Ewakuowano ich z Berlina ze względu na zagrożenie nalotami. Czy zespół ten opracował maszynę-komputer, łamiącą radzieckie szyfry jednorazowe? Odpowiedź jest jednoznaczna: w Niemczech działało wiele zespołów kryptologicznych, ale był tylko jeden „Pers Z”, złożony z najwybitniejszych specjalistów. Tylko oni mogli dokonać wyczynu tak niezwykłego jak skonstruowanie maszyny, która łamie szyfry jednorazowe, co wówczas wydawało się niemożliwe! Szyfr wynaleziony w 1918 roku przez Amerykanina Josepha Mauborgne’a był bardzo prosty i bezpieczny, a jego siłę stanowiła niepowtarzalność. Gama, na której podstawie litery zamieniano w cyfry, była używana tylko raz, do jednego tekstu, co kryptologom wroga analizującym zaszyfrowaną depeszę nie dawało żadnego punktu zaczepienia. Jak więc Niemcy sobie z tym poradzili? Zapewne, jak to zwykle bywa w największych odkryciach, przesądził przypadek. Możemy przyjąć, że któryś z niemieckich kryptologów zwrócił uwagę, iż w radzieckich szyfrogramach powtarzają się gamy. Oznaczało to, że szyfranci złamali podstawową zasadę gwarantującą bezpieczeństwo szyfru: jednorazowość. Tak było w istocie.

W czerwcu 1941 roku, gdy Niemcy uderzyli na Związek Radziecki, we wszystkich agendach rządowych zapanował chaos. Jednocześnie gwałtownie nasiliły się kontakty dyplomatyczne między Moskwą, Londynem i Waszyngtonem. Ambasady radzieckie w tych państwach wysyłały znacznie więcej depesz niż normalnie. Gamy wyczerpały się, zaczęto więc używać starych. Oblicza się, że około trzydziestu tysięcy depesz zostało utajnionych za pomocą tych samych gam. To dało niemieckim kryptologom bezcenny materiał, pozwalający zbudować maszynę deszyfrującą. W lutym 1945 roku, gdy wojska radzieckie zbliżały się do Jeleniej Góry, zespół „Pers Z” ponownie ewakuowano, tym razem na zachód, do zamków Zschepplin w pobliżu Eilenburga i Naumburg pod Weimarem. Czy część specjalistów i maszynę przewieziono do najbliżej położonego zamku Czocha? To bardzo prawdopodobne: zamek mógł być dobrze zabezpieczony i przygotowany na przyjęcie ekspertów, gdyż podobno pracował tam oddział wywiadu wojskowego.

W tym czasie z Paryża wyruszyło siedem grup organizacji TICOM (Target Intelligence Committee), kierowanej przez amerykańskiego kryptologa komandora Howarda Campaigne’a. Posuwając się za wojskami wdzierającymi się do Rzeszy, ludzie z tego zespołu poszukiwali kryptologów, szyfrów i przede wszystkim urządzeń, takich jak niemiecka maszyna deszyfrująca. Jak wynika ze wspomnień majora Paula E. Neffa, jednego z członków TICOM, wiedzieli oni o zamku we wschodnich Niemczech, w którym znajdowali się kryptolodzy i archiwum. Czyżby chodziło o Czochę? W pamiętniku nazwy zamku nie ma, lecz Neff przyznaje, że dotarł tam i wywiózł niemieckich kryptologów i dokumenty na dwa dni przez zajęciem tego terenu przez Armię Czerwoną.

Na Dolnym Śląsku kilku świadków twierdzi, że widziało amerykańskie pojazdy pancerne w rejonie Świeradowa Zdroju (wówczas Bad Flinsberg). Czyżby to była grupa Neffa? Czyżby wtedy Amerykanie dowiedzieli się, dokąd wywieziono „Rybę miecz”? Ludzie z TICOM znaleźli ją w podalpejskiej miejscowości Rosenheim 25 kwietnia (według innych danych 21 maja) i wydobyli z ruin ukryte tam 53 skrzynie o łącznej wadze ponad siedmiu ton. Natychmiast przewieziono maszynę do brytyjskiego ośrodka w Bletchley Park, gdzie wykonano jej kopię. Wywieziono ją następnie do Stanów Zjednoczonych i zainstalowano w Vint Hill Farms Station, dużym ośrodku zatrudniającym ponad dwa i pół tysiąca ludzi. I… wszelki słuch o niej zaginął.

W 1949 roku radzieckie depesze, których treść utajniano za pomocą szyfru jednorazowego, przechwytywane przez amerykańskie stacje nasłuchowe jeszcze w czasie wojny i składane do archiwum, zaczęły ujawniać swą treść. Wynikało z niej, że wielu amerykańskich naukowców i techników pracujących nad bombą atomową przez lata zdradzało Rosjanom najbardziej strzeżone tajemnice! Jedni dla pieniędzy, inni z pobudek ideologicznych przekazywali radzieckim szpiegom tajne materiały z Los Alamos. Szpiedzy dostarczali je do placówek dyplomatycznych w Waszyngtonie i Nowym Jorku. Stamtąd wysyłano je do Moskwy w poczcie dyplomatycznej lub, gdy czas naglił, drogą radiową, po zaszyfrowaniu treści za pomocą szyfru jednorazowego. Federalne Biuro Śledcze FBI dostało w ten sposób dowody, że zdrajcami są najwięksi naukowcy: Fuchs, Hall, Sax. W kręgu podejrzeń znaleźli się ci, którzy zrobili najwięcej dla bomby atomowej: Robert Oppenheimer, Bruno Pontecorvo, Enrico Fermi. Paradoks polegał na tym, że Ameryka ujawniała zdrajców dzięki niemieckiej maszynie. Tej informacji świat nie mógł poznać! Zasługę złamania szyfru przypisano Meredithowi Gardnerowi, genialnemu kryptologowi z US Army Security Agency (ASA). O „Rybie mieczu” nie śmiał wspomnieć nikt, choć straciła swoje ostrze i stała się muzealnym zabytkiem.

W 1949 roku William Weisband, szyfrant zatrudniony w ASA, zwerbowany przez Rosjan dwa lata wcześniej, zdradził za pół miliona dolarów fakt istnienia „Ryby miecza”. Miał szczęście, że sprawa była tak tajna, gdyż nie wytoczono mu procesu o zdradę, a pod innym pretekstem skazano jedynie na rok więzienia. Dzisiaj to już bardzo zamierzchła historia, ale wciąż głęboko ukryta. W 1992 roku dyrektor National Security Agency przedłużył okres zachowania w tajemnicy wszelkich dokumentów, dotyczących TICOM i „Ryby miecza”, do 2012 roku. Może więc za pięć lat dowiemy się, że w Czosze są przepastne podziemia, w których pracowała „Ryba miecz”…

Bogusław Wołoszański