Pierwszy wolność odzyskał Leszek D. ps. Wańka. Po spędzeniu blisko 13 lat za kratami pod koniec kwietnia br. opuścił mury warszawskiego aresztu śledczego przy ul. Rakowieckiej. Przed więzieniem czekało już na niego kilku przyjaciół, których – sadząc po aparycji i ubiorze – można by wziąć za ludzi związanych z półświatkiem.

Nieoficjalnie wiadomo, że na cześć uwolnionego bossa przygotowano specjalną imprezę. Pewne też jest, że Wańka stęsknił się za swoją żoną, którą, jak mówią osoby znające gangstera, bardzo kocha. – Leszek D. może być pewien, że będziemy teraz monitorować każdy jego krok. Nie wierzymy, że przejdzie na gangsterską emeryturę, bo choć ma już 64 lata, to jest w pełni sił umysłowych. A mózg był zawsze jego największym atutem. Ponadto ten człowiek dysponował i dysponuje bardzo rozległymi kontaktami w całej Polsce oraz za granicą. Miał dostęp m.in. do południowoamerykańskich karteli narkotykowych – mówi wysoki rangą oficer Centralnego Biura Śledczego.

Bliski kompan Wańki – Andrzej Z. ps. Słowik na wolność trafił niespełna trzy miesiące później. Co ciekawe, termin jego zwolnienia – 5 sierpnia 2013 r. przypadał dokładnie w dniu urodzin Leszka D. Można się więc spodziewać, że także nie obyło się bez bardzo hucznej imprezy. Tym bardziej że Słowik miał w półświatku opinię człowieka, który potrafi się bawić z niezłym rozmachem. Plany Słowika mógł pokrzyżować sąd. Gangster był bowiem oskarżony o podżeganie do zabójstwa byłego szefa policji Marka Papały w 1998 r. W czasie śledztwa Andrzej Z. przyznał się do rozmów z Edwardem Mazurem na temat wynajęcia killera, który byłby gotów zabić Papałę. Przed sądem jednak odwołał swoje słowa, przekonując, że była to gra obliczona na szybsze wyjście z więzienia.

Szanse na to, że Słowik zostanie skazany przed terminem zwolnienia (co mogłoby oznaczać np. zastosowanie aresztu do czasu uprawomocnienia się wyroku), bardzo poważnie zmalały za sprawą łódzkich śledczych, według których zabójstwo gen. Papały nie było wynikiem spisku, ale przypadkowego działania ze strony spłoszonych złodziei samochodów. Ostatecznie Słowik został uwolnionych od zarzutów nakłaniania do zabójstwa generała.

Wańka i Słowik mogą jeszcze liczyć na ewentualną współpracę Janusza P. ps. Parasol, kolejnego członka zarządu „Pruszkowa”. Przez wielu policjantów i prokuratorów jest on uważany za najgroźniejszego bossa pruszkowskiej mafii. Odsiedział wyrok siedmiu lat więzienia za kierowanie gangiem. Twierdzi, że porzucił gangsterskie rzemiosło i zajął się gastronomią. Ma bar w Pruszkowie, który jest jego jedynym źródłem utrzymania. Ile w tym prawdy, wie tylko on.

– Mieliśmy informacje, że jeden z podwarszawskich handlarzy narkotyków w rozmowach ze swoimi dostawcami wymieniał nazwisko Parasola. Mogłoby to świadczyć, że jednak nie jest emerytem – mówi z przekąsem oficer wydziału antynarkotykowego stołecznej policji.

 

Jaka będzie przyszłość bossów?
Współczesny półświatek różni się zdecydowanie od tego, w którym w latach 90. brylowali Wańka i Słowik. Wielkie gangsterskie korporacje zostały zastąpione przez znacznie mniej liczne, ale bardziej hermetyczne grupy przestępcze. Spadła także „żywotność” band w kryminalnym podziemiu. Za czasów wielkiego „Pruszkowa” gangi działały bez poważniejszej wpadki nawet pięć lat. Likwidacja organizacji, którą kierowali Leszek D. i Andrzej Z., zajęła ponad dekadę. Obecnie gangi działają maksymalnie dwa–trzy lata. Zmieniła się także struktura przestępczości. Według raportu Centralnego Biura Śledczego w 2012 r. w Polsce działało 277 grup przestępczych o charakterze ekonomicznym, 238 – narkotykowym, a 181 grup – stricte kryminalnym.

