Robert Nowak. W rozmowie z „Focusem Historia” przekonuje: „Magdalenka była zarazem i spiskiem, i układem politycznym. Stanowiła początek porozumienia pomiędzy komunistami a lewicą laicką, wywodzącą się z opozycji, oraz lewicą w łonie Kościoła katolickiego. Otóż politycy skupieni wokół Adama Michnika obawiali się marginalizacji w nowej Polsce – tego, że nie będą odgrywać istotnej roli w naszym kraju. Chcieli uniknąć takiej sytuacji, jaka zaistniała w 1981 roku, gdy Bronisław Geremek nie wszedł do Komisji Koordynacyjnej Solidarności. I tym razem ludzie Michnika bali się, że zostaną zdominowani przez siły chrześcijańsko- patriotyczne w łonie Solidarności”.

Jakie jednak argumenty przemawiają za teorią spiskową? Prof. Nowak tłumaczy to w następujący sposób: „A jak inaczej określić negocjacje, które trwają niezależnie od okrągłego stołu, w Magdalence, poza wiedzą nie tylko społeczeństwa, ale także większości uczestników okrągłego stołu? (Choć obrady okrągłego stołu rozpoczęły się w lutym 1988 r., spotkania w Magdalence trwały do kwietnia – przyp. red.) Michnik, rzekomo chcąc zapobiec powstaniu państwa wyznaniowego, spotykał się z Jerzym Urbanem, który następnie treść ich rozmów referował generałowi Jaruzelskiemu. Zapadały wówczas decyzje, o których pojęcie miała jedynie niewielka grupa graczy politycznych”. Dubiński we wspomnianej książce „Magdalenka, transakcja epoki” inaczej widzi tę sprawę. Pisze on: „Magdalenka stała się swoistym podziemiem okrągłego stołu. Tu uzgadniano sporne kwestie, przełamywano blokady krępujące negocjatorów w pałacu Rady Ministrów, wyjaśniano intencje stron, poszukiwano sposobów ominięcia raf zagrażających okrągłemu stołowi”.

Kawa i papierosy

 

Znawca problematyki PRL historyk dr Antoni Dudek, autor książki „Reglamentowana rewolucja”, uważa, że traktowanie Magdalenki jako spisku jest nieuzasadnione. – Owszem, można mówić o pewnym układzie politycznym, i to układzie niejawnym, ale zawartym w interesie kraju, a nie jakiejś wąskiej grupy społecznej – twierdzi dr Dudek w rozmowie z „Focusem Historia”. – Rzeczywiście, niektórzy historycy i publicyści skłonni są uważać negocjacje w Magdalence za spisek czerwonych z różowymi i na dodatek – czarnymi, ale jest to błędne rozumowanie. Inna sprawa, czy Magdalenka, a następnie okrągły stół, były najlepszym rozwiązaniem dla Polski? Tego nie jestem pewien – mówi Dudek.

Zdaniem historyka, Polacy mają skłonność do przeceniania naszej roli w obaleniu komunizmu w Europie. – Inicjatywa wyszła z Moskwy, bez tego nasza bezkrwawa rewolucja nie miała szans powodzenia. Ale nie ulega wątpliwości, że dzięki Magdalence i okrągłemu stołowi ludzie odchodzącego reżimu zabezpieczyli swoją przyszłość i mogli urządzić się w nowej rzeczywistości. Co więcej – gdyby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli i wybory 4 czerwca 1989 roku wygraliby postkomuniści, prezydent Jaruzelski rządziłby krajem do 1995 roku i pod jego patronatem funkcjonariusze byłej PZPR rozszerzaliby swe wpływy. Tak się, na szczęście, nie stało – dodaje Dudek. Choć taki scenariusz nie był niemożliwy. Profesor Andrzej Zybertowicz w swej książce „W uścisku tajnych służb” przywołuje wypowiedź jednego z najbliższych współpracowników gen. Czesława Kiszczaka – podsekretarza MSW Czesława Staszczaka. Miał on powiedzieć: „Spokojnie, towarzysze, scenariusz okrągłego stołu napisała partia, a jego realizacja przebiega niezmiennie w warunkach przez nas dyktowanych”.

