Niejeden biedny i niewiele znaczący kraj ma za sobą imperialną przeszłość, której wspomnienie ogrzewa serca i umysły lokalnych nacjonalistów. Wielkie Węgry, Wielka Serbia, Wielka Albania, Wielki Izrael – pod takimi etykietkami w różnych miejscach świata gromadzą się ludzie przekonani, że oto nadszedł czas przynajmniej na restytucję dawnych wpływów, a może nawet na odzyskanie utraconych terytoriów. W Polsce, będącej niegdyś niekwestionowaną potęgą, także znajdziemy tego rodzaju obsesję, która w dyskursie publicznym występuje w zakamuflowanej formie pod hasłem „idei jagiellońskiej”. Jak silne jest to zjawisko, można przekonać się, wpisując takie właśnie hasło do Google’a, który informuje o istnieniu ok. 6 tys. dokumentów z odniesieniem do „idei jagiellońskiej”. Znajdziemy wśród nich nie tylko blogi samozwańczych wieszczów i zbawców narodu, ale również poważne portale, zajmujące się historią na serio i kojarzone ze środowiskami akademickimi.

O co chodzi zwolennikom idei jagiellońskiej? Otóż uważają, że inspiracją dla dzisiejszej polskiej polityki zagranicznej powinna być logika funkcjonowania państwa polsko-litewskiego pod panowaniem Jagiellonów. W odróżnieniu od czegoś, co nazywa się czasem „modelem piastowskim”, Jagiellonowie poświęcali mało uwagi rozbudowie sojuszy i relacji z zachodem kontynentu. Zamiast tego dążyli do stworzenia w Europie Środkowo-Wschodniej sfery silnych wpływów, dzięki którym pomiędzy państwem polsko-litewskim a Rosją powstałby bufor dający ochronę przed zagrożeniem ze wschodu. W tak zarysowanej strefie wpływów, rozciągającej się na północy po Rygę, a na południu po Morze Czarne, Polska odgrywać miała – i przez pewien czas rzeczywiście odgrywała – rolę lokalnego hegemona zarówno militarnego, jak i kulturowego.

Kto myśli, że Polska jagiellońska to tylko historia, niestety się myli. Liczne artykuły na temat idei jagiellońskiej dowodzą żywego nią zainteresowania nie tylko jako historycznym zjawiskiem, ale również – a może nawet przede wszystkim – jako pomysłem na politykę zagraniczną III RP. Znajdziemy w nich np. obszerne analizy „misjonizmu w polityce wschodniej Lecha Kaczyńskiego”, których autorzy zainteresowanie tragicznie zmarłego prezydenta rozwojem wypadków w Gruzji interpretują właśnie z perspektywy odbudowy jagiellońskiej sfery wpływów. Inny autor kontrastuje różnice w polityce zagranicznej rządów Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska, opisując je zgodnie z modelami – odpowiednio – jagiellońskim i piastowskim.

uKariera idei jagiellońskiej ma w sobie pewien nacjonalistyczny podtekst, co samo w sobie może budzić wątpliwości. Oczywiście, w dzisiejszym porządku międzynarodowym mamy do czynienia z różnego rodzaju hegemoniami i dominacjami, nieodmiennie generują one jednak napięcia i konflikty. Jeśli ktoś dominuje, to ktoś inny musi zostać zdominowany, a to ostatnie nie wywołuje raczej entuzjazmu. Polacy powinni to rozumieć jak żaden inny naród w Europie. Domagać się, aby Polska była regionalnym hegemonem, to mniej więcej tyle, co dopraszać się, aby w przedstawicieli polskich władz za naszą wschodnią granicą rzucano jajkami.

Albo gorzej. Co nawet bardziej niebezpieczne: zwolennicy idei jagiellońskiej widzą w niej alternatywę dla ściślejszej integracji regionu w strukturach Unii Europejskiej. Bez wątpienia UE ma wiele wad i należałoby ją gruntownie zreformować, jednak podkopywanie idei europejskiej i lansowanie w jej miejsce idei jagiellońskiej to nieporozumienie, również historyczne. Rozbudowana na wschód strefa wpływów Jagiellonów w żaden sposób nie uchroniła ich państwa przed zagładą. I Rzeczpospolita skonstruowana w oparciu o ideę jagiellońską dość szybko, bo już na początku XVIII wieku – czyli niespełna półtora wieku po swoim powstaniu – została całkowicie poddana kontroli Moskwy.

Unia Europejska to obiecujący eksperyment, bo po raz pierwszy w historii Europy realizuje coś, co nigdy wcześniej się nie udało – konstrukcję spójnej i jednorodnej struktury społeczno-kulturowo-politycznej obejmującej Wschód i Zachód kontynentu. Historia pokazuje dobitnie, że podział na Wschód i Zachód nie działał nigdy w interesie Europy Środkowo-Wschodniej, która najpierw popadła w uzależnienie gospodarcze od Zachodu, a później w polityczno-militarne od Wschodu. Gdybanie pozostaje zawsze wątpliwe, ale nie jest wykluczone, że gdyby Jagiellonowie w sprytny sposób kontynuowali prozachodnią politykę Piastów, losy I Rzeczypospolitej potoczyłyby się inaczej. Zresztą nie mogły potoczyć się gorzej, bo ów twór, wcielający ideę jagiellońską, został na trwałe wymazany z mapy. Każdy jagielloński patriota powinien gruntownie ten fakt przemyśleć.