I trudno się temu dziwić. Smartwatch potrafi być świetnym narzędziem, ale w modzie ma mniej więcej tyle subtelności, co bidon zostawiony na stole podczas eleganckiej kolacji. Pasuje do bluzy, legginsów i porannego spaceru po osiedlu. Gorzej, gdy zakładamy marynarkę, sukienkę, szeroką koszulę albo po prostu mamy ochotę wyglądać jak człowiek, który nie zamierza zaraz sprawdzać tempa w piątej strefie tętna.
Właśnie w tę lukę wchodzi Lumysi, niewielka bransoletka z tytanu, która z daleka wygląda raczej jak biżuteria inspirowana latami 80. niż kolejny gadżet zdrowotny. Nie ma ekranu, nie mruga, nie domaga się uwagi. Za jej metalową formą ukryto czujniki mierzące między innymi tętno, poziom natlenienia krwi, temperaturę skóry i aktywność. Producent deklaruje do siedmiu dni pracy na jednym ładowaniu, wodoodporność klasy 5 ATM oraz współpracę z iOS i Androidem.
Biżuteria z tajnym życiem
Mam wrażenie, że przez lata branża wearable popełniała ten sam błąd, który wcześniej popełniała elektronika użytkowa: zakładała, że każdy chce wyglądać jak osoba gotowa w każdej chwili przejąć kontrolę nad kokpitem samolotu. Tymczasem większość ludzi chce po prostu funkcjonalnych rzeczy, które nie przeszkadzają im w codzienności.

Bransoletka Lumysi jest ciekawa właśnie dlatego, że nie stawia na demonstrację technologicznego statusu. To niewielka, sztywna forma dostępna w wersji złotej, srebrnej, różowozłotej i czarnej. W świecie, w którym zegarki sportowe potrafią mieć rozmiar małego talerzyka deserowego, taka dyskrecja może okazać się bardziej atrakcyjna niż kolejna lista parametrów.
Sama idea nie jest oczywiście zupełnie nowa. Pierścienie takie jak Oura już dawno pokazały, że ludzie są skłonni śledzić sen, regenerację czy tętno, pod warunkiem że urządzenie nie wygląda jak sprzęt medyczny albo dodatkowy ekran przyklejony do ciała. Lumysi idzie jednak w inną stronę. Pierścień bywa niewygodny podczas treningu, pracy przy komputerze czy zwykłego dnia, gdy dłonie są zajęte wszystkim od gotowania po noszenie zakupów. Bransoletka ma tę przewagę, że jest znacznie mniej wymagająca. Zakłada się ją jak ozdobę i można o niej zapomnieć.
A właśnie zapomnienie o technologii jest dziś prawdopodobnie najbardziej luksusową funkcją.

Koniec ery nadgarstka w trybie powiadomień
Smartwatche zrobiły bardzo wiele dobrego dla popularyzacji ruchu i podstawowej kontroli zdrowia. Pomogły wielu osobom zacząć chodzić, biegać, pilnować snu czy zauważać, że serce bije dziwnie szybko, choć siedzimy spokojnie na kanapie. Nie mam zamiaru udawać, że to nieważne.
Jednocześnie coraz częściej widzę zmęczenie urządzeniami, które stale chcą czegoś od użytkowniczki. Zegarek przypomina o ruchu. Telefon przypomina o wiadomościach. Aplikacja przypomina, że sen był za krótki. Algorytm przypomina, że stres był podwyższony. Człowiek w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, czy urządzenia pomagają mu lepiej żyć, czy po prostu produkują kolejny zestaw drobnych powodów do niepokoju.

Lumysi obiecuje przekazywać dane w bardziej ludzkiej formie, zamiast wrzucać użytkowniczkę w tabelki, wykresy i zestaw liczb wymagających interpretacji. To deklaracja bardzo rozsądna, choć oczywiście warto pamiętać, że między obietnicą aplikacji a faktycznie użytecznym doświadczeniem bywa czasem przepaść szeroka jak dział zdrowej żywności w dyskoncie. Producent mówi o prostych komunikatach dotyczących snu, stresu, regeneracji i aktywności.
Cena za dyskrecję
Lumysi ma być sprzedawane poprzez kampanię crowdfundingową. Wczesne wsparcie wyceniono na 179 dolarów, czyli około 670 zł, a późniejsza cena detaliczna ma wynieść 299 dolarów, czyli około 1 120 zł. Firma zapowiada też bezpłatny, dożywotni dostęp do przyszłej subskrypcji dla osób wspierających projekt na starcie, choć nie podała jeszcze, ile miałby kosztować abonament dla pozostałych klientów.
Crowdfunding to zawsze zakup obietnicy, nie gotowego produktu stojącego na półce. Nawet jeśli projekt wygląda dojrzale, a specyfikacja brzmi sensownie, terminy mogą się przesuwać, a końcowe doświadczenie odbiegać od prezentacji. W przypadku urządzeń zdrowotnych dochodzi jeszcze pytanie o jakość oprogramowania, dokładność czujników i to, jak długo firma będzie rozwijała aplikację.

Mimo tego Lumysi trafia w trend, który dopiero zaczyna nabierać sensu. Technologia ubieralna przez lata chciała być widoczna, sportowa i trochę demonstracyjna. Teraz część marek zaczyna rozumieć, że użytkowniczka może chcieć monitorować swoje zdrowie, ale niekoniecznie pragnie codziennie wyglądać jak trenerka personalna.
To drobna zmiana, ale bardzo znacząca. Być może przyszłość wearable nie będzie wyglądała jak przyszłość. Być może będzie przypominała dobrze dobraną biżuterię, o której nikt nie pyta, czy ma tryb treningowy.
