Niektóre restauracje McDonald’s oferują lunch w ciągu 90 sekund. Wizyta lekarska trwa średnio osiem minut. Politycy odpowiadają na pytania zazwyczaj w osiem sekund, bez względu na stopień złożoności zagadnienia. Bufet „Jedz do syta” w Tokio wystawia rachunek na podstawie tempa konsumpcji: im szybciej jesz, tym mniej płacisz. Wiele punktów wywołuje zdjęcia w godzinę, aby urlopowicze mogli zabrać ze sobą fotografie z wakacji.

Optymalny czas czekania na windę wynosi 15 sekund – później pasażer zaczyna się niecierpliwić. M. J. Ryan w książce „Potęga cierpliwości” wymienia więcej przykładów dowodzących, w jak permanentnym pośpiechu żyjemy. I przyznaje, że niecierpliwość dotyczy także jej – autorki poradników! Denerwuje się, gdy komputer zbyt długo się uruchamia, kilkakrotnie wciska przycisk windy w nadziei, że przyjedzie szybciej. Unika kolejek do kasy. Kupuje gotowe potrawy i podgrzewa je w mikrofalówce. Żeby było szybciej.

Jedną z miar prędkości XX wieku są naddźwiękowe trzy i pół godziny, w czasie których concorde pokonuje odległość z Nowego Jorku do Paryża – sugeruje James Gleick w słynnej książce „Szybciej”. To wariactwo dotyczy nie tylko maluczkich. „Mam zamiar się zabić” – żartował Woody Allen. „Powinienem wybrać się do Paryża i skoczyć z wieży Eiffla. Będę martwy. W istocie, jeżeli polecę concordem, mogę się zabić trzy godziny wcześniej, to byłoby idealnie. Chwileczkę. Dzięki różnicy czasów mógłbym być żywy przez sześć godzin w Nowym Jorku, lecz martwy przez trzy godziny w Paryżu. Mogę załatwić swoje sprawy i mogę także być martwy”.

Śmieszne, prawda? Ale ociera się o rzeczywistość. Wciąż gdzieś pędzimy. Nanosekunda to nasz wyznacznik prędkości, której przyświeca hasło „nie trać ani minuty”. Dowody są wszędzie: skrzyżowania ulic, punkty poboru opłat na autostradach, klawisze szybkiego wybierania numerów telefonicznych, piloty. „Samo ich istnienie w rękach niecierpliwych widzów – robiących kilka rzeczy naraz, skłonnych do zmian kanałów i nadużywania szybkiego przewijania – spowodowało przyspieszenie tempa filmów i reklam telewizyjnych” – pisze Gleick. „Socjologowie w wielu krajach zauważają, że wzrost bogactwa i wykształcenia przynosi ze sobą stres związany z czasem. Sądzimy, że mamy go za mało i żyjemy zgodnie z tym mitem. W rzeczywistości jesteśmy otoczeni przez przedmioty, zalewani przez informacje, wiadomości, stare śmieci i błyszczące nowe zabawki naszej skomplikowanej cywilizacji i – co być może jest dziwne – ten tłok przekłada się na prędkość. Żyjemy w szumie”.

Jeszcze dziwniejsze staje się to, gdy uświadomimy sobie, że Homo sapiens jest bezapelacyjnie najmniej impulsywnym stworzeniem na Ziemi. Potrafimy odwlekać w czasie mniejsze i większe przyjemności, inwestować w coś, co przyniesie nam korzyść dopiero po wielu godzinach, dniach czy latach. Dzięki zdolności do planowania, czekania i upartego dążenia do celu stworzyliśmy całą naszą cywilizację. Dlaczego więc teraz tak łatwo porzucamy cierpliwość?

SZYBCY LUB MARTWI

Pośpiech, w jakim żyjemy, wydaje się znakiem naszych czasów. Często wzdychamy, że „dawniej” panował większy spokój, a ludzie nie musieli uczestniczyć w wyścigu szczurów. Czy aby na pewno? Jeśli cofniemy się do początków naszego gatunku, okaże się, że szybkie życie wcale nie jest nowym wynalazkiem.

