Joanna Rolińska: Na jedynym z zachowanych warszawskich zdjęć Bruno Schulz ma uśmiechniętą twarz i przysłonięte rękami oczy. To słynna – inspirowana przez Witkacego – „Maskarada” z udziałem doktora Jana Kochanowskiego i pianisty Romana Jasińskiego. Fotografia powstała około  1937 roku, najprawdopodobniej w kamienicy przy ulicy Wiejskiej 11, w mieszkaniu zaprzyjaźnionego z Witkacym Kochanowskiego. Obecność Schulza na tym zdjęciu jest sensacją – uchodził przecież za człowieka towarzysko mało efektownego. Ale, jak wspominał sam Jasiński: „Przecie Witkacy potrafił i jego rozczmuchać”.

Wiesław Budzyński: To było czyste wariactwo uprawiane przez Witkacego. Tak jak uprawiał czystą formę, tak i czyste wariactwo. I on był sprawcą tych wygłupów. Proszę sobie wyobrazić, że oni mieli wtedy średnio po czterdzieści parę lat, a Witkacy był po pięćdziesiątce! Stare chłopy! Ale przecież było też w tym ich świecie coś, co wisiało w powietrzu, katastrofa jakaś… Proszę spojrzeć na to zdjęcie, przecież oni nas tutaj straszą tym, co ma nadejść… Schulz wygląda, jakby w ogóle nie chciał na ten świat patrzeć. Chociaż minę ma rozbawioną, a on rzadko przecież był uśmiechnięty…

Czy można zaryzykować stwierdzenie, że Warszawa umiała wyzwolić w Schulzu, człowieku zakompleksionym i nietowarzyskim, chorobliwie nieśmiałym, inną, bardziej rozrywkową naturę?

- On do Warszawy przyjeżdżał jak doMekki. Zdawał sobie sprawę, że w Drohobyczu nikt się na tym, co on pisze i rysuje, do końca nie pozna. Chciał tu zaistnieć. Ale z drugiej strony poza Drohobyczem Schulz wszędzie czuł się obco. Przecież on nawet z Paryża, o którym całe życie marzył, uciekł po trzech tygodniach! Opowiadał później, że to rozpustne miasto. Był zszokowany. Każda metropolia go paraliżowała.

W mojej książce „Schulz pod kluczem” przytaczam wspomnienie Hanny Mortkowicz-Olczakowej, która spacerowała raz z Schulzem i Gombrowiczem Szczyglą. Szczygla była ulicą ślepą i Schulz, znany ze swych licznych lęków, dostał tam strasznego ataku paniki. Poczuł się jak w potrzasku. Wedle Mortkowicz-Olczakowej dla Schulza, tego – jak go nazywa – „prowincjonalnego wizjonera”, Warszawa była równie obłąkana i niepojęta jak dla niej i jej podobnych mroczne ulice jego wizyjnego miasta.

A jednak planował swój wymarzony roczny urlop spędzić właśnie w Warszawie.

- On tu miał przecież zamieszkać na stałe, to miało być jego drugie, po Drohobyczu, miasto. Razem z narzeczoną Józefiną Szelińską podjęli już decyzję o przeprowadzce. Ona przyjechała tu pierwsza, podjęła nudną pracę w GUS-ie i cały czas na niego czekała. Po latach w liście do Jerzego Ficowskiego wspominała: „Jeśli poprzednio zależało mi bardzo na wspólnym życiu w Warszawie, jeśli w tym celu podjęłam się straszliwie nudnej, zabójczej w swej nudzie pracy biurowej, to właśnie po to, by przyczynić się do materialnego ugruntowania naszego życia w Warszawie, co było łatwe i możliwe (…). Bruno przyjeżdżał dalej na święta, w roku 1936 przebywał dłużej, czując się jednak fatalnie, na co wpłynęła konieczność podjęcia decyzji przyjęcia pracy w Warszawie, decyzji, do której zawsze był w najgłębszych swoich pokładach negatywnie nastawiony, czując, że twórczość jego – ten jedyny sens jego życia – była nierozerwalnie związana z Drohobyczem”. Tyle Szelińska. Związek się oczywiście rozleciał, bo Schulz zwlekał z przeprowadzką, zwlekał z przejściem na katolicyzm itd. Wszelkie poważniejsze decyzje życiowe go paraliżowały.

W świetle tego, co pan właśnie powiedział, jego wyprawa do Warszawy w 1933 r. zdaje się być wyczynem niemal brawurowym, szalonym. Przecież on tu jechał właściwie w ciemno, nikogo nie znając i licząc tylko zaledwie na szczęśliwy traf, na spotkanie z Nałkowską.

- Przyjechał pociągiem „Dancing, narty, bridge”, który kursował wtedy przez Drohobycz, i zatrzymał się przy Nowym Świecie 33 w pensjonacie należącym do rzeźbiarki Magdaleny Gross. To była Wielkanoc. Wiedział, że Grossówna przyjaźni się z Nałkowską. Jedna z ówczesnych mieszkanek pensjonatu malarka Alicja Giangrande wspominała po latach Schulza jako „małego, szarego, chaplinowatego człowieczka”, z którego razem z właścicielką podśmiewały się nieco: „Gra pan w bridge’a? A może pan jeździ na nartach lub tańczy?”.

A on tłumaczył, że przywiózł książkę, którą właśnie skończył, i chciałby, żeby przeczytał ją ktoś, kto się na tym zna. Według Giangrande przyparł w końcu Grossównę do muru, mówiąc: „Mój los zależy od pani. Wiem, że pani przyjaźni się z Zofią Nałkowską i jeżeli pani ją o to poprosi, zgodzi się mnie przyjąć. Proszę, niech pani to zrobi i to od razu – mam tylko dzisiejsze popołudnie, wracam wieczorem tym samym pociągiem, więc nie mogę tracić czasu”. Jeszcze tego samego dnia po spotkaniu Nałkowska oddzwoniła, że jest to najbardziej sensacyjna rewelacja literacka, z jaką się zetknęła, i że już jutro zacznie omawiać warunki jej publikacji z wydawnictwem Rój. Nałkowska doprowadzi później nie tylko do wydania „Sklepów cynamonowych”. Stanie się Schulza protektorką, będzie prowadzić go nieomal za rękę, przeżywać jego powodzenia i kłopoty. Będzie się w nim podkochiwać.

On też chyba miał do niej słabość.