Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem jego program. Bourdain kręcił akurat w Kambodży. Siedział w jakiejś obskurnej knajpie, jadł palcami i rozmawiał z jakąś starszą kobietą o terrorze Czerwonych Khmerów. Oczy mu płonęły, tak jej słuchał. Nie przerywał. Zadawał inteligentne, proste pytania.

Pomyślałem: no, ten facet naprawdę wie, jak robi się telewizję. 

Rozumiał, że jedzenie jest częścią życia i rozmawiając o jedzeniu, mówimy o życiu jako takim. Od tego, co na talerzu ważniejszy był człowiek, który nad nim zasiada. Mam wrażenie, że naprawdę kochał ludzi i cieszył się z każdego spotkania. Dojrzałość, pewność siebie właściwą dla starzejącego się faceta łączył z ciekawością dziecka. 

Jego zawadiackość, obsesyjna skłonność do zbaczania ze szlaku do najpodlejszych dzielnic, do brudu podwórka i straganu budziła szacunek a nawet podziw. Próbował dotrzeć do miejsc i ludzi konsekwentnie unikanych przez innych, telewizyjnych celebrytów. Zrobił na tym szmal i dorobił się sławy. Tym lepiej.

Pił, palił na wizji, na starość porobił sobie dziary i jeszcze umawiał się z Asią Argento, córką mojego ukochanego reżysera horrorów. Jak mogłem go nie pokochać?

Ludzie, którzy zżyli się z jego programem płakali, jakby stracili kogoś bliskiego.

Wiem, bo rozmawiałem z nimi o tej śmierci. Ktoś bliski, dobry, pracowity człowiek powiedział mi coś takiego. „Łukasz, ja zawsze żyłem dla obowiązku. Pomagałem rodzicom, pracowałem, zajmowałem się własnymi dziećmi. Liczyło się dla mnie tylko to, co powinienem zrobić. Anthony pokazał mi, że zwykły człowiek, taki jak ja, też ma prawo aby pomyśleć o sobie i cieszyć się życiem. Pokazał mi jak ważne są drobne przyjemności: dobre jedzenie, które wcale nie musi być drogie. Kieliszeczek z przyjacielem. Spływ kajakiem i spacer po lesie. Zrozumiałem to właśnie dzięki programom Anthony’ego”.

Ta samobójcza śmierć budzi powszechne zdziwienie.

Podobnie było wcześniej w wypadku uśmiechniętego Robina Williamsa. Anthony Bourdain miał wszystko: sławę, autentyczną miłość telewidzów i czytelników. Kochał i był kochany. Realizował swoje pasje: jeździł po świecie, jadł, spotykał się z ludźmi. 

A jednak zamknął się w pokoju hotelowym. Zapewne wypił kilka głębszych na odwagę i włożył głowę w pętlę. Myślę o jego ostatnich chwilach, próbuje wyobrazić sobie, prześledzić jego ostatnie kroki. Jak to było? O czym myślał? Nie potrafię, rozum gubi się w tej strasznej ciemności.

Ta ciemność jest odpowiedzią na pytanie o przyczyny samobójstwa. Śmierć Anthony’ego, choć straszna, jest dla mnie zrozumiała. Anthony Bourdain straszliwie cierpiał, tak jak cierpi wielu innych ludzi niezależnie od płci, wieku, statusu materialnego i profesji. Nie wiem czy cierpiał na depresję, nie widzę sensu w sprawdzaniu, diagnozować faceta ani myślę. Wiem za to, że to cierpienie naprawdę istnieje i potrafi odebrać rozum. Mowa o doświadczeniu nagiej grozy życia, bezsensu naszego trwania i nicości czekającej za śmiercią, a tak naprawdę o czymś co nie ma nawet nazwy. To coś sprawia, że trzęsiemy się ze strachu o trzeciej nad ranem w mokrej pościeli, że rzucamy się w toksyczne związki, w wódkę i narkotyki. Słyszeliście, że Anthony był zaleczonym narkomanem?