Być sobą? To niełatwe, gdy tych “sobą” jest wiele – ale warto

Zwolnij się z wymogu absolutnej spójności. Zamieszkany przez różne wersje i postacie, stajesz się bogatszy w siebie.

“Być sobą” – to hasło, wyśpiewywane kiedyś przez Perfect, wypłakiwane przyjaciółkom, bełkotane w chwilach pijackich antykorporacyjnych zwierzeń nad ranem, na opłaconych przez korporację imprezach integracyjnych, hasło drukowane na podkoszulkach i kartkach na osiemnastkę! Kto z nas tego nie chce: być sobą i sobą pozostać. A jednak dla niektórych sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana.

Bo są tacy, których jest wielu. W jednej osobie. W środku.

Wychowanek Torless, młody człowiek uczący się w austro-węgierskiej szkole dla kadetów, w słynnej książce Roberta Musila z początku wieku, odkrywa tę prawdę, kiedy wbrew swojej woli zakochuje się w mężczyźnie. Uprawiając z nim miłość fizyczną, wykrzykuje sam do siebie te dramatyczne słowa: „To nie jestem ja! To nie ja! Jutro dopiero będę sobą!”. Oto pojawił się w jego środku ktoś inny, ktoś, kogo nie uznaje za część siebie, bo kłóci się z tym, co sam o sobie myśli.

Zdziwiłabym się, gdyby i tobie to się nie przydarzyło. Na przykład – upijasz się do nieprzytomności, chociaż następnego dnia masz od rana pracować. Kto się upił? Jaki bezbrzeżny sabotażysta zamieszkał w twoim środku i zrobił to świństwo? „Zapominasz” zapłacić za prąd, chociaż Bóg ci świadkiem, że masz pieniądze na koncie. Kto zachował się tak nieodpowiedzialnie? Wreszcie za kierownicą samochodu, w którym siedzisz sama, rozlega się przeciągły dźwięk klaksonu i zaraz potem seria przekleństw. Kto wypowiada te wszystkie straszne słowa, których ty oficjalnie nawet nie rozumiesz? Kto popadł w zgubną namiętność, wykwitłą pod bokiem absolutnie udanego małżeństwa? Kto odciąga cię od poważnych zajęć w godzinach pracy i zwodzi na manowce stron www.bóg-wie-o-czym.com? Czyje jeszcze niezrozumiałe zachowanie musisz potem kwitować zawstydzonym „nie wiem, co we mnie wstąpiło”? W ogóle – kto w nas wstępuje? Kim jesteśmy, kiedy nie jesteśmy sobą? 

Rita Carter, autorka niewydanej w Polsce książki „Multiplicity”, ma na to swoją odpowiedź: otóż zamieszkują nas postacie, które nazywa minorami. Jeśli major jest rdzeniem naszej osobowości, oficjalną wersją nas, to minory to nasze postacie poboczne, oboczne, które zajmują nieco mniejsze pokoiki w domu naszego ja. Ale są! Dzielą – jak pisze autorka, niebezpiecznie zbliżając się do wątków jakby horrorem podszytych – to samo ciało. I czasem wychodzą w nieoczekiwanych przez nas momentach, sabotując główny nurt. Ale nie tylko. Zdarza się, że postacie oboczne wydobywają z nas to, co akurat jest najbardziej potrzebne, chociaż istnienia tego w sobie nie podejrzewaliśmy: okazujemy się wytrwalsi, odważniejsi, sprytniejsi, lepsi. Carter w swojej książce wymienia najczęstsze typy postaci obocznych, rozrysowuje sieci powiązań i struktury zależności – słowem – wywraca schludną koncepcję naszego spójnego ja do góry nogami.

Jeśli tak jest – jeśli poza tą postacią, oznaczoną PESEL-em, NIP-em, numerem dowodu osobistego, legitymującą się dyplomem ukończenia renomowanej uczelni wyższej, 652 znajomymi na Facebooku i zdjęciami najbliższych w portfelu – jeśli poza tym, kim jesteś, jesteś jeszcze kimś innym albo wieloma innymi postaciami – co teraz? 

Masz kilka opcji. Pierwsza z nich jest taka, że w ogóle cię to nie dotyczy. Są tacy – spójni, jednoznaczni, niewątpiący w siebie i występujący w jednej jedynej wersji ludzie, przewidywalni dla siebie i innych. Osobiście do nich nie należę. Bywa, że im zazdroszczę.

Druga możliwość – udawaj, że nie widzisz swoich oboczności, trzymaj się tego, kim myślisz, że jesteś, a wszystko, co miałoby temu zaprzeczyć, uznawaj za potwierdzający regułę wyjątek. 

 

Krzycz za wychowankiem Torlessem: „to nie ja! to nie jestem ja!”. Może ci się uda przytrzymać swoje minorki pod kluczem. 

I trzecia droga – jak słusznie podejrzewasz, moim zdaniem najlepsza. Przywitaj się, przyjrzyj, zaprzyjaźnij. W końcu to – jednak! – ty. Zwolnij siebie z wymogu absolutnej spójności. Bo przecież jest też tak, że zamieszkany przez różne wersje i postacie, stajesz się bogatszy w siebie. Tracisz złudzenie własnej jednoznaczności, ale za to zyskujesz nowe wersje siebie. Jesteś odpowiedzialny, ale – pomyśl – czasami bywasz szalony. Jesteś szalona, ale – pomyśl – czasami bywasz odpowiedzialna. Jesteś cicha, ale wtedy, pamiętasz, potrafiłaś stanąć w czyjejś obronie. Jesteś gadułą, ale wtedy, w tamtej rozmowie, umiałeś posłuchać. Jesteś roztrzepana, ale kiedy naprawdę trzeba było się zorganizować, zrobiłaś to świetnie. Nie przywiązuj się do tego, co sam o sobie myślisz, nie daj się zamknąć w szufladce własnej, za przeproszeniem, narracji, o tym, kim jesteś. Nie pozwól definiować się własnym wyobrażeniom na temat tego, jaka jesteś, co umiesz i do czego kompletnie się nie nadajesz. Poszerz swoją kartę dań. Spójrz życzliwym okiem nawet na te wewnętrzne postacie, które nie są tak schludne, jak sam sobie chcesz się wydawać. Może powiedzą ci coś, co warto usłyszeć. 

Czasy temu sprzyjają – bo świat jest bardziej multi niż był. Kiedyś był jeden rodzaj inteligencji, dzisiaj mówi się o kilku albo kilkunastu. Kiedyś na pytanie „czym się zajmujesz?”, odpowiedź była jednoznaczna i nasze babcie dokładnie rozumiały, co mamy na myśli. Dziś coraz więcej jest takich, których odpowiedź na to pytanie byłaby długa i złożona. Kiedyś granice były sztywne, dziś wielu dziesięciolatków mogłoby się poszczycić kilkunastoma pieczątkami w paszporcie, gdyby nie to, że coraz więcej jest miejsc, do których wjeżdżamy bez paszportu. Może więc, płynąc tym nurtem, można przesunąć też własne granice myślenia o tym, kim jesteśmy? Uradować się myślą, że kimś jeszcze możemy się stać? Zastąpić przerażone „to nie jestem ja!” entuzjastycznym „to też jestem ja!”?