Nie jest to konkretny obszar mózgu, ale charakterystyczny układ sieci neuronalnych uaktywniający się wtedy, gdy nie wykonujemy konkretnej czynności, ale gdy błądzimy myślami. Sieć standardowej aktywności jest od dekady intensywnie badana – uznaje się ją za ekwiwalent mechanizmu ego i źródło posiadanych przez każdego z nas wzorców myślowych, niekiedy sztywnych, represyjnych i kontrolujących. To ona odpowiada za pojawiające się w naszej głowie myśli typu „do niczego się nie nadaję”, „wszystko robię źle”, „nigdy nic mi się nie udaje”.

Osłabienie działania sieci standardowej aktywności pod wpływem psylocybiny, określone jako drastyczne, naukowcy wiązali z relacjami badanych, którzy opowiadali o powszechnym w czasie sesji doświadczeniu zamazania się granic między nimi a otaczającym ich światem. Jednak dzień po badaniu, wbrew przewidywaniom, sieć standardowej aktywności znów zaczęła pracować pełną parą (a dokładniej zsynchronizowała się aktywność tworzących ją neuronów). Efekt był tym silniejszy, im lepiej czuli się pacjenci. Dr Carhart-Harris nazwał to przypuszczalnym „resetem mózgu”. – Bierzesz coś, co działa w sposób uporządkowany, ale uporządkowany chorobliwie, poddajesz to szokowi, rozbijasz, a kiedy układ wraca do działania, działa już poprawnie – tłumaczył. Zaledwie jedna dawka psychodelika sprawiała, że dochodziło do „rozpuszczenia ego” – osłabienia ustalonych przekonań na własny temat, co dało nieistniejącą wcześniej możliwość ich zrewidowania.

 

WIĘCEJ BADAŃ

Wyniki badania zespołu dr. Carharta-Harrisa zyskały duży rozgłos. Czyżby psylocybina faktycznie miała stać się złotym środkiem medycyny XXI wieku? Niezależni naukowcy zaczęli studzić emocje. „Z powodu braku placebo, grupy kontrolnej i dodatkowych mierników efektów wartość informacyjna tamtych badań jest ograniczona” – ostrzegało w 2018 r. na łamach „Frontiers in Psychiatry” dwóch badaczy z King’s College London zajmujących się obrazowaniem mózgu. – Trzeba być ostrożnym – podkreślał Paul Summergrad z Tufts University, były prezes Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego. – Historia psychiatrii i medycyny pełna jest potencjalnych środków, którymi ludzie się ekscytowali, ale które się nie sprawdziły – przypominał.

Jaka jest szansa, że psylocybina nie podzieli ich losu? Odpowiedź na to pytanie przyniosą prowadzone obecnie badania. W grudniu zeszłego roku zakończyła się pierwsza faza badań klinicznych komercyjnej firmy Compass Pathways prowadzonych wraz z naukowcami z King’s College London. Wzięło w niej udział 90 ochotników. W połowie stycznia firma opatentowała w USA COMP360, opracowaną przez siebie syntetyczną psylocybinę. Jednocześnie rozpoczęła się druga faza badań klinicznych – w której bierze udział rekordowa liczba 216 pacjentów z kilku miast Europy oraz USA
– mających stwierdzić, czy terapia z wykorzystaniem psylocybiny okaże się skuteczna w leczeniu lekoopornej depresji. Eksperymentalne leczenie Company Pathways zostało uznane przez amerykańską Agencję Żywności i Leków za „terapię przełomową” – tak oznacza się te terapie, które są na najszybszej ścieżce do uzyskania zgody na dopuszczenie do powszechnego stosowania.
Ile to zajmie? – Po badaniach drugiej fazy lek przechodzi trzecią fazę badań klinicznych, w której środek podaje kilku tysiącom chorych. Potrwa dwa-trzy lata i to ona zadecyduje o dopuszczeniu leku lub nie – mówi prof. Pilc. – Oznacza to, że jeśli psylocybina okaże się skuteczna i bezpieczna, terapia z jej użyciem może stać się dostępna dla lekarzy i pacjentów w USA za pięć-sześć lat.

