Co by się stało, gdyby zniknęły wszystkie owady?

Pewnego dnia budzisz się i doświadczasz nietypowej ciszy. Nie ma brzęczenia nad łąką, nie ma komarów przy jeziorze, nie ma muszek nad koszem na owoce. Nie ma owadów. A potem – dzień po dniu – zaczynają znikać rzeczy, które brałeś za oczywiste: kolory, zapachy, smaki, ptaki w powietrzu i żyzność gleby pod stopami.
...

To scenariusz ekstremalny, ale wart przeanalizowania, bo owady nie są “dodatkiem” do przyrody. To jej układ krążenia i system sprzątania w jednym. Insekty stanowią mniej więcej połowę wszystkich znanych gatunków na Ziemi, a samych opisanych gatunków owadów jest około miliona. A liczebność? W tym momencie może żyć ok. 10 kwintylionów osobników owadów.

Czytaj też: Owady znikają w zatrważającym tempie 6,6% rocznie. Nawet dziewicze tereny nie są bezpieczne

Poniżej – krok po kroku – co najpewniej zaczęłoby się dziać, gdyby owady nagle zniknęły z naszej planety, jak z pstryknięciem palcami Thanosa.

Pierwszy szok: świat roślin traci łączność ze sobą

Najbardziej znany skutek dotyczy zapylania. W ekosystemach lądowych ogromna część roślin kwiatowych jest uzależniona od zwierząt przenoszących pyłek. FAO podaje, że globalnie około 87,5 proc. roślin kwiatowych jest zapylanych przez zwierzęta (w tym głównie przez bezkręgowce). To nie znaczy, że wszystkie te rośliny zniknęłyby w jeden sezon. Wiele potrafi rozmnażać się też wegetatywnie, część jest wiatropylna, część ma “plan B”. Ale zniknięcie owadów oznaczałoby natychmiastowe zerwanie jednej z głównych sieci połączeń w przyrodzie: roślina-zapylacz.

Bez owadów nie byłoby wielu roślin – zaczęlibyśmy głodować /Fot. Unsplash

W rolnictwie skala jest równie duża. IPBES (międzynarodowa platforma ds. bioróżnorodności) wskazuje, że ponad 75 proc. “wiodących” upraw żywnościowych świata zależy przynajmniej częściowo od zapylania przez zwierzęta. W praktyce to oznacza nie “koniec jedzenia”, tylko szybkie zubożenie diety i gwałtowne spadki plonów w konkretnych grupach: owoce, wiele warzyw, orzechy, rośliny oleiste, przyprawy, używki. Zboża typu pszenica czy ryż (głównie wiatropylne) dalej by rosły, ale świat stałby się bardziej skrobiowy, bardziej monotonny i droższy.

A pieniądze? IPBES szacuje roczną rynkową wartość produkcji żywności bezpośrednio związanej z usługą zapylania na 235-577 mld dol. To tylko fragment realnych kosztów, bo nie obejmuje całej kaskady skutków dla ekosystemów i gospodarki.

Drugi szok: ptaki, płazy i ryby zaczynają głodować

Owady są paliwem dla całych pięter łańcucha pokarmowego. I tu pojawia się fakt, który wielu ludzi zaskakuje: nawet ptaki, które kojarzysz z ziarnem, często “muszą” przejść na owady przynajmniej w okresie lęgowym. Około 90 proc. z ponad 10,7 tys. znanych gatunków ptaków korzysta z owadów w jakiejś części cyklu życiowego. Młode ptaki potrzebują białka i tłuszczów w formie, którą najłatwiej dają gąsienice, larwy i drobne owady.

Owady są ważniejsze, niż wielu się wydaje /Fot. Unsplash

Jest też wymiar ilościowy: analizy sugerują, że ptaki owadożerne na świecie zjadają setki milionów ton stawonogów rocznie; same lasy to ponad 70 proc. tej “konsumpcji”, rzędu co najmniej 300 mln ton rocznie. Jeśli owady znikają, ptaki nie mają czym tego zastąpić w takiej skali. Efekt? Najpierw spada przeżywalność piskląt, potem liczebność populacji, a na końcu znikają całe gatunki z krajobrazu.

Podobnie w wodzie. Wiele ryb słodkowodnych i organizmów wodnych bazuje na owadach wodnych (larwach, nimfach) jako na podstawowym źródle energii. W jednym z badań nad zespołem ryb w zbiorniku neotropikalnym owady wodne dominowały w diecie społeczności – w ujęciu wskaźnika udziału pokarmu było to ponad 70 proc. To pojedynczy przykład, ale dobrze pokazuje mechanizm: jeśli wyjmiesz owady z wody i z lądu, rybom i płazom zostaje dziura energetyczna, której nie da się łatwo wypełnić.

Trzeci szok: świat zaczyna cuchnąć

To moment, w którym “brak owadów” przestaje być abstrakcją i zaczyna nieprzyjemnie pachnieć. Owady to wielka armia rozdrabniaczy i sprzątaczy: rozkładają martwe rośliny, przyspieszają rozpad padliny, przetwarzają odchody, mieszają materię organiczną z glebą. Bez nich rozkład nadal by zachodził – bakterie i grzyby nie znikają – ale tempo i “architektura” procesu byłyby inne. Zamiast szybkiego rozdrobnienia i transportu materii organicznej w głąb gleby, miałbyś częściej zalegające warstwy martwej biomasy na powierzchni, wolniejsze uwalnianie składników i gorsze “dokarmianie” ekosystemu od dołu.