Gen. Adam Rapacki, twórca CBŚ, jest przekonany, że bossowie „Pruszkowa” po odzyskaniu wolności raczej nie będą zajmowali się przestępstwami kryminalnymi. Nie dosyć, że większość zagrożona jest wysokimi karami, to jeszcze nie dają dużych zysków. – Część pruszkowskich gangsterów jest już jak na realia półświatka „wiekowa” i do typowej działalności kryminalnej raczej nie wróci. Część wcześniej ulokowała środki w gospodarce i będą próbowali tam funkcjonować na styku różnych działalności. Mogą też zająć się organizacją wielkich przemytów, przede wszystkim narkotyków, biorąc pod uwagę ich możliwości i kontakty – mówi gen. Adam Rapacki.

Trzeba pamiętać, że Leszek D. był uważany w półświatku za organizatora narkotykowych interesów na znaczną skalę. Przed uwięzieniem miał bardzo dobre kontakty z międzynarodowymi przemytnikami. Także Słowik poznał podobno przedstawicieli karteli z Ameryki Południowej. Można się więc spodziewać, że odświeżą stare znajomości. Zresztą w narkotykowy biznes mieli wejść po odbyciu kar dwaj kompani Wańki i Słowika z zarządu „Pruszkowa” – Zygmunt R. ps. Bolo oraz Ryszard Sz. ps. Kajtek (w co powątpiewa nasz felietonista Masa, uważając, że zostali „wrobieni” przez świadka koronnego Jacka S. – przyp. red.). Obaj zostali aresztowani w grudniu 2011 r. za udział w handlu kilkunastoma kilogramami heroiny i kokainy. Zarzuty dotyczą lat 2009–2010. Zdaniem prokuratury narkotyki mieli kupić od gangu Marka Cz. ps. Rympałek, którego wsypał jeden z jego najbliższych ludzi.

Bossowie mogą także wejść w legalne interesy, takie jak deweloperka czy pożyczanie pieniędzy na procent. Pierwszy daje gwarancje dużych zysków, drugi – pewność stałych zarobków. Tym bardziej że dłużnicy mają świadomość kłopotów, w jakie wpędziliby się, gdyby nie oddali pieniędzy na czas.
Utopił milion dolarów w kokainie

Leszek D. ps. Wańka to razem ze swoim bratem Mirosławem D. ps. Malizna niekwestionowane legendy polskiego podziemia kryminalnego. W latach 80. Wańka oficjalnie pracował jako mechanik samochodowy i miał warsztat pod Warszawą. Prawdziwe pieniądze zarabiał na handlu walutami. Szybko miał się przerzucić na bardziej dochodowe zajęcie – sprzedaż samochodów kradzionych za granicą, głównie w Austrii i Niemczech. Pod koniec lat 80. zgromadził już pewien majątek, który pozwalał mu rozwinąć skrzydła. W pierwszej połowie lat 90. miał się już na poważnie zająć organizacją handlu narkotykami.

W 1994 r. poniósł jednak spektakularną porażkę. 25 stycznia 1994 r. brytyjska policja poinformowała polskich kolegów, że na statku „Jurata” płynącym z Wenezueli do Gdyni znaleziono
ok. 1,2 tony czystej kokainy. Oficjalnie statek przewoził dachówki i masę bitumiczną. Gdy jednostka zawinęła do portu Birkenhead pod Liverpoolem, ładunkiem zainteresowały się brytyjskie służby. W beczkach z masą znaleziono ukryte narkotyki. Brytyjscy policjanci zabrali kokainę. Polscy policjanci zorganizowali zasadzkę na odbiorców. W Polsce po beczki zgłosił się Krzysztof O., pełnomocnik jednej z firm budowlanych. Przez lata policja mogła tylko podejrzewać, kto zorganizował całą operację. Dzięki zeznaniom świadków koronnych ustalono, że mózgiem akcji był Leszek D., i dekadę później skazano go na 11 lat więzienia. Koronni mówili, że Wańka stracił na nieudanym przemycie milion dolarów. On sam nigdy się do tego przestępstwa nie przyznał.

