Każdy z nas pamięta takie dzieciaki ze szkoły. Jeden był klasowym chuliganem, nieuważającym na lekcjach i często bijącym inne dzieci. Drugi zawsze miał fatalne oceny za pismo i poruszał wargami podczas cichego czytania tekstu. Trzeciemu nauczyciele matematyki regularnie wystawiali opinię „zdolny, ale leń”, bo choć nie miał problemu z innymi przedmiotami, z rachunków zawsze dostawał najniższe oceny. Dziś, dzięki postępowi nauki wiemy już, że ci uczniowie nie byli po prostu „źli”. Pierwszy zapewne cierpiał na nadpobudliwość ruchową (ADHD), drugi ewidentnie miał dysleksję, a trzeci...

No właśnie: czy istnieje taka choroba jak wstręt do matematyki? Odpowiedź brzmi: istnieje, a do tego występuje znacznie powszechniej, niż większość z nas przypuszcza. Przyjmuje się, że dyskalkulię, czyli poważne problemy z opanowaniem „królowej nauk”, ma średnio 6–7 proc. dzieci w wieku szkolnym. Jednak z badań przeprowadzonych przez naukowców z amerykańskiej Mayo Clinic wynika, że szacunki te mogą być zaniżone. Zdaniem badaczy skala problemu może sięgać nawet 14 proc. społeczeństwa, przy czym w części przypadków dyskalkulia jest „maskowana” innymi problemami, takimi jak dysleksja czy ADHD. Objawy bywają zróżnicowane: część chorych nie potrafi odróżnić „na oko” dwóch przedmiotów od trzech bez liczenia na palcach, inni mają problemy tylko z bardziej skomplikowanymi działaniami, np. mnożeniem czy operacjami na ułamkach. I choć wydaje się, że w dobie wszechobecnych kalkulatorów, komputerów i arkuszy kalkulacyjnych matematyka nie jest specjalnie potrzebna przeciętnemu obywatelowi, specjaliści są innego zdania.

Umiejętność rozwiązywania zadań matematycznych jest uważana za oznakę inteligencji i sprawności umysłowej. Wiele testów IQ zawiera sekcje wymagające zastosowania technik obliczeniowych. Bez matematyki nie sposób wreszcie opanować większości przedmiotów ścisłych, od informatyki i fizyki po medycynę (lekarz musi wszak umieć przeliczać chociażby dawki leków).

ARYTMETYKA PRZETRWANIA


Zdolność do wykonywania skomplikowanych obliczeń to coś, co zdecydowanie odróżnia nas od innych stworzeń na Ziemi. Jednak matematyka nie wzięła się z próżni. Liczne dowody wskazują na to, że zawdzięczamy ją milionom lat ewolucji. Proste szacowanie liczby przedmiotów to umiejętność występująca u wielu zwierząt – nawet tak nieskomplikowanych jak salamandry czy owady. Większość z nich potrafi „liczyć” tylko do czterech, co wynika ze wzrokowego mechanizmu przeprowadzania takich działań.

Pojedynczy przedmiot to jeden punkt, między dwoma można wyznaczyć linię, trzy z reguły układają się w jakiś trójkąt, a cztery – w czworokąt. Większa liczba obiektów tworzy bardziej chaotyczne układy, które zwierzętom trudniej jest rozpoznać. Jednak nawet tak prosta arytmetyka może decydować o przetrwaniu gatunku – pozwala szybko ocenić liczbę potencjalnych wrogów lub ofiar. Oczywiście im większy mózg, tym bardziej skomplikowane zadania może wykonać. Ptaki takie jak łyski umieją policzyć jaja we własnym gnieździe – gdy rachunek się nie zgadza, wyrzucają te, które wyglądają na podrzutki. Ssaki naczelne nieźle radzą sobie z większymi liczbami, a po odpowiednim treningu potrafią wykonywać proste operacje arytmetyczne, np. dodawanie.

Zoolodzy twierdzą, że małpy – podobnie jak my – potrafią posługiwać się abstrakcyjnym pojęciem liczby. Przykładowo: jeśli usłyszą głosy trzech innych osobników, to spodziewają się zobaczyć właśnie tylu. Pojęcie „trzy” jest u nich niezależne od tego, który zmysł dostarczył im informacji o tej liczbie. Nie powinno więc dziwić, że zdolności matematyczne wykazują już bardzo małe dzieci: proste liczenie przedmiotów potrafią przeprowadzić kilkumiesięczne niemowlęta, zaś kilkulatki opanowują podstawowe operacje arytmetyczne nawet wtedy, gdy nie znają jeszcze odpowiednich słów opisujących takie działania. To zaś oznacza, że umiejętność liczenia rozwijała się u nas niezależnie od mówienia.

BYĆ JAK EINSTEIN


Takie badania nieuchronnie prowadzą do pytania o to, na ile zdolności matematyczne mogą być wrodzone? „Gdybyśmy wiedzieli, jak to rzeczywiście wygląda, moglibyśmy zoptymalizować nauczanie (...). Uczenie osób nieuzdolnionych matematycznie miałoby wtedy tyleż sensu, co malowanie z daltonistą czy muzykowanie z osobą niesłyszącą” – pisze prof. Manfred Spitzer w książce „Jak się uczy mózg”. I choć zdania na ten temat są podzielone, uczeni znaleźli już kilka obszarów ludzkiego mózgu ściśle związanych z naszymi zdolnościami obliczeniowymi.