Historyk prof. Andrzej Friszke także sceptycznie odnosi się do wszelkich teorii spiskowych, dotyczących Magdaleki. W rozmowie z „Focusem Historia” określa je mianem nonsensów. – Jak można mówić o jakichś potajemnych układach, skoro zachowały się wszystkie stenogramy debat i są one powszechnie dostępne? Jeśli spisek miałby na celu przejęcie narodowego majątku, to proszę zwrócić uwagę na fakt, że w Magdalence w ogóle nie rozmawiano o sprawach gospodarczych, a jedynie polityczno- ustrojowych (trochę miejsca sprawom gospodarczym, a przynajmniej pracowniczym jednak poświęcono, stąd obecność w Magdalence choćby pełnomocnika rządu ds. reformy gospodarczej Władysława Baki – przyp. red.). – A czy nie mogło być jakichś pozastenogramowych rozmów kuluarowych, których tematyka odbiegałaby od głównego nurtu negocjacji? – pytamy. – Zawsze przy okazji podobnych spotkań dochodzi do wymiany zdań przy posiłku czy przy papierosie. Ale proszę pamiętać, że obie strony były wobec siebie niezwykle nieufne, patrzyły sobie na ręce i jakiekolwiek próby dogadywania się ponad głowami uczestników Magdalenki skończyłyby się skandalem, a może nawet zerwaniem rozmów – twierdzi prof. Friszke. Zwolennicy teorii spiskowej pewnie nie zmienią swego zdania w kwestii Magdalenki. Tak samo jak ci, którzy tamte negocjacje uważają za dobrodziejstwo dla Polski. Pewne jest jedno: osiągnięto wówczas wiele kompromisów, i to w kwestiach, które wydawały się wcześniej nie do pogodzenia.

Na złotym talerzu

Tych, którzy przypisują rozmowom w Magdalence spiskowy charakter, wysłałbym natychmiast do szpitala dla umysłowo chorych. Rozmowy były stenogramowane, więc nie ma mowy o jakichkolwiek tajemnych paktach. Jednak przyznaję, że miała miejsce pewna rozmowa poufna, której nie znajdzie pan w żadnym stenogramie. Otóż Lech Wałęsa domagał się natychmiastowej legalizacji Solidarności. A ja zdawałem sobie sprawę z tego, że taka decyzja wywoła burzę w bliskich mi kręgach. Zaprowadziłem, więc Wałęsę i Mazowieckiego do osobnego pokoju (choć zapewniam, że w Magdalence nie było żadnych podsłuchów) i mówię: – „Otwórzcie oczy, ja wam proponuję 161 posłów w Sejmie, i tyle miejsc w Senacie, ile uda się wam zdobyć, ale nie wszystko można osiągnąć od razu”. Zdradziłem im pewną tajemnicę: – „Wiedzą o tym jedynie dwie–trzy osoby, ale dni rządu Messnera są już policzone. Na jego miejsce przyjdzie Rakowski. Nie jestem pewien, czy uda się wam z nim dogadać”. Chyba się przestraszyli wizji rządu Rakowskiego, bo już nie nalegali na natychmiastową legalizację Solidarności. I rozmowy potoczyły się dalej. Ale wkrótce pojawił się problem. Otóż Rakowski niemal na początku swego urzędowania ogłosił zamiar likwidacji Stoczni Gdańskiej, kolebki Solidarności. Wałęsa się wściekł i zerwał rozmowy. Ja wówczas byłem w Iraku, na spotkaniu z Saddamem Husajnem, ale strona kościelna sama zaczęła mediację. Biskup Dąbrowski zaproponował spotkanie w willi parafii w Wilanowie. Tam Wałęsa nadal był nieprzejednany, co groziło końcem tak dobrze zapowiadającego się procesu. Nieoczekiwanie w sukurs pospieszyli biskupi, których rozzłościła postawa lidera Solidarności. Padły mocne słowa i groźba, że Kościół już nigdy więcej nie podejmie się mediacji. To przekonało Wałęsę i mogliśmy kontynuować rozmowy. Oczywiście, przeciwnicy narodowej zgody byli również w moim obozie – w 1988 roku odbyło się burzliwe Plenum KC, na którym starli się zwolennicy rozmów z Solidarnością i ich kontestatorzy. Z trudem udało się nam wygrać. Przy okazji chciałbym wyjaśnić, że cały ten pokojowy proces przekazania władzy był doskonale przeze mnie zaplanowany, a jego początki wcale nie sięgają 1988 roku. Tuż po ogłoszeniu stanu wojennego odwiedziłem metropolitę krakowskiego kardynała Franciszka Macharskiego i zapewniłem go, że chcę rozmawiać z rozsądną częścią opozycji. Jednocześnie wielokrotnie powtarzałem, że z polskiej rzeczywistości sądowej musi zniknąć pojęcie więźnia politycznego. Podjąłem wiele inicjatyw na rzecz zbliżenia stanowisk władzy i opozycji. Kiedy więc słyszę, że wolność Polska zawdzięcza Solidarności, to odpowiadam: Solidarność otrzymała wszystko na złotym talerzu.

Generał Czesław Kiszczak, były szef MSW, inicjator negocjacji władzy z opozycją