Wilde i Brooks przygotowali limitowaną wersję modelu B17 Special Bordeaux. Powstanie tylko 60 egzemplarzy, a ich wyróżnikiem jest nietypowa, archiwalna skóra o grubszym przekroju, miedziane szyny oraz ręcznie młotkowane nity. To drobiazg w skali całego roweru, ale właśnie z takich drobiazgów powstają maszyny, których nie chce się potem zostawiać pod sklepem bez oglądania się przez ramię.
Rower, który ma być trochę bardziej własny
Mam wrażenie, że rowerowy świat coraz wyraźniej dzieli się na dwa porządki. Pierwszy jest szybki, lekki i policzalny. Liczą się waty, masa, opory toczenia, średnia prędkość, szerokość obręczy i wszystko to, co można wrzucić do aplikacji, wykresu albo porównywarki.
Drugi porządek jest znacznie mniej wygodny dla osób, które chcą mieć jedną, twardą odpowiedź na pytanie: po co to komu. Tu nie chodzi o rekord na segmencie ani o przewagę nad kolegą na niedzielnej ustawce. Chodzi o rower, który ma charakter. O taki, na którym można pojechać trzy godziny w las, wpaść na kawę do małego miasteczka, a potem jeszcze chwilę postaç przy nim pod domem, bo zwyczajnie dobrze się na niego patrzy.

Wilde od dawna buduje właśnie na tym drugim podejściu. Ich stalowe i tytanowe rowery mają być dopasowane do właściciela, a nie do anonimowego wykresu sprzedaży. Marka otwarcie stawia na ręczne wykonanie, indywidualną geometrię i detale, które dla części osób będą fanaberią, a dla innych staną się powodem, by jeździć częściej.
W tym kontekście współpraca z Brooksem wydaje się właściwie oczywista. Nie dlatego, że obie marki lubią klasyczne materiały i ładne zdjęcia wśród wysokiej trawy. Raczej dlatego, że obie rozumieją, iż rower może być przedmiotem użytkowym, ale nie musi przez to wyglądać jak sprzęt wyjęty prosto z magazynu.
Bordo, miedź i ten rodzaj przesady
Limitowane B17 Special Bordeaux przygotowano z zapasu starszych, grubszych skórzanych pokryć. To ważny detal, bo w świecie Brooksa skóra nie jest wyłącznie wykończeniem. Z czasem dopasowuje się do użytkowniczki albo użytkownika, mięknie, zmienia odcień, zbiera ślady pogody i podróży. Dla jednych będzie to argument przeciwko zakupowi. Dla innych – dokładnie jego sens.

Współczesna kultura produktów przez lata przyzwyczaiła nas, że rzecz powinna wyglądać najlepiej pierwszego dnia. Później ma pozostać niemal nietknięta, czysta, gładka i gotowa do sprzedaży na rynku wtórnym. Skórzane siodło idzie pod prąd. Ono zaczyna wyglądać interesująco dopiero wtedy, gdy przestaje być idealne. Gdy złapie pierwsze ślady deszczu, gdy odcień nieco się zmieni, gdy pojawi się ten osobisty rytm użytkowania, którego nie da się odtworzyć w żadnej fabryce.
Brooks B17 od ponad wieku pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych modeli turystyczno-szosowych. W wersji Special dostaje ręcznie młotkowane miedziane nity i wykończenie, które wyraźnie przesuwa go z kategorii wyposażenia do kategorii rowerowej biżuterii. Oficjalne dane producenta mówią o 5-milimetrowej, roślinnie garbowanej skórze oraz konstrukcji, która z czasem ma formować się pod sylwetkę jeżdżącej osoby.
Brzmi romantycznie? Trochę tak. Ale rower bez odrobiny romantyzmu szybko zamienia się w urządzenie do realizowania planu treningowego. A przecież nie każdy wyjazd musi mieć cel, trasę w zegarku i podsumowanie na Stravie.
Spelljammer i powrót roweru do włóczęgi
Bordowe siodło powstało jako dopełnienie nadchodzącego modelu Wilde Spelljammer Rando w zbliżonym kolorze. Sama nazwa Rando mówi sporo – chodzi o rower dla osób, które traktują jazdę bardziej jak włóczęgę niż dyscyplinę sportu. Można nim ruszyć na szosę, szuter, gorszy asfalt, dłuższą trasę z torbą na kierownicy i planem, który zmienia się po drodze.
To segment, który bardzo dobrze odpowiada na zmęczenie rowerową perfekcją. Coraz mniej osób chce mieć sprzęt wyłącznie do jednej czynności. Gravel miał być odpowiedzią na tę potrzebę, ale szybko doczekał się własnych wyścigów, aerodynamicznych kół i wyścigu zbrojeń, który momentami wygląda jak szosa po terapii oddechowej.

Rower randonneuringowy przypomina, że można jechać daleko bez udowadniania czegokolwiek. Można zabrać kanapkę, lekką kurtkę, książkę, aparat, zatrzymać się przy jeziorze albo odbić w boczną drogę tylko dlatego, że dobrze wygląda na mapie. I właśnie wtedy bordo na siodle nie jest ozdobnikiem z katalogu, lecz częścią większej całości – roweru, który ma zachęcać do jazdy w sposób mniej nerwowy i znacznie bardziej osobisty.
Cena, której nie da się obronić – i której nie trzeba bronić
250 dolarów za siodło, czyli około 900 zł, to cena wysoka. Zwłaszcza że za podobne pieniądze można kupić bardzo przyzwoite współczesne siodło z karbonową skorupą, wyścigowym profilem i obietnicą natychmiastowego komfortu.
Tyle że B17 nie jest ofertą dla każdego. Wymaga cierpliwości, pielęgnacji i zaakceptowania, że pierwsze kilometry nie muszą być wygodne. W dodatku skóra reaguje na pogodę, potrzebuje troski i raczej nie nadaje się dla kogoś, kto chce po prostu wrzucić rower do piwnicy w listopadzie, a w maju ruszyć bez oglądania się na jego stan.
Trudno mi się jednak oburzać na ten rodzaj luksusu. Zwłaszcza że nie polega on na dopisaniu logo do produktu, który za rok zostanie zastąpiony kolejną wersją. Tu luksusem jest materiał, czas i świadomość, że przedmiot może starzeć się razem z właścicielem.
