Michał Wójcik: Czy Żmiąca w Beskidzie Wyspowym to Polska w pigułce?

Michał Łuczewski: Rzeczywiście, chciałem poprzez dzieje Żmiącej koło Limanowej i Nowego Sącza pokazać historię Polski, a przez to jakiś fragment dziejów narodu. Ale Żmiąca to raczej tylko Galicja w pigułce. Rozwój narodowy był tu bardzo opóźniony, co jest charakterystyczne dla ziem byłego zaboru austriackiego.

M.W.: Szokujące, że pana praca przypomina wysiłek badacza kolonializmu w czarnej Afryce. Z tego, co pan pisze, w XVIII i XIX w. szlachtę – czyli miejscowego dziedzica, jedynego Polaka w okolicy niczym „jedynego białego w okolicy” w Afryce – otaczało morze tubylczej ludności. Różniła się od tego jedynego Polaka wszystkim: od wyglądu fizycznego po samoświadomość. Stosunki miejscowego dziedzica z resztą chłopskiej ludności cechuje nienawiść i przemoc, jak w XIX-wiecznej Afryce.

M.Ł.: Żmiąca była oddalona od folwarku we wsi królewskiej Pisarzowa o kilka kilometrów. Tam związki między panem a miejscowymi były klientelistyczne, oparte na wymianie, na – jak określał to prof. Mączak – „nierównej przyjaźni”. W Żmiącej została z przyjaźni tylko nierówność. Pisząc „Odwieczny naród”, nie myślałem o Afryce. W głowie miałem proces narodowotwórczy w Ameryce Południowej, opisany w klasycznej pracy Benedicta Andersona „Wspólnoty wyobrażone”.

Jeśli miejscowi chłopi mieliby inny kolor skóry albo wyznanie – mogliby po prostu tworzyć inny naród. Dziś pewnie ubiegaliby się o dotacje z Unii Europejskiej. Z racji pracy w trudnych warunkach chłop różnił się fizycznie od mieszkańca miasta.

Ważnym wyznacznikiem jego tożsamości był również strój: chłopska sukmana. Chłopa nie było stać na inne ubranie, więc nosił siermięgę przez całe życie. Stanowiła jakby granicę dwóch światów. Sukmana wrosła w galicyjskiego chłopa zarówno kulturowo, jak i fizycznie. Stąd ten szok oświeconych warstw, gdy w 1794 r. Kościuszko przywdział sukmanę i jako szlachcic stanął na czele chłopskiego „narodowego” wojska.

M.W.: Miejscowi chłopi do 1916 r. nie identyfikowali się z narodem polskim. I tak dobrze, że na początku XX w. pogarda i gniew wobec Polaków ustąpiły miejsca dobrotliwej niechęci. Polak przestawał być synonimem złowrogiego szlachcica, a stawał się obiektem drwin. W latach 60. XIX w. w Limanowej już tylko dzieci bały się „Polaka”, bo matki nim straszyły. To dość szokujące wyniki badań.

M.Ł.: Jeszcze w 1846 r. podczas rabacji za przyznawanie się do polskości można było zostać najzwyczajniej zabitym. Za polskość groziła śmierć, potem pobicie, a na samym końcu jedynie obśmianie. Wrócę jednak do tożsamości miejscowych. W XIX w. określali się jako „cysorscy” (poddani cesarza austriackiego), chłopi i katolicy. Ale nie jako Polacy! Podczas I wojny światowej mieszkańcy Żmiącej czuli emocjonalną więź z „naszą” cesarską armią. Pojawienie się Legionów Piłsudskiego przyjęto z obojętnością albo wręcz z wrogością.

Ci, którzy zaciągali się z tych okolic do Legionów, traktowani byli niechętnie, ponieważ Legiony to „pańskie” wojsko, które będzie chciało przywrócić pańszczyznę. Ale nasuwa mi się jeszcze inna analogia, która może ułatwi zrozumienie tych różnic między „Polakami” a „cysorskimi”. Pierwszy Polak w Żmiącej – Jan Chełmecki, który powrócił tu po długiej nieobecności w 1846 r. razem z powstańcami krakowskimi – został przyjęty przez społeczność tak jak dziś syn, który po pobycie na studiach zacząłby odważnie głosić, że jest homoseksualistą. I że wszyscy mieszkańcy wsi są homoseksualistami, tylko o tym jeszcze nie wiedzą. Tak jak gej dziś może utracić wśród miejscowych status swojaka, tak kiedyś tracił ten status Polak. Przechodził na stronę wroga, który „nami” gardzi, a zatem „my” gardzimy nim.

