Teraz urządzenie dostało nową wersję kolorystyczną Midnight. Niby drobiazg, bo technicznie mówimy o tym samym all-in-one, ale w sprzęcie za 1799 dolarów, czyli około 6700 zł, wygląd przestaje być dodatkiem. Przy tej cenie człowiek ma prawo oczekiwać nie tylko dźwięku, ale też przedmiotu, którego nie trzeba chować przed gośćmi ani tłumaczyć słowami: wiem, że wygląda dziwnie, ale gra świetnie. Nowy czarny wariant jest dostępny obok dotychczasowego wykończenia walnut i kosztuje tyle samo.
Audio dla tych, którzy nie chcą budować ołtarzyka pod muzykę
Mam wrażenie, że urządzenia takie jak Evo One dobrze pokazują zmianę w naszym podejściu do domowego sprzętu. Kiedyś dobre audio często wymagało osobnego rytuału. Był wzmacniacz, streamer, odtwarzacz, kolumny, czasem gramofon, do tego półka, instrukcja i cierpliwość. Dla wielu osób to nadal przyjemność, ale coraz częściej widzę też zmęczenie samą logistyką słuchania muzyki. Zwłaszcza w mieszkaniach, gdzie salon jest jednocześnie pokojem telewizyjnym, biurem, jadalnią i miejscem, w którym ktoś próbuje nie potknąć się o kabel.

Cambridge Audio Evo One odpowiada właśnie na tę potrzebę uproszczenia. To kompletny system muzyczny w jednej obudowie, z 14 przetwornikami i łączną mocą 700 W. Do tego dochodzi obsługa streamingu przez Wi-Fi i Ethernet, Bluetooth 5.1, AirPlay 2, Google Cast, Spotify Connect, TIDAL Connect, Deezer, Qobuz, Roon Ready, radio internetowe, HDMI eARC, wejście liniowe RCA, wejście gramofonowe MM, optyczne i USB-A. Brzmi jak lista z katalogu, ale praktyczny sens jest prosty: można podpiąć telewizor, gramofon i telefon bez układania w salonie małej elektrowni audio.
Dotychczasowe wykończenie walnut miało ciepły, bardziej meblowy charakter. Midnight idzie w inną stronę. Czerń zwykle lepiej znika pod telewizorem, przy ciemnych meblach albo w nowoczesnym wnętrzu, gdzie drewno nie zawsze pasuje. I choć kolor sam w sobie nie zmienia brzmienia, zmienia gotowość do wpuszczenia takiego sprzętu do domu.
To akurat rozumiem. Sprzęt audio długo był projektowany tak, jakby mieszkanie było dodatkiem do odsłuchu. Tymczasem większość ludzi nie urządza salonu wokół wzmacniacza. Raczej próbuje znaleźć urządzenie, które nie popsuje proporcji pokoju i nie będzie wyglądało jak techniczny wyrzut sumienia. Evo One ma 675 x 129 x 290 mm i waży 14,5 kg, więc trudno nazwać go drobiazgiem. To już element wnętrza, a nie gadżet, który można przestawić z półki na półkę.

Hi-fi w jednej obudowie ma swoje uroki i swoje granice
All-in-one to wygoda, ale też pewna deklaracja. Kupujący nie wybiera osobno kolumn, wzmacniacza i źródła. Bierze całość taką, jaka została zaprojektowana. Dla audiofilskiego majsterkowicza może to być ograniczenie. Dla reszty świata często bywa wybawieniem. Nie każdy chce czytać fora, porównywać kable i zastanawiać się, czy dany wzmacniacz dogada się z konkretnymi kolumnami. Czasem człowiek chce po prostu wieczorem puścić płytę, playlistę albo film i nie mieć poczucia, że obsługuje centrum dowodzenia.
Evo One ma też funkcje, które pomagają dopasować dźwięk do pomieszczenia. Jest 7-pasmowy korektor EQ, możliwość zapisania własnych ustawień i korekcja akustyki pokoju. To nie zastąpi idealnego ustawienia klasycznego zestawu stereo, ale w mieszkaniu może być ważniejsze niż kolejna dyskusja o tym, co powinno stać pół metra dalej od ściany.

Cena studzi entuzjazm
1799 dolarów, czyli około 6 700 zł, to kwota, przy której trudno mówić o spontanicznym zakupie do salonu. W Polsce Evo One pojawia się w ofertach wyspecjalizowanych sklepów audio, a specyfikacja pozycjonuje go bliżej poważnego systemu domowego niż efektownego głośnika Bluetooth. I dobrze, bo przy tej cenie samo hasło wygoda byłoby za słabe.
Bardziej przekonuje mnie tu właśnie połączenie kilku ról. Evo One może grać muzykę z serwisów streamingowych, obsłużyć telewizor przez HDMI eARC i przyjąć gramofon przez wejście MM. Dla kogoś, kto chce mieć jeden elegancki system do salonu, to może być rozsądniejsze niż osobne kupowanie soundbara, głośnika sieciowego i wzmacniacza do winyli. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś akceptuje filozofię jednego pudełka i nie marzy o późniejszym składaniu zestawu po kawałku.

Cambridge Audio Evo One Midnight pokazuje, że luksusowe audio coraz częściej musi być nie tylko słyszalne, ale też mieszkalne. Nie wystarczy obiecać dobre brzmienie. Trzeba jeszcze zmieścić się w estetyce wnętrza, w codziennym pośpiechu i w cierpliwości ludzi, którzy nie chcą kolejnego pilota na stole.
Nowy czarny wariant nie jest rewolucją, ale może być trafnym ruchem. Przy takim sprzęcie kolor naprawdę potrafi przesądzić o tym, czy urządzenie będzie traktowane jak część domu, czy jak techniczny kompromis postawiony pod ścianą. A ja coraz bardziej rozumiem osoby, które chcą słuchać lepiej, ale nie chcą przy okazji zamieniać salonu w ekspozycję sklepu hi-fi.
