Początki znają wszyscy. Jej koniec – pewnie nikt. Wspaniałe dzieło sztuki bursztynniczej zamówił u gdańskich mistrzów na początku XVIII w. pruski władca Fryderyk I Hohenzollern. Kiedy urządzony z przepychem pokój o ścianach wykładanych bursztynem był gotowy, w pałacu w Charlottenburgu zachwycił się nim rosyjski car Piotr I Wielki. Zachwyt był tak autentyczny, a chęć przypieczętowania (odwiecznej) przyjaźni prusko-rosyjskiej tak znaczna, że cesarz carowi cacko zrobione z „bałtyckiego złota” zwyczajnie podarował. Bursztynowa Komnata dotrwała w podpetersburskim pałacu w Carskim Siole do 1941 r., kiedy to odkryli ją żołnierze Hitlera. Stamtąd została przewieziona do zamku w Królewcu, z którego pod koniec wojny spakowana w skrzynie… zniknęła. Hipotez na temat jej dalszych losów jest tyle, ile włosów na głowie. Może została wywieziona do Niemiec i ukryta w kopalni? Może płynęła jednym z okrętów ewakuujących ludność cywilną i rannych żołnierzy z Prus Wschodnich na zachód Rzeszy i po jego zatopieniu spoczywa na dnie Bałtyku? Może leży zabetonowana w bunkrze pod Kaliningradem? A może… spłonęła razem z zamkiem w Królewcu, kiedy Rosjanie po imprezce zaprószyli w nim ogień? Odpowiedzi brak. Wiadomo jednak, że ktoś, kto ją kiedyś odnajdzie, stanie się z dnia na dzień milionerem! Chętnych do poszukiwań są tysiące, a ilość przekopanych lasów i przeszukanych sztolni – zapewne niezliczona. Tymczasem wobec fiaska (oficjalnych) poszukiwań od 2003 r. w Carskim Siole znajduje się kopia Bursztynowej Komnaty. Powstawała prawie ćwierć wieku, kosztowała kilkanaście milionów dolarów, a sponsorem, który wyłożył majątek na jej odtworzenie, był niemiecki koncern gazowy – zapewne znów dla przypieczętowania (odwiecznej) przyjaźni prusko-rosyjskiej!