 

Takiego zdania jest prof. Robert Sussman z Washington University, autor książki „Man the Hunted” (Człowiek łowny). Jego zdaniem przez setki tysięcy lat hominidy padały ofiarą silniejszych od nich drapieżników: tygrysów szablozębnych, niedźwiedzi, olbrzymich hien i orłów.

Prof. Lynne Isbell z University of California w Davis dodaje do tej listy liczne gatunki jadowitych węży, które zagrażały ssakom naczelnym od milionów lat. To pod wpływem tych czynników kształtował się ludzki mózg i jego wyjątkowe zdolności – twierdzą uczeni. Dlatego właśnie mamy dobry wzrok, szybki refleks i potrafimy zajmować się jednocześnie wieloma rzeczami. Impulsywność była więc bardzo cenna. Ba, niektórzy badacze przypuszczają wręcz, że to, co dziś nazywamy deficytem uwagi (ADD), u naszych przodków mogło być przystosowaniem do życia w zmiennym środowisku, pełnym bodźców i zagrożeń.

Jednak rozwój cywilizacji nie byłby możliwy bez zdrowej dawki cierpliwości. Wiemy już, że dawne społeczności trudniły się głównie żmudnym, monotonnym zbieractwem. Nadejście rolnictwa tylko pogłębiło ten trend – długie miesiące pracy na roli i czekania na zbiory były przygrywką do bardziej dalekosiężnych planów i inwestycji, dzięki którym powstały miasta, banki czy uniwersytety. Dopiero stosunkowo niedawno okazało się, że wiele dóbr można zdobyć bez cierpliwego oczekiwania – i stąd właśnie wzięła się kariera fast-foodów, całodobowych sklepów i błyskawicznych randek.

Te ostatnie nie są jednak wcale nienaturalnym produktem dzisiejszych czasów. Wbrew pozorom kilkuminutowa rozmowa z potencjalnym partnerem wystarcza, byśmy mogli – oczywiście podświadomie – ocenić, czy chcemy nawiązać z nim bliższą znajomość. „Wiele osób deklaruje, że szuka kogoś o zbliżonym temperamencie czy statusie społecznym, ale tak naprawdę najważniejsze jest po prostu pierwsze wrażenie” – twierdzi dr Robert Kurzban, psycholog ewolucyjny z University of Pennsylvania, badający fenomen błyskawicznych randek. Mężczyźni zwracają uwagę na zgrabną sylwetkę, kobiety – na wzrost i regularne rysy twarzy. Ta pierwsza pobieżna ocena decyduje o ewentualnym ciągu dalszym i tak też było w przeszłości. Pod tym względem nasz mechanizm dobierania się w pary nie odbiega zbytnio od tego, który obowiązuje w świecie zwierząt.

GONITWA BODŹCÓW

To tylko jeden z dowodów na to, że źródeł ludzkiej niecierpliwości należy szukać w mechanizmach rządzących mózgiem. O ile jednak przez wiele tysiącleci udawało nam się zachowywać zdrową równowagę między impulsywnością a powściągliwością, o tyle dziś coś zaczęło się tu psuć. I wiele wskazuje, że winę ponoszą coraz swobodniejsze obyczaje i wszechobecna natrętna reklama.

Z badań prowadzonych przez psychologów wynika, że impulsywność u mężczyzn gwałtownie rośnie po obejrzeniu zdjęć lub filmów przedstawiających skąpo ubrane kobiety, a także po dotykaniu damskiej bielizny. Natomiast fotografie jedzenia i smakowite zapachy wywierają podobny skutek u obydwu płci. Osoby poddane działaniu takich bodźców chętniej decydują się na wydawanie pieniędzy czy zjedzenie słodyczy. „Jeśli wzbudzimy pożądanie w jednej sferze, może ono przenieść się na inną. Np. podniecenie seksualne może wywołać przemożną chęć zjedzenia batonika.

