Umierała w mękach. Każdy oddech sprawiał rozdzierający ból. Wokół rozkwitała wiosna, ale słońce nie ogrzało jeszcze ziemi. Było coraz zimniej. Serce trzepotało rozpaczliwie, sprawiając, że życie uchodziło z niej coraz szybciej. Usłyszała przeraźliwy krzyk, poczuła szarpanie. Było coraz ciężej żyć. Śmierć przyszła po dwóch godzinach.

Clara Haber była doktorem chemii. Obserwowała karierę swojego męża Fritza i coraz bardziej niepokoiło ją to, że wprzęga naukę do służby na rzecz przemysłu. Gdy wybuchła I wojna światowa, Fritz spontanicznie zaangażował się w działania dla armii niemieckiej. „Niemcy mają prawo do zemsty za wszelkie krzywdy i upokorzenia” - mówił. Zgłosił się do Ministerstwa Wojny i zadeklarował chęć opracowania nowej broni, która przechyliłaby szalę zwycięstwa na rzecz Niemiec w wojnie pozycyjnej. Urzędnicy początkowo nie byli entuzjastycznie nastawieni do tych prac. Poszukiwania naukowców wydawały się zbyt kosztowne w stosunku do oczekiwanych efektów. Ale żona Fritza, utalentowana chemiczka, doskonale wiedziała, czego może się spodziewać. W laboratorium męża obserwowała śmierć zagazowywanych zwierząt doświadczalnych, która za każdym razem przytłaczała ją horrorem objawów towarzyszących zgonowi.

Trzecia Rzesza dysponowała potężnym arsenałem broni chemicznej: tabunu i sarinu. Dlaczego Hitler nigdy jej nie użył?

 

Haber nie ustawał w dążeniach i je- sienią 1914 roku zaprezentował wojskowym pokaz działania swojego wynalazku na poligonie pod Kolonią. „Sehr gut, Herr Profesor” - usłyszał od widzów. Został awansowany do stopnia oficerskiego i objął kierownictwo wydziału chemicznego Ministerstwa Wojny. Pierwszymi ofiarami byli dwaj asystenci Habera, którzy zginęli w laboratorium. „Zaklinam cię, przestań!” - krzyczała Clara. Ale gaz był już gotów, a profesor Haber nie zamierzał wstrzymywać działań.

180 TON CHLORU POD YPRES

Pierwsza bitwa pod Ypres, największa bitwa 1914 roku, została nazwana przez Niemców Kindermord - rzezią niewiniątek. Miesiąc walki pozycyjnej przyniósł 108 tysięcy ofiar śmiertelnych po stronie Wielkiej Brytanii, Francji i Belgii oraz 130 tysięcy zabitych po stronie Niemiec. Dowództwo niemieckie stanęło na stanowisku, że trzeba poszukać nowej broni, która ograniczy straty własne i pozwoli na szybsze i bardziej spektakularne wygrywanie przyszłych bitew. Okazało się, że taka broń jest już gotowa, przeszła testy i jedyne, co jest potrzebne - to sprzyjający wiatr. Dosłownie, nie w przenośni.

22 kwietnia 1915 r. pod Ypres był pięknym dniem. Przed południem Niemcy zorganizowali niechlujny ostrzał artyleryjski, potem ucichli. Ciepło. I taki nieduży, miły wiaterek.

Po niemieckiej stronie frontu cisza. W okolicach, gdzie zajął pozycje 35. gazowy pułk inżynieryjny, plącze się kilka osób - co rusz podnoszą poślinione palce, machają małymi chorągiewkami i spoglądają w niebo. Wydawało się, że tego dnia wojna nie przyniesie wielu ofiar. Francuska brygada wojsk kolonialnych wreszcie odpoczywa, żołnierze śmieją się, opowiadają sobie o planach na przyszłość, jeden z Algierczyków czyta na głos list z domu. Urodził mu się syn i w każdym liście żona opisuje coś nowego.