Tak mogłoby wyglądać przytulne studio urody, pomieszczenie, gdzie robi się tradycyjny masaż tajski, albo wielkomiejski bar tlenowy. Na szafce stoją świeczki, palą się lampki ukryte w minerałach, a łóżko otaczają ścianki z fototapetą przedstawiającą prześwietlony słońcem las. Przestrzeń ma przywracać harmonię, odgradzać od hałasu i pośpiechu. Tylko charakterystyczna metalowa szpitalna rama łóżka pozwala odgadnąć, że opisywany pokój znajduje się nie w ośrodku medycyny alternatywnej, ale w budynku instytucji publicznej. Jest nią jeden z najlepszych uniwersytetów na świecie – brytyjski Imperial College London. Uczelnia słynie nie tylko z kształcenia, ale również z 14 wywodzących się z jego murów laureatów Nagrody Nobla oraz z przełomowych badań naukowych.

Cztery lata temu, w tym właśnie pokoju, przeprowadzono jedno z takich badań. Po 32 miesiącach starań o uzyskanie wszystkich niezbędnych zgód zespół pod kierunkiem dr. Robina Carharta-Harrisa rozpoczął eksperyment z udziałem zaledwie dwudziestu osób. Wszystkie cierpiały na ciężką depresję, odporną na leczenie z użyciem minimum dwóch standardowo stosowanych w terapii antydepresantów. Hipoteza, którą zamierzali przetestować naukowcy, zakładała, że pacjentom tym może pomóc psylocybina – substancja pochodząca z halucynogennych grzybów z rodzaju
Psilocybe. Psylocybina to jeden z psychodelików – związków psychoaktywnych wywołujących zmiany świadomości, odczuwania emocji i myślenia. Należą do nich również LSD (czyli dietyloamid kwasu lizergowego), ketamina czy DMT (dimetylotryptamina) znajdująca się w halucynogennych roślinach południowoamerykańskich.

Nieklasycznym psychodelikiem jest MDMA (3,4-metylenodioksymetamfetamina), półsyntetyczna substancja zawarta w narkotyku ecstasy. Wszystkie wyżej wymienione substancje, opracowane przez chemików lub pochodzenia naturalnego, są zakazane w większości krajów świata (również w Polsce). Oprócz penalizacji łączy je jednak jeszcze jedno – są obecnie testowane w kilkunastu ośrodkach
naukowych jako nowa grupa leków mogących pomagać cierpiącym na nieuleczalne choroby psychiczne.

 

KOLOROWE KWADRATY

Jak wygląda doświadczenie psychodeliczne – takie, jakie stało się udziałem osób biorących udział w badaniu na Imperial College London? 19 kwietnia 1943 r. Albert Hofmann, szwajcarski chemik, zażył 0,25 miligrama opracowanego przez siebie kilka lat wcześniej związku LSD. Wkrótce doświadczył zmian percepcji i w towarzystwie asystenta udał się na rowerze do domu. Domy falowały, sąsiadka
wydała mu się złośliwą wiedźmą i nabrał przekonania, że LSD go zatruło. Jednak w domu, po tym, jak wezwany naprędce lekarz upewnił go, że fizycznie nic mu nie dolega, Hofmann zaczął mieć doświadczenia innego rodzaju. „Gdy zamknąłem oczy, widziałem bezprecedensowy ciąg kolorów i kształtów. Kalejdoskopowe fantastyczne obrazy spływały na mnie niekończącym się strumieniem, przekształcając się w koła, spirale, eksplodując w wielobarwnych fontannach, otwierając się i zamykając” – wspominał.

Efekty wizualne, jeden z typowych elementów doświadczenia psychodelicznego, mogą być nadzwyczaj spektakularne: pole widzenia może pulsować i falować, obrazy, często w postaci geometrycznych kształtów lub wzorów, mogą zmieniać się i przekształcać, albo stać się trójwymiarowe. Może pojawić się synestezja – i np. litery zaczną pachnieć, a dźwięki nabiorą kolorów. Ma się silne przeżycia duchowe – można doświadczyć łączności z całym światem, a nawet kosmosem, doznać oświecenia, odnieść wrażenie kontaktu z absolutem. Oryginalność doświadczenia psychodelicznego przyczyniła się do popularności, jaką psychodeliki zyskały w latach 60. i 70. poprzedniego wieku m.in. w kręgach kontrkultury. Przyjmowano je na festiwalach muzycznych, swoim pacjentom podawali je terapeuci, naukowcy zaś próbowali leczyć z ich pomocą depresję czy uzależnienia, na przykład od alkoholu (szacuje się, że tylko LSD podano wówczas 40 tys. osób).

Szybko jednak zaczęły pojawiać się doniesienia o tak zwanych bad tripach – trudnych, a nieraz wręcz przerażających doświadczeniach po zażyciu substancji psychoaktywnej. Psychodeliki wywoływały urojenia, silne napady lękowe, straszne halucynacje. W rezultacie wkrótce podzieliły los innych substancji psychoaktywnych i, jeden po drugim, zostały w latach 70. spenalizowane. Mimo że trafiły do jednego worka z innymi narkotykami, psychodeliki różnią się zasadniczo od tzw. stymulantów (kokaina, amfetamina) czy depresantów (morfina, heroina). Stymulanty pobudzają, wywołują przypływ energii i powodują euforię. Depresanty łagodzą lęki, uspokajają, dając uczucie błogości. Psychodeliki, zmieniające percepcję, mają inny mechanizm działania.

Zasadnicza różnica jest jeszcze jedna. – Psychodeliki nie uzależniają – podkreśla prof. Andrzej Pilc. psycho- i neurofarmakolog pracujący w Zakładzie Neurobiologii Instytutu Farmakologii im. Jerzego Maja PAN w Krakowie oraz w Collegium Medicum UJ. – Bez żadnych wątpliwości wykazały to badania na zwierzętach, np. szczurach. Kiedy da się im niekontrolowany dostęp do psychodelika, po pewnym czasie zwyczajnie stracą nim zainteresowanie. „Nie zachodzi tu zjawisko tzw. pozytywnego wzmocnienia, z którym mamy do czynienia w przypadku takich środków jak kokaina” – tłumaczył dr Torsten Passie, psychiatra i psychoterapeuta, który prowadził doświadczenia kliniczne z psychodelikami, w książce „Czy psychodeliki uratują świat?”. „Zwierzęta zwyczajnie unikają psychodelików. Prawdopodobnie z ich punktu widzenia tego rodzaju substancje wywołują oszołomienie, które jest dla nich dezorientujące”.