Lubię przeglądać zdjęcia roczników studenckich sprzed stu lat, a nawet wcześniejsze. Stoją tam brodate, wąsate chłopy o twardych spojrzeniach. Prawdziwi mężczyźni, chciałoby się rzec. Potem sięgam do własnych fotografii z okresu studenckiego. Chłopiec ze mnie, dziecię prawie o niemal kobiecych dłoniach. Tamci faceci byli ode mnie dzielniejsi, dojrzalsi, odpowiedzialniejsi. I pewno większość młodo zginęła.

Niedawno wróciłem z metalowego festiwalu. Przez cztery dni stałem w kurzu, piłem chrzczone piwo i oglądałem jakichś wyjców, a także siłowałem się na rękę, zjeżdżałem ze zjeżdżalni i opowiadałem żarty jak z przedszkola. Wróciłem do domu i kupiłem sobie nową grę na PlayStation. Tego samego popołudnia mama zapytała mnie, kiedy zamierzam dorosnąć, kiedy spoważnieję.

Istnieje pogląd, że w pewnym wieku określone sprawy nie przystoją

Dorośli ludzie nie bawią się konsolą. Nie noszą koszulek z nazwami zespołów i nie podskakują w kurzu, wrzeszcząc coś o Szatanie. Chętnie dopowiem, że mam w domu około sześćdziesięciu nosorożców, w tym jednego ogrodowego. Bez dupy.

Z racji swojego wieku miałem sporo do czynienia z pokoleniem dzisiejszych siedemdziesięciolatków. Ci ludzie wyrośli w poczuciu zatroskania o los swój i własnych dzieci. Przytłaczająca większość energii życiowej i środków finansowych szła na ogarnianie potrzeb bytowych rodziny i przyszłości niewdzięcznego potomstwa. Ci ludzie – smętni, poważni ojcowie – nie robili niczego dla siebie. Nie pozwalali sobie na pasję. Wakacje spędzali przeważnie w sanatorium, z przyjemności mieli głównie wódkę, waloną z rzadka i za cudze, bo żona zabierała wszystkie pieniądze.

Jeden z takich gości niedawno mi rzekł: „Panie Łukaszu, życie nie jest od tego, by się nim cieszyć, lecz żeby realizować swoje powinności”. Taka to mentalność, ten sposób myślenia wynikający z  wyuczonej troski, ze strachu o jutro.