Jakiego nawyku udało ci się pozbyć?

- Przestałam być zazdrosna. Można oczywiście przestać się angażować i wtedy zazdrość znika, ale nie mówię o takiej sytuacji. Musiałam delikatnie podnieść sobie samoocenę i zazdrość zniknęła, ale być może podniosłam ją zbyt delikatnie, bo nie do końca potrafię się cieszyć. Cały czas drżę, że jeśli za bardzo się ucieszę, spotka mnie jakaś kara. Tego mechanizmu chcę się pozbyć.

Nie cieszysz się ze swoich sukcesów?

- Tak do końca to nigdy. Czasami słyszę jak ktoś mnie chwali, że to co napisałam było ważne albo nawet potrzebne, że świetny utwór zaśpiewałam. Czuję pewnego rodzaju ciepło, ale za chwilę włącza się w mojej głowie głos, który mówi: nie, nie, daj spokój, to nie jest wcale ważne, zobacz jak dużo masz jeszcze do zrobienia. Tyle że ostatnio ktoś powiedział mi coś, o czym nieustannie myślę, że pycha ma dwa końce. Na jednym jest stawianie się ponad wszystkich, uchodzenie za lepszych, a na drugim jest niska samoocena, mówienie: jestem beznadziejny, najgorszy na świecie, nie uda mi się. To też jest pycha, ten sam kij i wystawiania się poza nawias, tylko nie jako najlepsi, ale jako najgorsi. Różne emocje, ale ten sam mechanizm. Zszokowało mnie to, myślałam, że jestem skromna, nieśmiała, nie wychylam się, ale wyszło na to, że wypełnia mnie pycha. 

Jak nad sobą pracujesz?

- Pierwsze jest zauważanie, gdy reaguję nawykowo. A potem dochodzi do łamania kości, żeby zrastała się odpowiednio.

Trudną drogę sobie wybierasz.

- No a jaka jest inna? Chciałabym mieć ze sobą ciepłą i miłosną relację, w której tych kości nie musiałbym łamać, ale nie znalazłam lepszego sposobu.

Wspomniałaś kiedyś, że inspirujesz się swoją mamą.

- Moja mama ma 69 lat, bawi się, lubi tańczyć, śmiać się i maluje usta na czerwono. Uważa, że życie zaczyna się po pięćdziesiątce, więc z nadzieją wyczekuję tego czasu.

Kilka lat temu powiedziałaś mi, że pogodziłaś się z tatą, wybaczyłaś mu – jak jest między wami teraz?

- To pogodzenie wystarczyło na pewien czas, ale niedawno postanowiłam pogłębić naszą relację. Bo zauważyłam, że mimo wybaczenia, nosiłam w sobie przestrzeń gotową doznać urazy, jeśli np. tata mnie nie pochwalił albo zignorował. Czułam w żołądku gulę, a to oznaczało, że nie wszystko jest wyczyszczone. Znalazłam metodę. Jeśli czujemy jakiś żal czy pretensje do rodziców, to znaczy, że żywe są w nas oczekiwania, że dostaniemy od nich coś, czego zazwyczaj nam nie dawali w dzieciństwie. To może być uwaga, czułość, przeprosiny. Ale jeśli nie stało się to przez kilkadziesiąt lat, to pewnie nigdy się nie wydarzy. Wtedy trzeba sobie uświadomić, że nic więcej nie dostaniemy. Pod choinką leży dwadzieścia paczek, wszystkie zostały rozpakowane i nie ma więcej. Pogodzenie się z tym, że nie będzie więcej prezentów, a rodzice dają tyle ile są w stanie dać, chociaż boli, przynosi niezwykłe ukojenie.

Niedawno historie rodzinne stały się dla ciebie szczególnie ważne.

- 1 listopada 1943 roku moja rodzina została zabita, dwanaście osób. Babcia się uratowała, bo poszła na groby. Gdyby została w domu, to nie byłoby jej ani mojej mamy, mnie, mojego syna. Znałam tę historię od dziecka, ale dopiero niedawno poczułam potrzebę wniknąć w przeszłość. Pojechałam do Kałęczyna, wioski pod Łomżą, w której to się stało. Gdyby nie przypadek, nie byłoby całej naszej rodziny. Myślę, że tamta śmierć położyła się na
nas wszystkich cieniem, poczynając od babci, która w jednej chwili dowiedziała się, że została sama na świecie, że nikogo z bliskich już nie ma.

Dlaczego ich zabili?

- To był ostatni dom we wsi, możliwe, że pomagali partyzantom. Moja ciocia pamięta dziewczynkę, która nie była z rodziny, ale z nią mieszkała. Prawdopodobnie ukrywali Żydów i ktoś doniósł. Czytałam o tym, że przy tego typu historiach pojawia się ktoś, kogo zadaniem jest zintegrować przeszłe wydarzenia, ukoić to co się stało. I chyba ja jestem tą osobą.