powrót
Focus na życie w dobrym stylu
  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie

Focus na życie w dobrym stylu. Lifestyle'owy magazyn o zdrowiu, domu, podróżach, kulturze i relacjach - codziennie o tym, co realnie wpływa na jakość życia.

FacebookPlatforma XYoutubeInstagram

Nasze tematy

  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie
  • Parenting
  • Podróże
  • Kultura
  • Promocje
  • Styl życia
  • Pupile
  • Nauka

Redakcja

  • Polityka prywatności
  • Redakcja
  • Kontakt

© 2026 focus.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.

theprotocol.it
Kultura

Czy na festiwalu jeszcze chodzi o muzykę? Mapa Open’era wygląda dziś jak plan małego miasta

Kiedy przegląda się mapę tegorocznego Open’era, trudno oprzeć się wrażeniu, że festiwal muzyczny dawno przestał być po prostu miejscem, do którego przyjeżdża się posłuchać kilku koncertów, wypić piwo i wrócić do namiotu z piaskiem w butach. Oczywiście, sceny nadal są w centrum wydarzeń, a The Cure, Florence + The Machine czy Nick Cave raczej nie muszą walczyć o uwagę z budką z frytkami.

M
Monika Wojciechowska
1h temu·6 minut·
Czy na festiwalu jeszcze chodzi o muzykę? Mapa Open’era wygląda dziś jak plan małego miasta

fot. Monika Wojciechowska

Chcesz czytać więcej treści jak „Czy na festiwalu jeszcze chodzi o muzykę? Mapa Open’era wygląda dziś jak plan małego miasta"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google

Ale wokół muzyki wyrósł już pełnoprawny organizm – z gastronomią, sklepami, modą, punktami usługowymi, miejscami odpoczynku, atrakcjami dla dzieci, strefami społecznymi, opieką psychologiczną i noclegami, które coraz mniej przypominają pole namiotowe z czasów, gdy człowiek był dumny, że ma karimatę grubości zeszytu.

Open’er nazywa tę przestrzeń Miasteczkiem Festiwalowym i trudno o trafniejsze określenie. Na planie terenu obok scen, barów i food trucków są sklepy festiwalowe, punkty ładowania telefonów, depozyty, bankomaty, glamping, sleep hutsy, pole namiotowe, parkingi dla rowerów i hulajnóg, strefy NGO, Fashion Stage, Kids Zone, punkty pomocy medycznej oraz miejsca wsparcia psychologicznego. Można przyjechać na cztery dni, prawie nie opuszczać terenu i funkcjonować jak w osobnym, tymczasowym mieście – tylko takim, w którym rozkład autobusów zastąpił harmonogram koncertów, a największe korki tworzą się pod barami o 22:40.

I trochę mnie to fascynuje, a trochę niepokoi.

Festiwal jako wersja miasta, w której wszystko ma być pod ręką

Współczesny festiwal nie sprzedaje już wyłącznie biletów na występy. Sprzedaje gotowy scenariusz życia na kilka dni. Organizatorzy wiedzą, że uczestnik nie chce przyjechać tylko po to, by przez sześć godzin stać pod sceną i potem szukać po ciemku miejsca, gdzie można kupić wodę, naładować telefon albo usiąść na chwilę bez dźwięku basu w klatce piersiowej.

Trudno się temu dziwić. Festiwalowy dzień jest długi, często upalny, głośny, tłoczny i logistycznie męczący. Człowiek ma ochotę zjeść coś lepszego niż kiełbasa z grilla, znaleźć cień, kupić bluzę, gdy wieczorem robi się zimno, odebrać powerbank, czasem poprawić makijaż, a czasem po prostu usiąść gdzieś, gdzie nikt nie krzyczy mu do ucha, że za pięć minut zaczyna się koncert życia.