M.W.: Skąd ta agresja charakterystyczna dla stosunków Polak – chłop?

M.Ł.: To konsekwencja wielowiekowej pańszczyzny i stosunków dwór – wieś opartych na przemocy. Pańszczyzna wymuszana była siłą. Zaraz po włączeniu tych ziem do zaboru austriackiego nastawienie miejscowych do nowego władcy i administracji było złe. Chłopi bali się obowiązkowej służby wojskowej i nowych świadczeń (zwłaszcza nieznanych „podatków”), za polskiego pana pracowali tylko na jego polu. Wystarczyło jednak kilkadziesiąt lat i niechęć do cesarza przeradza się w sympatię. Wydaje mi się, że to konsekwencja nieudanej próby stworzenia w zaborze austriackim „nowoczesnego” narodu.

Próba ta udała się w zaborze pruskim. Na czym polegała? Wkrótce po rozbiorach Polski została zniesiona pańszczyzna, chłop zyskał tam powszechny dostęp do edukacji (choćby tej minimalnej), sądownictwa (chłop mógł poczuć, że nie jest kompletnie bezsilny wobec pańskiej przemocy) i armii (obowiązkowa służba wojskowa). Ze względu na ciągłe braki finansowe to się w Galicji nie udało. Najniższa instancja sądowa nadal należała do polskich panów, a instancje wyższe były przez nich skorumpowane. Zapewnienie powszechnego dostępu do szkolnictwa również skończyło się fiaskiem.

 

Pańszczyzna została zniesiona dopiero w połowie XIX w. W konsekwencji wrogość między Polakami a chłopami się nasilała. Konflikty między nimi mogły być rozstrzygane tylko przez wyższe instancje sądownicze, ostatecznie – przez „cysorza”. Rodziło to emocjonalny związek z Austrią. Utrwalała go dodatkowo obowiązkowa służba w wojsku austriackim: armia dawała ubiór, poczucie solidarności i siły, a także męską przygodę. Jeśli chłop miał szczęście, mógł zobaczyć nawet cesarza, któremu to wszystko zawdzięcza. To był skok cywilizacyjny. Kiedy „obyty w świecie” chłop wracał do wsi, stawał się automatycznie częścią jej elity i narzucał jej swoją „cesarskość”. Gdy w zaborze pruskim odgórne reformy prowadziły (dzięki edukacji) do nowoczesnego polskiego patriotyzmu, nieudane reformy w Austrii doprowadziły do odrzucenia polskiego patriotyzmu i powstania „cesarskiego” chłopa. Paradoksalnie!

M.W.: Ten fatalny dla Polaków stosunek zaczął się zmieniać przed I wojną światową. Dlaczego?

M.Ł.: Tu też kłania się analogia z homoseksualizmem. Kiedyś homoseksualista mógł być za swoją tożsamość pobity, dziś może być obśmiany. Mieszkańców Żmiącej, którzy w XIX w. stali się Polakami, obmawiano, ośmieszano i plotkowano o nich. Przekonał się o tym jeden z biedniejszych gospodarzy Józef Oleksy. Podczas swojej służby w armii austriackiej (1891–1894) zrozumiał, że jest Polakiem. Gdy po powrocie próbował uświadomić swoim ziomkom ich prawdziwą tożsamość („Nie jesteśmy Austriacy, tylko Polacy!”), wielu z nich śmiało się z niego, twierdząc, że „zgłupioł”. Z przekąsem nazywano go „Polak”.

Podobnie jak pewna dziewczyna z małego gospodarstwa, która krytykując chwalenie Austrii, naraziła się na przycinki ze strony swojego gospodarza. Ten pokazał na spacerującą po obejściu kozę i powiedział: „oto idzie twój polski król”. Coś zaczęło się zmieniać w okolicach I wojny światowej. Ale tak naprawdę proces uświadamiania sobie polskiej tożsamości zaczął się w dwudziestoleciu i dotyczył na początku raczej dzieci i młodzieży.