Klasyczny przykład to chrząszcze gnojowe. Ich praca jest tak namacalna, że da się ją wycenić. W przeglądzie w Current Biology przywoływana jest wycena netto usług tych owadów dla amerykańskiego przemysłu bydła na około 380 mln dol. rocznie. To pieniądze “za” szybsze usuwanie odchodów z pastwisk, mniej siedlisk dla pasożytów, lepszą jakość runi i gleby. Bez takich owadów rośnie obciążenie pasożytami, pogarsza się struktura gleby i spada produktywność.

W klasycznej pracy w BioScience oszacowano, że roczna wartość usług ekosystemowych świadczonych przez owady w samych USA to co najmniej 57 mld dol. W tym są nie tylko zapylanie i “sprzątanie”, ale też naturalna kontrola szkodników. Co prowadzi nas do kolejnego paradoksu.

Czwarty szok: najpierw “ulga” od szkodników, potem katastrofa rolnicza

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że rolnictwo odetchnie. Znikają mszyce, stonki, gąsienice, chrząszcze zjadające korzenie. Jest ciszej, czysto i “bez robali”. Tyle że to krótkie złudzenie, bo owady to jednocześnie szkodniki i ich naturalni wrogowie. W normalnym świecie ogromna część presji szkodników jest tłumiona przez drapieżniki i pasożyty: biedronki zjadają mszyce, złotooki polują na larwy, błonkówki pasożytują na gąsienicach. Gdy znikają wszystkie owady, znika też ta tarcza biologiczna.

Efekt długofalowy jest bardziej brutalny: rośliny uprawne tracą zapylacze, więc w wielu sektorach spada plon i jakość, a jednocześnie cały ekosystem rolniczy traci stabilność. Pojawiają się “nowe” problemy, bo miejsce po owadach zaczynają zajmować inne organizmy. Wzrost znaczenia patogenów grzybowych i bakteryjnych, rozchwianie populacji roztoczy i innych bezkręgowców, które nie są owadami, przesunięcia w presji roślinożerców wśród kręgowców. Rolnictwo, jakie znamy, jest w dużej mierze systemem skrojonym na świat z owadami. Bez nich trzeba by je przeprojektować od zera.

Piąty szok: mniej chorób przenoszonych przez owady, ale to nie “happy end”

Są też “plusy”, o których trzeba uczciwie powiedzieć. Zniknięcie owadów oznaczałoby zniknięcie wielu wektorów chorób: komarów przenoszących malarię, Dengę czy wirusa Zika, much przenoszących część patogenów, pcheł i wszy związanych z historycznymi epidemiami. W pewnym sensie świat stałby się pod jednym względem mniej niebezpieczny.

Koniec owadów doprowadziłby prawdopodobnie do końca ludzkości /Fot. Unsplash

Tyle że bilans nie jest nawet bliski zera. Po pierwsze, wiele chorób i tak rozprzestrzenia się innymi drogami (kropelkowo, przez wodę, kontakt, żywność). Po drugie, załamanie ekosystemów i rolnictwa tworzy inne ryzyka zdrowotne: niedożywienie, niedobory mikroskładników, wzrost cen żywności, migracje i konflikty. Po trzecie, gwałtowne zmiany w sieciach pokarmowych często sprzyjają “przeskokom” patogenów i niestabilności epidemiologicznej, tylko w innym kostiumie.

Kaskada: co się dzieje po roku, 10 latach, 50 latach

Po pierwszym sezonie wegetacyjnym zobaczyłbyś mniej owoców na drzewach, uboższe łąki i pola, mniej ptaków. W kolejnych latach zaczęłaby się przebudowa krajobrazu. Ekosystemy przesuwałyby się w stronę roślin wiatropylnych i takich, które radzą sobie bez “zwierzęcej poczty pyłkowej”. Zmienia się skład lasów, łąk i zarośli, a wraz z nim wszystko, co na tych roślinach żeruje lub w nich gniazduje.

Po dekadach obraz byłby już nie “światem bez komarów”, tylko inną planetą w tej samej atmosferze. Mniej kwiatów, mniej owoców, mniej ptaków, mniej drobnych kręgowców. Więcej martwej materii zalegającej w miejscach, gdzie kiedyś znikała szybciej. Gleby w wielu regionach stałyby się uboższe i mniej stabilne, a rolnictwo – bardziej przemysłowe, droższe i oparte na wąskim zestawie roślin.

Czy dożyjemy świata bez owadów?

Wcale nie musimy “wykasować” owadów, żeby odczuć ich brak. Wystarczy, że znikają stopniowo, lokalnie, gatunek po gatunku. I takie sygnały już widzimy. Głośne badanie z Niemiec wykazało spadek biomasy owadów latających o 76 proc. w sezonie i 82 proc. w środku lata na przestrzeni 27 lat. To nie jest dowód na globalny “koniec owadów”, ale jest świetnym przykładem, jak duże mogą być zmiany nawet tam, gdzie teoretycznie przyroda powinna być bezpieczniejsza.

Czytaj też: Owady nie lubią oceanów i mają ku temu ważny powód

Najbardziej zdradliwa w tej wizji jest cisza. Owady są małe, więc łatwo je zlekceważyć. Ale to one spinają świat roślin ze światem zwierząt, żywe z martwym, powierzchnię gleby z jej wnętrzem. Kiedy je wyjmiesz, przyroda nie “przestaje działać” od razu. Raczej zaczyna działać gorzej, prościej, ubożej. Tak jak organizm, który żyje jeszcze chwilę po utracie krwi, bo nie zrozumiał od razu, że stracił krążenie.

Jeśli kiedyś usłyszysz, że owady to tylko problem w kuchni i na biwaku, przypomnij sobie, że bez nich cywilizacja nie musiałaby upaść spektakularnie. Wystarczyłoby, że zaczęłaby się kurczyć. Po cichu, sezon po sezonie.