 

NIE TYLKO NA DEPRESJĘ

Psychoaktywna substancja z halucynogennych grzybów to zaledwie jeden z psychodelików, które mają szansę pomóc cierpiącym na depresję. W grudniu zeszłego roku w szpitalu Uniwersytetu Bazylejskiego zaczęły się badania, w których ma wziąć udział 60 osób z lekooporną depresją – środek, którego skuteczność będzie się testować, to LSD. Wyniki eksperymentu, który ma potwierdzić doniesienia o skuteczności LSD z lat 60., będą znane za trzy lata. Z kolei trzy lata temu naukowcy z Brazylii przeprowadzili niewielkie badania, które wykazały, że przeciwko depresji sprawdza się również ayahuasca. To halucynogenny napar, od wieków wykorzystywany przez rdzenne społeczności Ameryki Południowej do rytuałów religijnych. Szamani przygotowywali go z dwóch składników – krzewu Psychotria virdis, zawierającego psychodelik DMT (dimetylotryptaminę), oraz pnącza Banisteriopsis caapi, w którego skład wchodzą substancje, sprawiające, że DMT nie zostaje w organizmie rozłożona na związki proste przed dotarciem do mózgu. Dr Draulio de Araujo z University of Rio Grande do Norte w mieście Natal wykazał, że tydzień po zażyciu ayahuaski 64 proc. pacjentów twierdziło, iż symptomy dręczącej ich depresji osłabły o połowę lub więcej. W marcu zeszłego roku Agencja Żywności i Leków dopuściła w USA do sprzedaży Spravato firmy Johnson&Johnson. W październiku to samo zrobiła Europejska Agencja Leków. Spravato to podawany do nosa spray, który – wraz z przyjmowanymi doustnie antydepresantami – natychmiast po podaniu ma łagodzić objawy lekoopornej depresji.

Może być podawany wyłącznie przez lekarza, który monitoruje stan pacjenta przez dwie godziny po zażyciu leku, a producent ostrzega przed skutkami ubocznymi – zawrotami głowy, niepokojem, poczuciem oddzielenia od swoich myśli i uczuć (dysocjacją). Substancją czynną jest w nim esketamina, pochodna psychodelika ketaminy, stosowanego w weterynarii do narkozy. Ketaminie również przypisuje się działanie przeciwdepresyjne, jednak w porównaniu z psylocybiną ma ona wady. – Psylocybina wydaje się bezpieczniejszą substancją niż ketamina – mówi prof. Pilc. – Ta druga jest psychodelikiem innego typu, to wyraźny psychozomimetyk, czyli substancja, która może wywoływać psychozę. Psylocybina nim nie jest. Ketaminą można zatruć się śmiertelnie, psylocybiną raczej nie – trzeba by wziąć z tysiąc tabletek. No i wreszcie psylocybina może sprawdzić się nie tylko w leczeniu depresji, ale również innych schorzeń, np. uzależnień – dodaje ekspert.

 

GRZYBKI NA UZALEŻNIENIA

– Byłam winoroślą, z wielkim fioletowym kwiatem na szczycie, świecącym jak neon, i wznosiłam się wysoko, widząc, w przebłyskach, samą siebie, skuloną, z papierosem w ustach i czującą się okropnie. Ja sama i moje problemy wydały mi się wówczas małe i głupie i zastanawiałam się: dlaczego właściwie zdecydowałam się palić? – tak swoje doświadczenia z sesji z psychodelikiem opisywała Kathleen Connely, jedna z uczestniczek niewielkiego badania przeprowadzonego kilka lat temu na Johns Hopkins University. Jego celem było sprawdzenie, czy psylocybina może pomóc palaczom zerwać z nałogiem. Podobnie jak kilkunastu innych uczestników eksperymentu, Kathleen miała za sobą dziesięciolecia palenia i zakończone niepowodzeniem liczne próby rzucenia papierosów z pomocą plastrów czy pastylek. Nic jednak nie zadziałało. Pomogło dopiero jedno przyjęcie psychodelika – trzy lata po nim Connely nadal nie paliła. Wyniki badań przeprowadzonych przez zespół dr. Matthew Johnsona zostały opublikowane w 2014 r. w „Journal of Psychopharmacology”. Według nich sześć miesięcy po podaniu psychodelika 80 proc. badanych nadal obywało się bez papierosów.

We wrześniu zeszłego roku w Johns Hopkins University otworzono sfinansowane przez prywatnych donatorów Centrum Badań Psychodelicznych i nad Świadomością. Na jego czele stanął dr Ronald Griffiths. Prowadzi się tam dalsze pilotażowe badania nad skutecznością leczenia uzależnienia od papierosów za pomocą psylocybiny. W sumie ma zostać przebadanych 95 pacjentów, a wyniki mają być znane pod koniec 2021 r. Inni naukowcy prowadzą eksperymenty mające ustalić, czy ten środek może pomóc zerwać z nałogiem uzależnionym od alkoholu, a nawet kokainy.