M.W.: Czyli ta złowroga niechęć do Polaków rozmywa się wśród chłopów dopiero w 2. poł. XIX w., gdy Polak - szlachcic przestaje dominować...

M.Ł.: Po cesarskiej reformie rolnej i uwłaszczeniu chłopów polski dwór przestaje być głównym wrogiem. Następuje bardzo szybkie przejście od feudalizmu, opartego na pracy przymusowej, do kapitalizmu, opartego na wolnej wymianie. W Żmiącej miejscowy właściciel baron Brunicki wyprzedaje okazyjnie chłopom las. To jest gest dobrej woli, za który chłopi byli bardzo wdzięczni.

Choć zawsze traktowali lasy jak swoje, przecież zgodnie z prawem nie wolno im było nawet gałęzi wynieść do ogrzania chałupy w zimie. W nowych warunkach między polskim panem a polskojęzycznym chłopem pojawia się pośrednik, którym najczęściej był Żyd. Tak jak twarzą systemu feudalnego dla chłopa był polski pan, tak twarzą systemu kapitalistycznego stał się dla niego Żyd – handlarz, lichwiarz, właściciel (albo dzierżawca) karczmy i sklepu. I tu pojawia się nowy konflikt, który skutkować będzie falą przemocy.

Chłopi dopiero uczą się, co to jest wolna gospodarka, a zatem na własnej skórze przekonają się, co to jest oprocentowanie kredytu (a było ono niekiedy astronomiczne, sięgało 100 proc. i więcej). Nie rozumiejąc reguł  kapitalistycznych, często tracą swoje gospodarstwa, swoją ojcowiznę.

M.W.: Ten konflikt polsko-chłopski ma jednak inny charakter od tego chłopsko-żydowskiego. Dlaczego?

M.Ł.: Pamiętajmy, co się wydarzyło wcześniej. W 1846 r. przeszła przez Galicję brutalna fala antyszlachecka, zakończona rzezią całej warstwy. Pamiętajmy również, że przemoc była stałym elementem wiejskiego życia. Do dziś termin „wiejska bijatyka” jest synonimem prawdziwej jatki. Szczególną brutalnością charakteryzowały się walki między wsiami, częściami tej samej wsi, a nawet między sąsiadami. W 1863 r. mieszkańcy pobliskiej Jaworznej pobili Żyda Berka. Potem jakiś chłopak poturbował młodą Żydówkę za to, że trzymała „owrzodzone” – jak twierdził – nogi w studni. Wójt zmusił ojca krewkiego chłopaka do ukarania syna, ale wieś stanęła po stronie napastnika. Zaczął się bojkot miejscowych rodzin żydowskich.

To były jednak wypadki odosobnione i sporadyczne. Dopiero w 1898 r. Galicja stała się areną gwałtownych zamieszek antyżydowskich, które objęły 33 powiaty. Motłoch napadał na sklepy, kramy, karczmy, browary, gorzelnie, ale – uwaga – synagogi pozostawiał nietknięte. Już z tego widać, że były to rozruchy na tle ekonomicznym czy klasowym, a nie religijnym czy narodowościowym. W Żmiącej wyrostki ukradły karczmarzowi Dawidowi Kemplerowi tytoń, nic więcej się nie stało. Największym obiektem agresji stała się Limanowa. Wielotysięczny tłum ruszył na miasteczko w nocnym pochodzie z pochodniami, niszcząc po drodze żydowskie mienie. Rozruchy zostały jednak stłumione. Paradoksalnie to skala represji władz austriackich sprawiła, że antagonizm między grupami przybrał jeszcze na sile.

Oto „Żydzi się obłowili, bo za maleńkie szkody brali urojone sumy” – czytamy. Przykładem był pewien kramarz, który „już zaczyna się w pana bawić, nawet sobie okna nowe wstawił”. Do rozruchów na taką skalę – moim zdaniem – doszło, bo Żydzi stracili wcześniej swoich patronów: szlachtę i kler. Baron Brunicki sprzedał swoje włości Żydowi Abrahamowi Volkmannowi. Co ciekawe, właśnie polscy mieszkańcy miasteczka obronili skutecznie limanowskich Żydów. Socjolog Franciszek Bujak, który badał tutejszą społeczność, napisał w 1903 r.: „szlachetności i zimnej krwi dowódcy oddziału Polaka należy zawdzięczać, że uniknęło się rozlewu krwi, tłum bowiem zachowaniem swojem i postawą dawał dosyć sposobności do użycia broni palnej”.

