Amerykański wahadłowiec Discovery odłączył się od Międzynarodowej Stacji Kosmicznej w środę o godzinie 15:53 czasu wschodnioamerykańskiego (20:53 czasu polskiego). Discovery spędził 9 dni, 20 godzin i 10 minut przycumowany do stacji orbitalnej. To mało, bo początkowo misja STS-119 miała trwać całe dwa tygodnie, co miało dać wystarczająco dużo czasu na wykonanie zadania. Jednak przez kłopoty techniczne start był kilkakrotnie przekładany i ostatecznie prom wystartował dopiero 15 marca. Wahadłowiec dostarczył na orbitę nowe panele słoneczne, dzięki którym stacja ma już pełne zasilanie. Prądu jest tak dużo, że na Ziemi starczyło by go dla 42 przeciętnych domów jednorodzinnych. Przy okazji wymieniono także element systemu odzyskiwania czystej, pitnej wody z uryny i powietrza. System, który ma zaopatrywać stację w taką uzdatnioną wodę - nie działał właściwie. Teraz jest podobno lepiej, ale potwierdzą to dopiero badania pobranych próbek. Na pokładzie promu wraca na Ziemię astronautka Sandra Magnus, która spędziła na stacji 129 dni, będąc w kosmosie 134 dni. Zastąpi ją Japończyk Koichi Wakata - to pierwszy raz, kiedy astronauta Japońskiej agencji Kosmicznej JAXA dołącza do załogi stacji kosmicznej na dłużej. Wakata przez kilka dni będzie pracować z członkami misji 18 na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej - Rosjaninem Jurijem Łonczakowem i Amerykaninem Michaelem Fincke. Już w czwartek z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie startuje bowiem kolejna - 19. ekspedycja z dowódcą Rosjaninem Giennadijem Padalką i astronautą NASA Michaelem Barrattem. W rosyjskim Sojuzie jest więc jedno wolne miejsce, które zajmie Charles Simonyi, amerykański miliarder, który za swoją już drugą turystyczną wycieczkę na orbitę zapłacił 35 milionów dolarów. Nowa załoga stacji przybije do niej w sobotę, w tym samym czasie Discovery będzie lądował w USA. Fincke i Łonczakow wraz Charlesem Simonyi'em wrócą na Ziemię. Zaś nowa amerykańsko-japońsko-rosyjska załoga pozostanie na orbicie przez następny kwartał. h.k.