Andrzej Z. ps. Słowik, kolejna legenda półświatka, przez lata miał opinię nietykalnego. Pierwszy wyrok zaliczył jako 18-latek. Zaczynał od drobnych włamań i kradzieży. Był jednak bardzo ambitny. W 1983 r. został skazany, ale już w warunkach recydywy. Po ucieczce z więzienia w Czarnem zyskał opinię twardego zawodnika. W latach 80. pojawił się w stolicy i związał swój los z Zygmuntem R. ps. Bolo (późniejszy członek zarządu „Pruszkowa”). Razem dokonywali różnych kradzieży. Pod koniec PRL to właśnie Słowik miał wpaść na pomysł rabowania ciężarówek z towarami przemycanymi do Polski z Niemiec, głównie spirytusem i elektroniką. Napady na ciężarówki przemytników dały początek wielkim gangsterskim fortunom w USA, w czasie prohibicji. Okazało się, że w Polsce zyski z takiej działalności też były bardzo konkretne. – Słowik miał opłaconych ludzi na granicznych bramkach. Od nich dowiadywał się, kto i kiedy przewozi przez granicę kontrabandę. Dysponował także dobrym rozpoznaniem wśród ludzi przemytników. Potem wystarczyło tylko zabrać towar i sprzedać zaprzyjaźnionym odbiorcom – opowiada jeden z byłych pruszkowiaków.

W konfrontacji z wymiarem sprawiedliwości szczęście sprzyjało Słowikowi już od 1992 r. 21 września w okolicach Nieporętu policja nakrywa dziuplę z ciężarówką wyładowaną spirytusem. Na miejscu wpadają Henryk N. ps. Dziad, Andrzej Z. ps. Słowik i Marek K. ps. Oczko. Choć dwaj z nich figurują na liście poszukiwanych, to jednak tylko na krótko trafiają do aresztu. Co o tym zdecydowało, tego się nie dowiemy, bo prokurator, który ich zatrzymywał, po latach odszedł w niesławie z zawodu prawniczego, a potem umarł.

 

Pozycja Słowika rośnie jeszcze bardziej, gdy w 1993 r. ułaskawia go prezydent Lech Wałęsa. W tym czasie Andrzej Z. ukrywał się – ciążył na nim wyrok 6 lat więzienia za kradzieże i włamania. Wałęsa, nieświadomy kim jest Z., podpisuje akt łaski. Słowik urządził z okazji zwycięstwa wielką popijawę w wynajętej pruszkowskiej restauracji. Wedle słów świadków koronnych, gangsterzy mieli wznosić toasty ku czci prezydenta i jego urzędników. Pojawiła się informacja, że łaska kosztowała Słowika 150 tys. dolarów. Nigdy nie udało się ustalić, czy rzeczywiście ktoś wziął łapówkę, a jeżeli tak, kto to był.
Ministrowie z „Dekadenta”

Połowa lat 90. to czas, kiedy „Pruszków” podbija Polskę. Gangsterzy czują się niemal bezkarni, a ich bossowie stają się celebrytami półświatka. Nawet biznesmeni uważają, że w dobrym tonie jest znać któregoś z „ludzi honoru”. O tym, jak pewnie się czują, świadczy akcja przejęcia stołecznego klubu „Dekadent”.

W połowie stycznia 1996 r. Andrzej Z. i Leszek D. zostają wynajęci przez Pawła D., właściciela firmy remontowo-budowlanej do „odebrania należności za remont klubu” od współudziałowców lokalu – spółki Studio Art. Wcześniej D. daje ostatnią szansę na zatwierdzenie kosztorysów, ostrzegając, że zna „ludzi, którzy skutecznie i boleśnie potrafią wyegzekwować pełną należność za remont”. Kilka tygodni później umawia się z szefostwem Studia Art w remontowanym klubie. Na spotkanie nie przychodzi sam. Towarzyszy mu kilkudziesięcioosobowa grupa. Młodzi, dobrze zbudowani mężczyźni w skórzanych kurtkach otaczają biznesmenów. Co jakiś czas któryś z osiłków odchyla kurtkę, by pokazać wsadzony za pasek pistolet. Aluzje są czytelne. Napastnikom przewodzą Wańka i Słowik. Ten ostatni wyciąga z kieszeni notes i zaczyna kolejno wyczytywać nazwiska, adresy i dane osobowe współwłaścicieli Studia Art. – Jesteście winni naszemu znajomemu 100 tys. zł i tyle samo nam za podjęcie interwencji. Wiemy, gdzie mieszkacie, gdzie pracują wasze żony i uczą się wasze dzieci. Macie 48 godzin. Do tego czasu oddacie pieniądze albo przekażecie udziały spółki – obwieszcza zebranym Słowik. Boss ostrzega, że kontakt z policją skończy się dla biznesmenów tragicznie. – Jesteśmy organizacją ludzi szanujących się i wzajemnie popierających. Ja i pan Andrzej stanowimy rząd organizacji. On jest ministrem obrony, a ja ministrem kultury – rzuca Wańka przed wyjściem. Po dwóch dniach właścicielem „Dekadenta” jest Paweł D.