Prawdopodobnie jest to skutek aktywacji układu nagrody w mózgu, który reaguje w podobny sposób na różne bodźce. Jeśli otrzyma impuls erotyczny, może uruchomić zachowania związane z jedzeniem czy zakupami” – wyjaśnia w rozmowie z „Focusem” psycholog Bram van den Bergh z belgijskiego Katholieke Universiteit Leuven. W dawnych czasach widok smacznego jedzenia albo półnagiej kobiety należał do rzadkości. Dziś na każdym kroku atakują nas przekazy reklamowe wyładowane treściami, które zmuszają układ nagrody do gorączkowej aktywności.

Zgubny wpływ na cierpliwość ma także bezustanne bombardowanie bodźcami mniejszego kalibru. Naukowcy twierdzą, że prawdziwą zmorą pracowników biurowych są e-maile, SMS-y, telefony czy rozmowy z koleżankami i kolegami, odrywające ich od bieżących obowiązków. Amerykańska firma Basex ocenia, że takie zakłócenia pożerają średnio dwie godziny czasu pracy dziennie. Nietrudno w takich warunkach stracić cierpliwość wobec zawracających nam głowę współpracowników. Inna sprawa, że nie ponoszą oni całej winy – w co drugim przypadku odrywamy się od pracy na własne życzenie, zaglądając do prywatnej skrzynki pocztowej albo szperając w serwisie internetowym takim jak nasza-klasa.pl. Informacje, plotki, ekscytujące obrazy – wszystko to dziś mamy na wyciągnięcie ręki i nie potrafimy się pohamować.

 

NEWSY BEZ KOMENTARZA

Chińscy władcy rezerwowali dla siebie prawo ustalania kalendarza i odmierzania mijających godzin za pomocą zegarów wodnych. Także w Europie na zegarki mogli sobie pozwolić najbogatsi. Kto znał czas, ten miał władzę. Ale rewolucja przemysłowa przekształciła zegary w powszechne dobro, chociaż niektórzy historycy upatrują w tym przyczyn dehumanizacji i zniewolenia. „W zmechanizowanej fabryce ludzie są zsynchronizowani z maszynami, które na ogół mają bardziej regularne obyczaje niż ludzie. Również materiały muszą być regularnie dostarczane maszynom i w rezultacie rozwija się synchronizacja ludzi, maszyn i materiałów, bardziej bezosobowa i złożona niż cokolwiek, co było znane uprzednio” – pisze Sebastian de Grazia.

Wiele spraw załatwiamy bez ruszania się z miejsca. By uniknąć kolejek (czyli nie tracić czasu), przez Internet opłacamy rachunki, robimy zakupy, rezerwujemy bilety, planujemy wakacje, inwestujemy pieniądze, szukamy pracy i mieszkań. Pośpiech wdarł się nawet w rozrywkę. Bez odwiedzania kiosku czy biblioteki możemy przeczytać wirtualną książkę lub gazetę, posłuchać muzyki, a nawet obejrzeć film w internetowym kinie.

To samo dotyczy radia i telewizji, w których upowszechniły się transmisje „na żywo”. Listy odchodzą do lamusa, a e-maile są wypierane przez czaty, które pozwalają odpowiedź otrzymać od razu. Szybka komunikacja na szybko kurczącym się globie. Zegary na rękach, ścianach i biurkach. W pojazdach, sprzęcie elektronicznym i gospodarczym. Włączasz komórkę, komputer czy telewizor i wciąż mimowolnie kontrolujesz czas. Skutki są dotkliwe. Technologia usunęła obowiązkowe pauzy, tak potrzebne na refleksję. Efekty widać w mediach.

