W gminie Gladsaxe, niedaleko Kopenhagi, czerwone oświetlenie LED pojawiło się wzdłuż odcinka Frederiksborgvej i przy trasie rowerowej Farum. To teren, gdzie żyje kilka gatunków nietoperzy, a część z nich źle reaguje na typowe białe światło uliczne. Zmiana barwy lamp nie ma więc nic wspólnego z kaprysem estetycznym. To próba ograniczenia skutków zanieczyszczenia światłem bez rezygnowania z bezpieczeństwa na drodze i ścieżce rowerowej.
Nie mówimy o ekologicznym geście dla samego dobrego samopoczucia samorządu. Za czerwonym światłem stoi całkiem solidna logika biologiczna i kilka lat badań nad tym, jak zwierzęta reagują na różne widma sztucznego oświetlenia. Innymi słowy: ktoś tu nie pomalował nocą miasta na czerwono, tylko spróbował przestawić miejską infrastrukturę na tryb mniej brutalny dla życia, które zaczyna się wtedy, gdy ludzie zamykają okna i idą spać.
Miasto po zmroku nie należy wyłącznie do ludzi
Przez lata nowoczesne oświetlenie uliczne projektowano według bardzo prostego odruchu: jaśniej znaczy lepiej. Białe LED-y stały się symbolem oszczędności i nowoczesności, bo zużywają mniej energii niż starsze technologie i dają mocne, wyraźne światło. Problem w tym, że przyroda nie czyta miejskich specyfikacji przetargowych. Dla wielu nocnych zwierząt taka modernizacja oznacza nie wygodę, lecz nagłą zmianę warunków życia.
Nietoperze są tu szczególnie wdzięcznym, ale też wymagającym przykładem. Część gatunków unika jasnych, chłodnych źródeł światła, bo te zwiększają ryzyko drapieżnictwa, zaburzają ich przemieszczanie się i zmieniają warunki żerowania. Jeśli nocny krajobraz zostaje pocięty jasnymi wyspami światła, dla takich zwierząt może to działać jak niewidzialna ściana. Człowiek widzi po prostu dobrze oświetloną drogę. Nietoperz może widzieć przeszkodę, której lepiej nie przekraczać.
Właśnie dlatego w Gladsaxe nie potraktowano ulicy jak samotnego elementu infrastruktury, ale jak fragment większego ekosystemu. Odcinek objęty zmianą przecina przestrzeń używaną przez lokalne populacje nietoperzy do przelotów i żerowania. Czerwone światło ma więc działać jak kompromis: wystarczająco dobrze oświetlać trasę dla ludzi, a jednocześnie mniej ingerować w nocne zwyczaje zwierząt. To podejście coraz ciekawsze także dlatego, że pokazuje zmianę myślenia o mieście. Ulica przestaje być wyłącznie kanałem dla samochodów i rowerów, a zaczyna być czymś w rodzaju współdzielonego korytarza życia.
Dlaczego właśnie czerwony kolor?
Cała idea nie wzięła się z intuicji, tylko z badań nad reakcjami nietoperzy na różne widma światła. Jedna z ważniejszych prac pokazała, że obecność części światłolubnych i światłowrażliwych gatunków zmienia się przy białym i zielonym świetle, ale nie przy czerwonym w taki sposób, jakiego można by się obawiać. Innymi słowy, czerwone światło okazało się dla nich znacznie mniej zakłócające niż bardziej typowe barwy używane w oświetleniu ulicznym.

To ma sens także z punktu widzenia fizyki światła i biologii. Krótsze fale, kojarzone z chłodniejszym, bardziej niebieskawym czy białym oświetleniem, silniej wpływają na nocne środowisko. Rozpraszają się inaczej, mocniej ingerują w rytmy aktywności wielu organizmów i mogą zmieniać zachowanie owadów, a przez to również zwierząt, które na nie polują. Czerwone światło, o dłuższej długości fali, bywa pod tym względem łagodniejsze. Nie oznacza to, że jest magicznie neutralne, ale może być po prostu mniejszym złem.
Skoro już musimy świecić, świećmy tak, by robić możliwie najmniej szkód. To myślenie bardzo inne od starej miejskiej filozofii, w której przyroda miała się po prostu dostosować do infrastruktury. Czerwone lampy są więc mniej technologiczną ciekawostką, a bardziej sygnałem, że nawet coś tak zwyczajnego jak kolor ulicznej żarówki może być decyzją ekologiczną, a nie wyłącznie inżynieryjną.
Tu nie chodzi tylko o oszczędność energii
Owszem, przejście na LED-y zwykle wiąże się z niższym zużyciem energii niż w starszych systemach, ale w Gladsaxe główną osią projektu było ograniczenie wpływu światła na nocne zwierzęta przy zachowaniu norm bezpieczeństwa dla ruchu drogowego i rowerowego. To bardziej operacja na jakości światła niż zwykła księgowość wattów.
Z tego powodu takie projekty są ciekawsze, niż mogłoby się wydawać. Pokazują, że miasta zaczynają dojrzewać do myśli, iż nowoczesność nie zawsze oznacza więcej bodźców, więcej jasności i większą dominację człowieka nad otoczeniem. Czasem nowoczesność polega na tym, by coś przykręcić, wyciszyć, zmniejszyć. W świecie infrastruktury to niemal rewolucyjna myśl, bo przez dekady rozwój utożsamiano raczej z dokładaniem kolejnych warstw intensywności.
W dodatku czerwone latarnie wpisują się w szerszą zmianę myślenia o zanieczyszczeniu światłem. Jeszcze niedawno ten temat był dla wielu czymś miękkim, trochę pobocznym, może ważnym dla astronomów i ekologów, ale niekoniecznie dla miejskich decydentów. Dziś coraz wyraźniej widać, że światło po zmroku nie jest neutralnym dodatkiem do miasta. To czynnik środowiskowy, który potrafi zmieniać zachowanie zwierząt, rytmy dobowe, a czasem cały nocny układ zależności. Jeśli więc jedno miasto zaczyna traktować barwę lamp jak narzędzie ochrony środowiska, to nie jest detal. To sygnał kierunku.
Źródła: BGR; ScienceDirect