Jednak w maju 1998 r. obaj zostają zatrzymani za najazd na „Dekadenta”. Proces pruszkowskich ministrów Wańki i Słowika oskarżonych o wymuszenia rozbójnicze miał się rozpocząć w grudniu tego samego roku. Jednak przebywający w areszcie Słowik nagle zaczął chorować. Lekarze stwierdzają u Z. dyskopatię, która nieleczona doprowadziła do poważnych komplikacji. Słowik jest operowany, potem musi przejść rehabilitację. Biegli z Zakładu Medycyny Sądowej twierdzą, że gangster może symulować. Ten jednak dysponuje zaświadczeniem wydanym przez samego ordynatora oddziału ortopedii szpitala Aresztu Śledczego Rakowiecka. Prokuratura kilkakrotnie usiłuje rozpocząć proces. Bezskutecznie.
W czerwcu 1999 r. sąd zawiesza postępowanie w sprawie Słowika do czasu, aż mafioso wyzdrowieje. Adwokat Andrzeja Z. daje na sali sądowej popis troski o dobro klienta. Załamując ręce, mówi niemal drżącym głosem. – W 6 miesięcy po operacji mój klient nie chodzi i nie siada. Nie wiadomo, czy nie będzie musiał poruszać się na wózku – dramatyzuje. – Zastanawiamy się, czy nie zaskarżyć Państwa o odszkodowanie za doprowadzenie niewinnego człowieka do tak ciężkiego rozstroju zdrowotnego.

Ostatniego czerwca najniebezpieczniejszy dyskopata Polski wychodzi z aresztu za kaucją w wysokości 50 tys. zł. Na taką decyzję sądu ma wpływ opinia lekarzy ze szpitala aresztu przy Rakowieckiej: „dalsze przebywanie Andrzeja Z. w warunkach więziennych może się skończyć dla niego kalectwem”. Słowik wyjeżdża na rehabilitację do Konstancina. Kilka miesięcy później policjanci zatrzymują do kontroli mercedesa ze Słowikiem jako pasażerem. Boss, który według lekarzy nie powinien rozstawać się z kulami, wytacza się z limuzyny. Nie ma siły ustać, jednak to nie efekt dyskopatii, tylko nadmiaru gorzałki. Pijany jak bela gangster staje w końcu na nogach i szuka zaczepki.

Osamotniony Wańka musi stawić czoła Temidzie. Udaje mu się tak przeciągnąć proces, że w 2000 r. sąd nie ma wyjścia i zwalnia mafiosa do domu. Wyrok po 6,5 roku więzienia dla obu bossów zapadł dopiero w 2004 r.

Menedżer i dobry wujek
– Mimo wszystko trzeba przyznać, że Wańka to facet z klasą. Zawsze był dobrym organizatorem i miał wiele dobrych pomysłów. Można o nim powiedzieć, że był „mózgiem” naszej grupy, choć trzymał się w cieniu. Wolał zarabiać pieniądze niż wdawać się w wojny. Jednocześnie był bardzo rodzinny – mówi Jarosław Sokołowski ps. Masa. – Zresztą on pierwszy założył legalną firmę i mówił, że przyszłość jest w inwestowaniu nielegalnie zarobionych pieniędzy – dodaje.

Leszek D. ma też pewną charyzmę. Kiedy podczas jednego z przesłuchań jego adwokat zachowywał się po chamsku, boss przeprosił prokuratora i zrezygnował z usług tego mecenasa. Swój charakter pokazał także w czasie procesu kierownictwa „Pruszkowa”. Prokuratorzy żartują, że wówczas objawił się kolejny talent gangstera – leczenie. – Ryszard Sz. ps. Kajtek od jakiegoś czasu narzekał na kolejne dolegliwości, co opóźniało proces. Pewnego dnia wyraźnie wściekły Wańka syknął do niego: „jesteś zdrowy”. I nagle Kajtek wyzdrowiał – opowiada prokurator, pracujący przy sprawie „Pruszkowa”.