JAK ŻÓŁW OCIĘŻALE

Chorobliwa niecierpliwość ma swoje lustrzane odbicie, fachowo zwane prokrastynacją, a potocznie – syndromem studenta. To patologiczne lenistwo objawia się nieustannym odkładaniem czegoś na później, zwlekaniem z rozpoczęciem ważnej pracy i wynajdowaniem sobie zajęć zastępczych. Uosobieniem prokrastynacji był brytyjski pisarz Douglas Adams, który swą ostatnią książkę zatytułowaną „Łosoś zwątpienia” zaczynał pisać przez 10 lat (i nie skończył, bo zmarł na zawał serca w 2001 r.). „Każdy czasem łapie się na tym, że pod koniec dnia nie wie, na czym mu on minął. Ale dla 15–20 proc. z nas problem staje się poważny” – mówi Robert Topman, psycholog z holenderskiego Universiteit Leiden. Na prokrastynację najczęściej cierpią perfekcjoniści – chcąc uniknąć błędów, wolą nie robić nic.

Niegdyś między przygotowaniem materiału a jego emisją upływało sporo czasu, potrzebnego m.in. na wywołanie negatywów. Można było zanalizować materiał i odpowiednio go skomentować. W dobie zapisów cyfrowych i bezpośrednich transmisji „informacja przelewa się z kanału na kanał, zostawiając wiry i spirale samoodwołań” – pisze James Gleick. „Gazety boją się, że zostaną wyprzedzone przez własne serwisy internetowe, mogą więc dołączać szybsze i mniej wypolerowane artykuły z serwisów sieciowych, uprzednio traktowane jako surowiec. Nawet to jest jednak za wolne, gdyż gazety konkurują z szybszymi pismami internetowymi i listami dyskusyjnymi, pompującymi swoje niepolerowane przemyślenia do skrzynek e-mailowych. (...) Te wydawnicze funkcje wykonują miliony amatorów zamiast tysięcy profesjonalistów”. To bezrefleksyjne ściganie się z czasem prowadzi do absurdu. Już nie chodzi o relacjonowanie wydarzeń, które się odbyły, lecz tych, które się odbędą.

 

BYLE DO PRZODU

Dyktat czasu terroryzuje psychikę, zmusza do ciągłej aktywności. A gdyby tak łyknąć trochę tempa? W opowiadaniu H.G. Wellsa „Nowy akcelerator” z 1901 roku czas przyspieszał, a „ospali” ludzie nie mogli dotrzymać mu kroku. Aby im ulżyć, profesor Gibberne postanowił stworzyć stymulant ożywiający organizm. „Wyobraź sobie” – mówił profesor – „że masz małą fiolkę, w której ukryta jest moc pozwalająca myśleć dwukrotnie szybciej, poruszać się dwukrotnie szybciej, wykonać dwukrotnie więcej pracy w określonym czasie”.

Wizje Wellsa się ziściły. Gdy gonimy w piętkę, sięgamy po gotowy napój energetyczny (na parzenie kawy często nie ma czasu). Zawarte w nim alkaloidy wyzwalają od apatii, pobudzają do działania. Ale dodatkowa porcja energii przekłada się też na nadpobudliwość, bezsenność, rozdrażnienie, gonitwę myśli, zaburzenia gastryczne, arytmię serca, tiki nerwowe. Ci, którym kofeina nie wystarcza, stymulują się narkotykami, określanymi slangowo jako speed (ang. prędkość), głównie amfetaminą. Zyskują przyspieszony puls, podniecenie i niesamowitą energię, ale tracą kontakt z rzeczywistością. Podkręcając psychikę, czynią w niej spustoszenie, a ze skutkami borykają się potem miesiącami.

Przyspieszenia nie uniknęły nawet tradycyjne używki. „Pijemy duszkiem destylowany spirytus i ulegamy w ten sposób natychmiastowemu odurzeniu, w przeciwieństwie do powolnego popijania piwa lub wina. Jeżeli chcemy zrozumieć postęp technologii palenia tytoniu – od fajki przez cygaro po papierosa – to na myśl przychodzi przyspieszenie” – zauważa historyk Wolfgang Schivelbusch.

