Mijający rok należy do Stephena Kinga. Królowi stuknęła siedemdziesiątka. Nowa wersja „Tego” okazała się najbardziej kasowym horrorem wszechczasów. Do tego dochodzą dwa premierowe seriale na podstawie kingowskiej prozy (umiarkowanie udana „Mgła” i świetny „Pan Mercedes”), oraz ekranizacja „Mrocznej wieży”, ukochanego dziecka naszego Amerykanina, warta mniej więcej tyle, co literacki pierwowzór. King osiągnął wszystko o czym może marzyć pisarz i, wchodząc w ósmą dekadę życia zyskuje cechy żywego pomnika, szanowanego nawet przez gołębie.

 

Gdy byłem polskim Stephenem Kingiem miałem stare dresowe spodnie

 

osmarkaną koszulkę i buty zdarte z konającego Chińczyka. Piłem kadarkę i jadłem błoto. Moje książki schodziły w rejonach czterech tysięcy sztuk, filmowcy, owszem, chcieli prawa, ale za darmo, a ja biegałem z wywieszonym ozorem za forsą potrzebną na hulaszcze życie, które mi się śniło.

Nie byłem jedynym polskim Stephenem Kingiem, gdyż znałem trzech innych, a gdyby dobrze pogrzebać, znalazłby się i tuzin. Ta trójka to Stefan Darda, Zygmunt Miłoszewski i Jakub Żulczyk, przypadek najciekawszy, gdyż nigdy nie napisał żadnego horroru. Nikt z nas, oczywiście, nie chciał żadnym pieprzonym Kingiem zostać, wydawcy i dziennikarze potrzebowali oczywistego punktu odniesienia, więc tak nas nazwali. Polski Stephen King. Chciałem nawet zorganizować coś w rodzaju konferencji prasowej z naszą czwórką. Zdjęcia z wydarzenia planowałem posłać za ocean. Mogliśmy się pochwalić czwórką Stephenów Kingów, głupi Amerykanie mają tylko jednego. 

Dziś z Żulczykiem pisujemy powieści obyczajowe, Miłoszewski zyskał sławę jako autor kryminałów i tylko Darda pozostał przy horrorze. Ufam, że ma czytelników. Kariera pozostałych, w tym moja, rozkwitła w momencie, gdy porzuciliśmy kingowanie. Polskich powieści grozy wychodzi pewno i kilkanaście rocznie, pewności jednak nie mam – próżno ich szukać w księgarniach, a co dopiero na listach bestsellerów. Powieści Kinga i Mastertona wciąż się u nas sprzedają, nie umiemy jednak wydać z siebie analogicznych autorów, jakby Polska była w jakiś sposób ułomna: obserwujemy sztuczki innych, nie potrafiąc ich powtórzyć.

 

Lęki Kinga nie wzięły się znikąd

 

a potwory, które tworzył stanowiły metaforę lub lepiej – materializację – trupów pochowanych w szafach prowincjonalnych Amerykanów. W „To” uparcie sugeruje, że demon-dzieciożerca funkcjonuje za biernym przyzwoleniem dorosłych mieszkańców Derry. Ci przywykli, że coś zabija dzieci i nic nie zamierzają z tym zrobić. Demon jest jak deszcz, jak oberwanie chmury. Z kolei „Carrie” (powieść od której wszystko się zaczęło) opowiada o zbiorowym linczu na wyalienowanej nastolatce. Carrie, dręczona przez matkę-fanatyczkę religijną i upokarzana przez rówieśników zostaje oblana świńską krwią podczas szkolnego balu na oczach wszystkich.

Podobny lincz wydarzył się niedawno w Polsce. Mam na myśli samobójstwo Kacpra, nadwrażliwego czternastolatka o homoseksualnych skłonnościach. Nie wiem dokładnie co się wydarzyło i jakich udręk chłopiec doświadczył ze strony rówieśników, wiem za to jak okrutne potrafią być dzieci. Wiem, jak okrutnym dzieckiem byłem.  Scenariusz tej tragedii jest niemal kingowski: mamy młodych ludzi kolektywnie prześladujących słabszą ofiarę, przy milczącej akceptacji dorosłych. Przecież uczniowie żyją wśród dorosłych: rodziców, nauczycieli, pedagoga. Bezradność znam już z Derry, podobnie jak patriotyzm wykluczający wszelką inność oraz mądrości z ambony. Żeby było jeszcze ciekawiej, to nieszczęście zostało wytłumaczone i obłaskawione przez posłankę partii rządzącej, której nazwisko nie chce mi spłynąć z palców. Wiadomo, że ta pani jest nikim więcej jak prawicowym Niesiołem, szczekaczką oddelegowaną do określonych zadań, z których musi się wywiązać celem trwania przy łasce i żłobie. Każda partia ma taką figurę. Tak działa system i takie nieszczęścia rodzi.

 

Ludzie. Dziecko, chłopiec się zabił, bo nie mógł żyć między nami.

 

Piszę te słowa w poniedziałek, dwudziestego szóstego września. W Lublinie, gdzie Kacper odebrał sobie życie, płoną znicze, a przez całą, piękną Polskę niesie się wołanie o tolerancję, zrozumienie dla inności. Możemy sobie krzyczeć. Znicze pogasną i wszystko wróci do tak zwanej normy. Szkoda tylko, że norma u nas miesza się z patologią.

W powieści Carrie, oblana krwią, dokonuje zemsty na swoich prześladowcach wykorzystując w tym szczytnym celu swoje nadnaturalne umiejętności. Ostatnie rozdziały tej krótkiej powieści czytałem z satysfakcją. Prześladowcy dostali to, na co zasłużyli, a jeśli dobrze pamiętam, oberwało się również mamusi.  Sama Carrie umiera. Taki jest los potworów.

Ten schemat pojawia się w większości powieści Kinga. Zło zostaje pokonane, a życie wraca do normy, oczyszczone z brudu. Na koniec dostajemy jakiś krzepiący obrazek – dobrych ludzi łowiących spokojnie ryby czy coś podobnego. O to chodzi w jego powieściach. Dowiadujemy się z nich, że zło przegrywa, a my żyjemy bezpiecznie wśród swoich.

Polski King – jeśli dziś zacząłby pisać – nie miałby prawa skorzystać z tego rozwiązania. Mamy swoje potwory i demony, lecz próżno szukać krzepiącej puenty.  Są tylko małe trumny, znicze, które gasną. Taka książka oczywiście mogłaby powstać. Byłaby naprawdę straszna. Problem w tym, że ludzie łakną bezpiecznego strachu. I takiej książki nie kupią.

Brakuje mi Carrie. Jej furii, jej ognia, popiołów po oczyszczeniu.