Co ciekawe, na Wańkę nigdy nie zorganizowano żadnego zamachu. Panuje opinia, że potrafił się dogadać z każdym szefem grup przestępczych, nienależących do pruszkowskiego konsorcjum. W czasie odbywania wyroku zwrócił się do sądu o umorzenie 50 tys. zł grzywny i 21 tys. kosztów procesu w sprawie „Dekadenta”. Śródmiejski sąd uznał, że Leszek D., formalnie bez majątku, „z przyczyn od siebie niezależnych nie może uiścić grzywny oraz kosztów i opłat sądowych, których egzekucja jest na innej drodze niemożliwa”. W uzasadnieniu znalazło się także stwierdzenie, że Wańka nie może spłacić grzywny, siedząc w więzieniu, bo nie ma żadnego depozytu wartościowego, a z braku miejsc nie może pracować w czasie odbywania kary.

Ponoć podczas ostatnich lat odsiadki D. pracował w więziennej bibliotece. Miał także być zaangażowany w przedstawienie teatralne, jakie wystawił za kratami Grzegorz Ż., negatywny bohater afery FOZZ. We wrześniu ub.r., na kilka miesięcy przed zwolnieniem z więzienia, Wańka i jego brat Malizna zdecydowali się dobrowolnie poddać karze w sprawie, którą prowadziła katowicka prokuratura apelacyjna. Mirosław D. zaproponował dla siebie karę łączną 3 lat więzienia i 15 tys. zł grzywny. Leszek D. zaś 2,5 roku więzienia oraz grzywnę w wysokości 7,5 tys. zł. Do wyroku wliczono areszt, zarządzony na wniosek prokuratury. Leszek D. był oskarżony o najazd latem 2000 r. na jedną z podwarszawskich firm i zmuszenie jej szefa do przekazania gangowi 200 tys. zł. Odpowiadał także za próbę odbioru długu od innego przedsiębiorcy. Mężczyzna miał stracić wówczas ok. 400 tys. zł. Bracia D. mieli nadzorować latach w 1990–2001 działanie dwóch mniejszych grup kierowanych przez Sławomira S. ps. Krakowiak i Tadeusza W. ps. Suchy. Nawet gdy Wańka trafił w sierpniu 2000 r. za kraty podczas obławy na gang pruszkowski, to z aresztu koordynował działania ukrywającego się brata.

Znajomi Wańki twierdzą, że „zdepekował” się, ponieważ chciał jak najszybciej wyjść na wolność. – W życiu prywatnym jest bardzo kochającym mężem. Człowiekiem rodzinnym. Sprawia wrażenie dobrego wujka, biznesmena, a nie gangstera  – dodaje inny z rozmówców.

 

Zwolennik argumentu siły
Andrzej Z. to zdecydowane przeciwieństwo Wańki. – Typowy gorączka. Nie miał talentu do kierowania ludźmi. Najlepiej się sprawdzał w konfrontacji. Zresztą wydaje się, że stawiał na argument siły, a nie na siłę argumentu – mówi prokurator. Masa ma o Słowiku podobne zdanie. – Pierwszy do bitki. Ale potrafił także skryć emocje, by po cichu knuć zemstę. Jeżeli było trzeba, potrafił zachować zimną krew i poczekać z uderzeniem w przeciwników. Jest jednak bardzo pamiętliwy i mściwy – mówi.

Charakter Słowika najlepiej oddają wydarzenia z lat 90. 16 kwietnia 1994 r. razem z Malizną, Kazimierzem K. ps. Kazik, Zygmuntem R. ps. Bolo i jeszcze kilkoma osobami został zatrzymany przez policję przed blokiem na ul. Klaudyny 16, gdzie mieszkał Wiesław N. Dwa bloki dalej znaleziono mercedesa, w którym ukryte były: granat F-1, karabin Remington, 34 sztuki amunicji, pistolet. Gangster przekonywał wówczas, że wybrał się z kolegami na spacer. Zdaniem byłego podwładnego bossa Słowik miał wręcz obsesję wyeliminowania z gangu braci N. Nigdy jednak nie usłyszał żadnego zarzutu związanego z wojną warszawskich gangów.