KTO NIE CZEKA, TEN UMIERA

Osoby niecierpliwe i wrogo nastawione do świata częściej chorują na nadciśnienie tętnicze, a więc są bardziej zagrożone zawałem serca czy udarem mózgu. Dokładny mechanizm tego zjawiska nie jest znany. Uczeni podejrzewają, że to skutek przewlekłego stresu – nieodłącznego towarzysza pośpiechu.Zdolność do czekania i powściągania impulsów wpływa też na poziom inteligencji. Dzieci, które potrafią odmówić sobie na przykład cukierka (jeśli wiedzą, że za jakiś czas mogą dostać dwa), osiągają lepsze wyniki w testach IQ – przez całe życie.

Cechy takie jak poziom inteligencji, cierpliwość i skłonność do podejmowania ryzyka są ze sobą ściśle powiązane. „Nic dziwnego, bo tylko dzięki temu można prawidłowo ocenić sytuację i zaplanować długoterminowe działania” – mówi prof. Armin Falk z Rheinische Friedrich-Wilhelms- Universität Bonn.Jeśli ktoś tego nie potrafi, skutki mogą być opłakane, o czym świadczy chociażby przypadek odnotowany w Danii podczas wielkiego huraganu sprzed kilku lat.

Pewna kobieta właśnie oglądała w telewizji program o klęsce żywiołowej, gdy wichura obluzowała antenę na jej domu. Nie mogąc doczekać się najświeższych wiadomości, wspięła się na dach, by dokonać naprawy. Wiatr ją zdmuchnął – zginęła na miejscu i znalazła się wśród laureatów Nagród Darwina. Nikogo już nie dziwi, że do tego doborowego grona wyjątkowo często trafiają właśnie ludzie niecierpliwi...

 

SPECJALNIE DLA „FOCUSA”

Prof. Earl Hunt, psycholog i informatyk z University of Washington, autor książek „Will We Be Smart Enough?” oraz „The Mathematics of Behavior”.

Ewolucja dała ludzkości wielką przewagę nad innymi gatunkami. Jesteśmy wszystkożerni, mamy nieporównywalnie bardziej elastyczny i złożony język niż inne stworzenia, a także potrafimy sterować swą uwagą znacznie lepiej niż jakiekolwiek znane nam zwierzę. To pozwala nam rozmyślać o czymś, co nie dzieje się w danej chwili. W ten sposób doszło do wynalezienia pisma, które z kolei doprowadziło do powstania myślenia abstrakcyjnego i niedającej się z niczym porównać możliwości przekazywania idei w czasie i przestrzeni.

Jednak choć nasze możliwości rosną, to nasze mózgi nie są większe niż u ludzi z Crô-Magnon (w rzeczywistości może nawet są trochę mniejsze!). Po raz pierwszy mamy do czynienia z przesytem informacji, który doprowadził do dwóch ważnych zmian. Pierwsza to możliwość komunikowania się z ludźmi odległymi o 5 tys. km, co jest miłe, ale pozwala nam ignorować tych, którzy żyją obok nas. Ten nowy rodzaj komunikacji świetnie nadaje się do przesyłania idei, ale gorzej w przypadku subtelnych sygnałów emocjonalnych. Owszem, wideokonferencje są czasem użyteczne, ale nie zastąpią prawdziwego spotkania. Spójrzmy na ostatnie wydarzenia – dlaczego sekretarz Condoleezza Rice poleciała do Gruzji, a potem do Europy? Bo w tym przypadku konieczna była komunikacja osobista!

Drugi problem dotyczy podzielności uwagi, zarządzania czasem, wielozadaniowości itd. Choć jesteśmy w tym wszystkim lepsi niż, powiedzmy, szympansy, to jednak nie tak dobrzy, jak się nam zdaje. Kolejne badania pokazują, że gdy ludzie dzielą czas między różne czynności, mogą zupełnie przegapić sygnał z jednego kanału, gdy akurat są nastawieni na drugi. Przykład z życia codziennego – kierowca rozmawiający przez telefon w czasie jazdy często nie jest świadomy grożących kolizją sytuacji. To bardzo wymowne – nadmiar wielozadaniowości skutkuje tym, że nie dostrzegamy błędów, póki nie doprowadzą one do jakiejś katastrofy.