M.W.: Ale podczas tych zajść doszło również do czegoś zdumiewającego. Żyd – jak żaden sąsiad do tej pory – został odczłowieczony.

 

M.Ł.: Franciszek Bujak zauważył, że po 1898 r. mieszkańcy Żmiącej przestali traktować miejscowego Żyda karczmarza Kemplera jako „swojego”. „Nie chcieli mieć go dłużej pomiędzy siebie” – pisał. Zaczęli stosować wobec niego strategię oporu i presji. Nikt u niego nie kupował, nie rozmawiał z nim. Wręcz przeciwnie, starano się przy każdej okazji zohydzić mu życie. Gdy tylko pojawiał się na drodze, miejscowi szczekali za nim i obrzucali obelgami. Wyrostki mazały ściany karczmy nawozem, pojawił się nawet wymalowany pies na łańcuchu. Powtarzano między sobą w ramach żartu: „spuść psa, uwiąż Żyda”. Kempler stawiał opór dwa lata, w końcu poddał się i sprzedał karczmę. Następny właściciel wytrzymał tylko pół roku. W 1913 r. karczma została zamieniona na szkołę.

M.W.: Czy to odczłowieczenie sąsiadów może tłumaczyć jakoś sytuację, która wydarzy się za kilkadziesiąt lat podczas okupacji? Badacze Holokaustu ujawnili ostatnio wiele przypadków „dożynek”, czyli denuncjacji Żydów Niemcom, lub opisują powszechną obojętność wobec Zagłady.

M.Ł.: Każdemu przypadkowi należałoby się przyjrzeć oddzielnie. Wymagałoby to kolejnych badań. Wydaje mi się, że charakterystyczny dla Żmiącej był przypadek jednej z rodzin żydowskich, która na przełomie XIX i XX w. przeszła na chrześcijaństwo. Choć od tamtego czasu nazywano ją „przechrzty”, w okresie wojny – z obawy przed Niemcami – nikt z tego przydomka nie korzystał. Wieś chroniła „swoich” Żydów.

M.W.: Kiedy mieszkańcy Żmiącej zrozumieli i zaakceptowali to, że są „Polakami”?

M.Ł.: Kluczowy jest tu okres II wojny światowej. W dwudziestoleciu dzieci i młodzież korzystały z powszechnego dostępu do szkolnictwa. Proces edukacji skutkował tym, że dzieciaki uczyły się polskiej mowy i kultury. Nasiąkały „polskością”, a skala represji niemieckiej tylko je w tej polskości utwierdziła. Podobnie zadziałały represje komunistyczne. Ponieważ Żmiąca uchodziła za wieś reakcyjną, prąd został tu doprowadzony dopiero w 1968 r. To utwierdzało miejscowych, że są Polakami, którzy cierpią prześladowania od ruskich i komunistów. Czyli ten konflikt stał się tu narodowotwórczy.

M.W.: Jako socjolog zapewne zwrócił pan uwagę, na ile historia i jej świadomość wśród mieszkańców wsi zdeterminowała ich dzisiejsze poglądy polityczne. Na kogo głosują żmiącanie?

M.Ł.: W stu procentach na prawicę. Po rozpadzie AWS-u jej elektorat został podzielony we wsi między PiS a LPR. W wyborach do Europarlamentu (w 2004 r., przyp. red.) ta ostatnia partia odniosła bezprecedensowe zwycięstwo, a potem w wyborach parlamentarnych 2005 r. uzyskała więcej głosów niż PiS. Z kolei w roku 2007 PiS zgarnął niemal 80 proc.

Wcześniej, w 2005 r., Lech Kaczyński osiągnął w wyborach prezydenckich rekordowe 91-procentowe poparcie. Na Tuska zagłosowało wtedy 25 osób i – jak śmieją się we wsi – wiedzą już, którzy. To właśnie jest najbardziej fascynujące w analizie jednej wsi: obserwowanie szybkości i dynamiki zmian. W jedno stulecie żmiącanie przeszli od nienawiści i niechęci wobec polskości do pełnego utożsamienia się z polskością. A potem – tak jak i my wszyscy – o tym zapomnieli. W jedno stulecie naród stał się dla nas czymś odwiecznym.