Dwa lata później, 29 listopada 1996 r., cudem uniknął śmierci w zamachu bombowym, przypisywanym przez policję Wiesławowi N. Ładunek został zdetonowany, gdy wraz z żoną wracał do swojego domu na warszawskim Żoliborzu. Już miesiąc później nieznani sprawcy ostrzelali w miejscowości Zakręt samochód, którym jechał Wiesław N. Boss „Wołomina” wtedy jeszcze uszedł śmierci. Policjantom mówił nieoficjalnie, że jego zdaniem za zamachem stał Słowik.

Zanim Słowik trafił za kraty, zasłynął z wydania książki autobiograficznej i wywiadu udzielonego w czasie, gdy ukrywał się w Hiszpanii. Był pewny siebie, tak jak teraz jest pewny w czasie procesu, w którym odpowiada za podżeganie do zabójstwa gen. Marka Papały. Odkąd łódzka prokuratura postawiła zarzuty w tej sprawie Igorowi Ł. i Mariuszowi M. i uznała, że śmierć byłego szefa policji była następstwem próby kradzieży jego samochodu, Andrzej Z. odzyskał siłę ducha. Jak mówią jego dawni znajomi, wrócił Słowik z najlepszych czasów „Pruszkowa”.

Wolność pod nadzorem
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zarówno Leszek D., który przekonuje, że nie był szefem żadnej mafii, jak i Słowik, nie zostaną pozostawieni bez dyskretnej opieki policji. – Nie można pozwolić, aby szefowie grup przestępczych po odbyciu kary mogli odbudować swoją pozycję. Należy takie osoby monitorować i wiedzieć, jakie mają pomysły na działanie. Tu potrzeba konsekwentnego zajmowania się nimi. Mam nadzieję, że CBŚ, tak mocno absorbowane przez śledztwa gospodarcze, nie straciło tej siły, jaką jest rozpoznanie i prowadzenie czynności operacyjnych – ostrzega gen. Adam Rapacki.

Generał przypomniał, że kiedy on pracował jeszcze w policji, to wówczas zbudowano system monitorowania liderów świata przestępczego. – Mieliśmy wiedzę, co robią w zakładach karnych, a jak wychodzili na wolność, to od razu wiedzieliśmy, czym się zajmują. Pamiętajmy, że mamy do czynienia z zawodowymi przestępcami. Mam nadzieję, że te mechanizmy dalej działają tak samo – dodaje gen. Rapacki.

Policjanci nieoficjalnie przyznają, że monitorują już poczynania zwolnionych z więzień członków „Pruszkowa”, głównie „kapitanów” grupy i „żołnierzy”. Jak na razie nie ma sygnałów, aby stanowili poważniejsze zagrożenie. Tym bardziej że stołeczny półświatek przejął większość interesów „Pruszkowa” rozbitego w latach 2000–2004. Choć obecnie w stolicy prym wiodą gangi z Ożarowa i Mokotowa, to jednak nie mają już tak wielkiej siły jak wówczas, gdy rozkwitały na gruzach „Pruszkowa”.

Generał Rapacki jest przekonany, że nawet gdyby Wańka i Słowik wrócili do gry, to „Pruszków” w takiej formie, w jakiej był znany, już się nigdy nie odrodzi. – Teraz mamy zupełnie inne czasy i coraz doskonalsze narzędzia do skuteczniejszej walki z przestępczością zorganizowaną – zapewnia.

Podobnego zdania są prokuratorzy, którzy zajmowali się rozbijaniem „Pruszkowa”. – Tej grupy już nie ma i nie będzie, bo nie ma racji bytu. Ale jeśli ktoś wierzy, że jej byli członkowie zajmą się uczciwą pracą, to jest dużym optymistą. Większość pruszkowiaków to zawodowi przestępcy, którzy nie znają innego życia. Pozostaje tylko pytanie, czy grupy, które wyrosły na gruzach „Pruszkowa”, pozwolą im na uszczknięcie czegoś z tego bandyckiego tortu. Od kilku lat wojny pomiędzy konkurencyjnymi gangami nie kończą się strzelaniną na ulicach. Chciałbym wierzyć, że to się teraz nie zmieni – mówi jeden ze śledczych.

Policja zapewnia, że mafia z lat 90. już się nie odrodzi. co z tego, skoro powstaną jej nowe – być może równie niebezpieczne – hybrydy?