Nowe Atlasy wchodzą w segment, który nie wybacza słabości. Średnie motocykle adventure i sport-touring to dziś zatłoczona półka, na której stoją modele dopracowane, rozsądnie wycenione i często kupowane przez ludzi, którzy nie chcą opowiadać o dziedzictwie przy kawie, tylko dojechać do pracy, wyskoczyć za miasto i nie zastanawiać się, czy serwis będzie przygodą większą niż sama trasa. Norton próbuje więc zagrać trudną partię: wykorzystać własny charakter, ale nie przeszarżować z romantyzmem.
Dwa Atlasy, jeden pomysł
Atlas i Atlas GT korzystają z tej samej platformy z 585-centymetrowym, chłodzonym cieczą dwucylindrowcem rzędowym z wałem 270 stopni. Silnik osiąga 69 bhp przy 9300 obr./min i 57,5 Nm przy 7500 obr./min, więc mówimy o motocyklu z samym środkiem średniej klasy, a nie o maszynie, która chce komukolwiek udowadniać wyższość na prostej. I dobrze. W tym segmencie bardziej liczy się elastyczność, przewidywalność oraz to, czy po 300 kilometrach człowiek nadal ma ochotę jechać dalej.

Różnica między wersjami jest czytelna. Atlas ma bardziej przygodowy charakter, 19-calowe koło z przodu, większy prześwit i dłuższy skok zawieszenia. Atlas GT idzie w stronę asfaltu, turystyki i szybszych dojazdów, dlatego dostaje 17-calowe koło przednie oraz bardziej drogowe ustawienie zawieszenia. Nie trzeba tu wielkiej filozofii: pierwszy wariant lepiej zniesie szuter i gorszą drogę, drugi powinien być przyjemniejszy na asfalcie i w dłuższej trasie.
Technologia zamiast samej legendy
Norton najwyraźniej wie, że sama nazwa nie wystarczy. Oba modele mają stalową ramę kratownicową, w której silnik pełni funkcję elementu nośnego, w pełni regulowane zawieszenie KYB i dwa przednie tarcze hamulcowe 310 mm z radialnie mocowanymi zaciskami.

Dużo ciekawiej robi się przy elektronice. Na pokładzie znalazł się sześcioosiowy moduł IMU Boscha, który obsługuje m.in. ABS działający w złożeniu, kontrolę trakcji, kontrolę wheelie, kontrolę poślizgu oraz tempomat dostosowany do jazdy w zakrętach. Do tego dochodzi pięć trybów jazdy, a w bogatszych wersjach Apex także elektronicznie zintegrowane hamowanie i funkcja podtrzymania na wzniesieniu.
W oczy rzuca się też 8-calowy ekran TFT z funkcją dotykową. Ma obsługiwać nawigację, Bluetooth, integrację ze smartfonem przez aplikację Norton Rider, śledzenie przejazdów oraz aktualizacje over-the-air. W motocyklu tej klasy taki zestaw może być atutem, choć przyznaję, że przy jednośladach zawsze mam lekką rezerwę wobec wielkich ekranów. Motocykl nie powinien zamieniać się w tablet z kierownicą. Jeśli jednak interfejs będzie szybki, czytelny i odporny na codzienne używanie w rękawicach, Norton może rzeczywiście zapunktować.

Cena jest odważna, ale nie absurdalna
W Wielkiej Brytanii Atlas ma kosztować 8250 funtów, czyli około 41 500 zł, a Atlas Apex 9450 funtów, czyli około 47 500 zł. To ważny fragment układanki, bo Norton nie ustawił się jak butikowa ciekawostka dla kolekcjonerów. Wchodzi w realne porównania z Yamahą Tracer 7 GT, Triumphem Tiger Sport 660 czy Suzuki SV-7GX. Dla marki z takim bagażem to rozsądniejsza droga niż budowanie powrotu wyłącznie na drogich, efektownych modelach do oglądania w salonie.
Oczywiście cena to dopiero początek. Norton musi przekonać klientów do jakości, obsługi posprzedażowej i stabilności. Marka po przejęciu przez TVS ma mocniejsze zaplecze niż wcześniej, ale w motocyklowym świecie pamięć bywa długa. Trzyletnia gwarancja i pakiet assistance są dobrym sygnałem, bo przy takich powrotach zaufanie odbudowuje się wolniej niż katalog modeli.

Brytyjski charakter pod kontrolą
Stylistycznie Atlas nie wygląda jak kolejny adventure narysowany według jednego szablonu. Widać w nim trochę nostalgii, trochę klasycznego podróżnego motocykla, trochę próby odsunięcia się od agresywnych plastikowych brył, które zdominowały segment. Może się podobać albo drażnić, ale przynajmniej nie ginie w tłumie. A to już coś, bo współczesne motocykle adventure coraz częściej przypominają sprzęt projektowany przez tę samą komisję od dziobów, owiewek i min bojowych.
Mam jednak nadzieję, że Norton nie pójdzie za daleko w opowiadaniu o emocjach. Atlas ma największą szansę wtedy, gdy okaże się zwyczajnie dobrym motocyklem: wygodnym, stabilnym, sprawnym w trasie i niewymagającym od właściciela cierpliwości świętego. Legenda pomaga przy pierwszym spojrzeniu. Przy trzecim przeglądzie liczy się już coś innego.

Atlas i Atlas GT wyglądają jak ważny krok w dojrzewaniu nowego Nortona. Nie są wyłącznie sentymentalnym ukłonem do przeszłości ani pokazem możliwości dla wąskiej grupy fanów. Celują w ludzi, którzy chcą motocykla do jazdy, a nie tylko do rozmowy o motocyklach. To może być dla marki trudniejsze, ale też znacznie zdrowsze.
Jeśli Norton dopilnuje jakości, dostępności i serwisu, Atlas ma szansę stać się modelem, który przywróci marce codzienną wiarygodność.