Problem zaczyna się wtedy, gdy wszystko wokół muzyki staje się równie ważne jak sama muzyka.

fot. Alter Art

Na mapie Open’era sceny nie są już samotnymi wyspami na lotnisku. Są punktami orientacyjnymi pośród całej infrastruktury małego miasta. Idziesz na koncert, ale po drodze mijasz modową strefę, gastronomię, aktywacje partnerów, namioty organizacji społecznych, bary, miejsca odpoczynku i ludzi, którzy być może wcale nie pamiętają, kto akurat gra na głównej scenie, ale świetnie wiedzą, gdzie serwują najlepsze tacos.

Nie piszę tego z pogardą. Sama rozumiem, że po kilku godzinach w tłumie człowiek może bardziej potrzebować miski makaronu niż kolejnego gitarowego solo. Chociaż przy kierunku w jakim idzie festiwal, coraz ciężej będzie te gitary usłyszeć. Festiwal nie jest przecież egzaminem z muzycznej ortodoksji. Nikt nie powinien dostawać pieczątki na rękę za uczestniczenie wyłącznie w koncertach i ignorowanie całej reszty.

Tyle że kiedy patrzę na kierunek, w którym idą największe imprezy, widzę wyraźnie, że muzyka coraz częściej staje się jednym z elementów większego pakietu doświadczeń.

Coachella, Glastonbury i festiwalowa gospodarka atrakcji

W Stanach Zjednoczonych ten proces poszedł znacznie dalej. Coachella od dawna jest miejscem, w którym koncerty spotykają się z modą, influencerami, markami kosmetycznymi, instalacjami artystycznymi i całym przemysłem robienia zdjęć w odpowiednim świetle. W festiwalowej ofercie można znaleźć strefy regeneracji z masażami, terapią światłem czerwonym, kąpielami lodowymi, barem tlenowym, usługami fryzjerskimi, makijażem i henną. Jest też sklep campingowy, punkty gastronomiczne, Wi-Fi w wyznaczonych miejscach i cały zestaw wygód, które sprawiają, że pustynny festiwal zaczyna przypominać dobrze zaprojektowany resort z bardzo głośnym programem muzycznym.

To oczywiście działa marketingowo. Festiwal staje się łatwiejszy do pokazania w mediach społecznościowych, bardziej atrakcyjny dla sponsorów i wygodniejszy dla ludzi, którzy nie chcą wybierać między koncertem a normalnym funkcjonowaniem. Ale też zmienia samą definicję uczestnictwa. Można być na Coachelli, nie widzieć połowy koncertów i nadal mieć poczucie, że było się dokładnie tam, gdzie należało być.

Glastonbury od lat funkcjonuje jak osobny kontynent. Muzyka jest tam potężnym magnesem, ale teren festiwalu obejmuje dziesiątki bardzo różnych światów – od scen i klubów przez teatr, cyrk, strefy rodzinne, przestrzenie ekologiczne i warsztaty po bary, sklepy charytatywne oraz miejsca, w których można kupić ubrania z drugiego obiegu. W programie mieszczą się koncerty, rozmowy, działania społeczne, performance, kino, rekreacja i nocne życie rozlane po ogromnym terenie.

To już nie jest nawet klasyczny festiwal. To tymczasowa metropolia kultury, której mieszkańcy przez kilka dni żyją według własnych zasad, własnej geografii i własnej ekonomii. Główna scena jest ważna, ale wcale nie musi być najważniejsza dla wszystkich. Część ludzi wraca z Glastonbury z opowieściami o koncertach, inni pamiętają nocne kluby ukryte za alejkami, jeszcze inni – jedzenie, rozmowy, pole namiotowe albo sklep charytatywny, w którym znaleźli kurtkę na deszcz.

Wygoda ma swoją cenę, także symboliczną

W Polsce przez lata festiwal był bardziej szkołą przetrwania niż urlopem. Brało się kurtkę przeciwdeszczową, trochę gotówki, śpiwór, konserwy i pogodzenie z losem. Jeśli nie było gdzie usiąść, to się siedziało na ziemi. Jeśli padało, człowiek moknął razem z tysiącami innych osób i próbował wmówić sobie, że to buduje charakter.

