Nowe badanie naukowców z University College London dorzuca do tej układanki ciekawy element: regularny kontakt ze sztuką i kulturą może wiązać się z wolniejszym tempem biologicznego starzenia. Badacze przeanalizowali dane 3556 dorosłych osób z Wielkiej Brytanii, zestawiając ich aktywność kulturalną z wynikami badań krwi i tak zwanymi zegarami epigenetycznymi, czyli markerami zmian chemicznych w DNA. U osób częściej angażujących się w sztukę i kulturę zaobserwowano młodszy wiek biologiczny oraz wolniejsze tempo starzenia na części zastosowanych miar.
Sztuka jako element higieny życia
Nie chodzi tylko o wielkie wystawy, operę i bilety kupowane z miesięcznym wyprzedzeniem. W analizie mieściło się czytanie, słuchanie muzyki, malowanie, rękodzieło, fotografia, taniec, śpiew, wizyty w muzeach, bibliotekach, galeriach, miejscach dziedzictwa i udział w wydarzeniach kulturalnych. To szerokie rozumienie kultury jest bardzo potrzebne, bo wiele osób odruchowo uznaje, że sztuka zaczyna się dopiero tam, gdzie trzeba znać nazwiska kuratorów i udawać, że rozumie się każdą instalację z neonem.
Tymczasem organizm najwyraźniej nie pyta, czy miałyśmy na sobie czarny golf i czy potrafimy omówić kontekst epoki. Bardziej liczy się regularność, różnorodność bodźców, emocjonalne zaangażowanie, skupienie, kontakt z innymi ludźmi i oderwanie od trybu zadaniowego. W badaniu osoby angażujące się w aktywności artystyczne co najmniej raz w tygodniu starzały się na jednej z miar o około 4% wolniej niż osoby rzadko korzystające z takich aktywności. Przy aktywności comiesięcznej wynik wynosił około 3%, a przy kilku kontaktach ze sztuką rocznie – około 2%.
Biologiczny wiek brzmi efektownie
Tu trzeba wziąć oddech, zanim ktoś zacznie sprzedawać karnety do muzeum jako terapię anti-aging. Badanie pokazuje związek, a nie prostą obietnicę: pójdziesz na wystawę, odejmiesz sobie rok. Biologiczne starzenie oceniano za pomocą zegarów epigenetycznych, które analizują zmiany w metylacji DNA. To ważne narzędzia, ale nadal narzędzia pomiarowe, nie kryształowa kula. Co więcej, nie wszystkie zastosowane zegary pokazały taki sam efekt. Starsze miary nie wykazały wyraźnych korzyści ani dla sztuki, ani dla aktywności fizycznej, co sugeruje, że różne zegary wychwytują różne aspekty starzenia.

Dlatego bardziej przekonuje mnie spokojna interpretacja: kontakt ze sztuką może być jednym z czynników sprzyjających zdrowszemu starzeniu, obok ruchu, snu, relacji społecznych, diety i kontaktu z naturą. Nie zastąpi spaceru, leczenia, badań profilaktycznych ani rehabilitacji. Może jednak działać tam, gdzie współczesne życie zużywa nas po cichu: w stresie, samotności, przebodźcowaniu, poczuciu odłączenia od czegoś większego niż lista spraw do załatwienia.
Dlaczego ciało mogłoby reagować na kulturę?
Na pierwszy rzut oka brzmi to trochę zbyt ładnie: patrzysz na obraz i komórki zaczynają starzeć się wolniej. Ale gdy rozłożyć to na czynniki, robi się bardziej zrozumiale. Sztuka potrafi obniżać napięcie, angażować uwagę, uruchamiać emocje, wspierać pamięć, zachęcać do ruchu, tworzyć okazję do spotkań. Koncert to często wspólnota. Taniec to ciało w ruchu. Czytanie to trening koncentracji i wyobraźni. Rękodzieło daje sprawczość, której wielu osobom brakuje w pracy pełnej maili, komunikatorów i zadań bez końca.
Coraz częściej widzę, że największy problem z kulturą polega na tym, iż traktujemy ją jak deser po dobrze wykonanym życiu. Najpierw obowiązki, potem odpoczynek. Najpierw produktywność, potem książka. Najpierw rachunki, zakupy, pranie, trening, ogarnięcie domu, a dopiero gdzieś na końcu koncert, wystawa albo warsztaty. W praktyce ten koniec często nigdy nie przychodzi.

Kultura też jest kwestią dostępu
Łatwiej chodzić do muzeów, gdy mieszka się w dużym mieście, ma czas, pieniądze, transport, energię i poczucie, że takie miejsca są również dla nas. Jeśli kultura ma być elementem zdrowia publicznego, nie może kończyć się na eleganckim haśle o chodzeniu do galerii. Potrzebne są biblioteki, domy kultury, tanie wydarzenia, zajęcia dla dorosłych, lokalne chóry, warsztaty, bezpłatne wystawy, dostępność dla osób starszych i tych, które nie odnajdują się w instytucjonalnym chłodzie białych ścian.
Mam mieszane uczucia, gdy wellness odkrywa kolejne proste praktyki i natychmiast zamienia je w produkt premium. Sztuka nie powinna stać się kolejną usługą dla osób, które już mają czas na dbanie o siebie. Jej siła polega także na tym, że może być zwyczajna: płyta słuchana wieczorem, szkicownik na stole, biblioteka po drodze z pracy, lokalny koncert w sali, która pamięta jeszcze poprzednie dekady.

Nie wyciągałabym z tego badania wielkich obietnic, ale wyciągam jedną praktyczną myśl. Zdrowe starzenie nie musi być wyłącznie projektem dyscypliny. Czasem może być projektem ciekawości. Regularny kontakt ze sztuką daje coś, czego nie pokaże zwykły licznik kroków: zmianę perspektywy, emocjonalne poruszenie, chwilę skupienia, rozmowę, zachwyt albo irytację, która też bywa życiodajna.
Może więc zamiast kolejny raz obiecywać sobie idealną rutynę, warto dopisać do niej coś mniej surowego. Jedną wystawę w miesiącu. Jedną książkę bez presji, że musi rozwijać. Jedno wyjście na koncert. Jedną godzinę robienia czegoś rękami. Nie dlatego, że odmłodzi nas to jak zabieg w gabinecie, ale dlatego, że życie z odrobiną sztuki jest po prostu pełniejsze. A jeśli ciało naprawdę trochę wolniej zapisuje wtedy upływ czasu, trudno mi się temu dziwić.