Dziś nikt rozsądny nie tęskni za czasami, gdy zaplecze sanitarne było przygodą samą w sobie, a wybór jedzenia kończył się na frytkach, zapiekance i tajemniczym mięsie w bułce. Lepsza infrastruktura, dostęp do wody, wsparcie medyczne, miejsca odpoczynku, bezpieczne depozyty czy pomoc psychologiczna są potrzebne. Szczególnie na wydarzeniach, które gromadzą dziesiątki tysięcy ludzi i trwają od popołudnia do późnej nocy.

Ale obok tych rozsądnych zmian pojawia się też coś mniej niewinnego – przekonanie, że każda chwila pobytu na festiwalu musi być zagospodarowana. Gdy nie słuchasz koncertu, masz jeść. Gdy nie jesz, możesz robić zakupy. Gdy nie robisz zakupów, czeka na ciebie strefa relaksu, marka kosmetyczna, instalacja, warsztat, zdjęcie, aktywacja albo konkurs. Pusta przestrzeń zaczyna wyglądać jak niewykorzystany potencjał sprzedażowy.

A przecież jednym z największych uroków festiwali zawsze była właśnie pewna bezużyteczność. Chodzenie bez celu. Przypadkowe trafienie na koncert artystki, której nazwiska wcześniej się nie znało. Leżenie na trawie z plastikowym kubkiem w ręku (teraz już niestety wielorazowym). Spotkanie kogoś, kto mówi, że musisz koniecznie pójść na małą scenę za namiotami, bo gra tam zespół, który za trzy lata będzie wszędzie. No i to odwieczne pytanie „gdzie jest Jarek?”.

Tego nie da się wpisać w regulamin atrakcji ani sprzedać jako pakietu premium.

Muzyka nadal jest sercem, ale coraz częściej bije w tle

Nie sądzę, że muzyka zniknie z festiwali. To byłoby absurdalne, podobnie jak organizowanie targów książki, na których książki stoją gdzieś z boku między barem z ramenem a strefą masażu dłoni. Wielkie nazwiska nadal sprzedają bilety, a emocje pod sceną pozostają czymś, czego nie da się zastąpić lodowym kąpieliskiem, modowym popupem ani nawet najlepszym burgerem.

fot. Monika Wojciechowska

Widzę jednak, że muzyka zaczyna przegrywać z własnym otoczeniem w walce o uwagę. Koncert trwa godzinę. Festiwalowy dzień – kilkanaście. Organizator musi więc zapełnić całą resztę czasu. Sponsorzy chcą obecności. Marki chcą kontaktu z publicznością. Uczestnicy chcą komfortu. Media społecznościowe chcą obrazków. I tak krok po kroku powstaje przestrzeń, w której można przeżyć pełne cztery dni, właściwie nie skupiając się specjalnie na muzyce.

Być może właśnie dlatego tegoroczna mapa Open’era mówi o współczesnych festiwalach więcej niż line-up. Pokazuje, że nie kupujemy już tylko prawa wstępu na koncerty. Kupujemy dostęp do czasowego miasta, z własną gastronomią, handlem, usługami, noclegami, bezpieczeństwem i rytuałami.

Muzyka nadal stoi na głównej scenie. Pytanie brzmi, jak długo jeszcze będzie najgłośniejszym głosem całego miasteczka? Niestety nie zawsze jest to takie oczywiste, jak na przykład podczas koncertu, gdzie Nick Cave w 2018 nie miał szans rywalizować cichszymi i klimatycznymi momentami koncertu ze sceną jednego z partnerów festiwalu, która skutecznie zagłuszała artystę. Zobaczymy, jak wypadnie to w tym roku.

Spodobał Ci się ten artykuł?

Daj znać autorowi — kliknij wielokrotnie.

Chcesz czytać więcej treści jak „Czy na festiwalu jeszcze chodzi o muzykę? Mapa Open’era wygląda dziś jak plan małego miasta"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google
Udostępnij
FacebookX