Chociaż jak każdy z nas miałem okazję zobaczyć amerykańskie produkcje i zwrócić uwagę na ogrom ich spiżarni oraz lodówek, nigdy o tym za bardzo nie myślałem. Dopiero gdy kilka lat temu Samsung miał premierę naprawdę ogromnej pralki w Polsce, zrozumiałem, że to był dość ryzykowny ruch i widok powszechny na CES w Las Vegas, ale nie w Berlinie (gdzie odbył się pokaz).
Lodówki z Ameryce pomieszczą o wiele więcej niż w Europie, ale dlaczego tak jest?
Widzieć w telewizji, a zobaczyć na żywo to dwie zupełnie inne rzeczy, dlatego każdy Europejczyk przebywający w przeciętnym, amerykańskim domostwie na pewno byłby zdziwiony widokiem niespodziewanego, metalowego mebla w kuchni lub spiżarni. Problem w tym, że to nie jest jakaś tam wielka szafa, tylko poczciwa lodówka o rozmiarach wcześniej niespotkanych.

Co ciekawe, to spostrzeżenie nie jest w dzisiejszych czasach zarezerowane tylko dla osób, które faktycznie się znalazły po drugiej stronie oceanu i do tego zdziwienie działa w obydwie strony. Często na TikToku można spotkać nagrania zdziwionych Amerykanów podczas wycieczki do Europy, którzy nie rozumieją jak tam można żyć.
Czytaj też: Twoja inteligentna lodówka może zmienić się w cyfrowego zombie. I to wcale nie jest zabawne
Po przeczytaniu komentarzy, wszystko powinno stać się jasnym. Jedna z przyczyn jest bardzo prosta i można ją łatwo rozgryźć po przeanalizowaniu trendów. Europejczycy po prostu mają zupełnie inny “system” robienia zakupów. Nie potrzebują ogromnej lodówki, bo robią zakupy częściej, ale mniejsze niż osoby mieszkające w Stanach Zjednoczonych.
Te liczby mają nawet poparcie w statystykach. Według danych Komisji Europejskiej, domy i mieszkania w Unii mają zazwyczaj sumę około 391 litrów chłodu, czyli zarówno przestrzeni lodówki jak i zamrażarki. Zaś u Amerykanów, taka pojemność to nawet nie jest średni początek. Ten się zaczyna od 498 litrów aż do… 835, czyste szaleństwo! A warto dodać, że w tych statystykach amerykańskich przyzwyczajeń nie uwzględniono drugiej lodówki, która często bywa w garażu.
Większe lodówki to zbawienie, kiedy ma się daleko do sklepu
Taki stan rzeczy wynika z przyzwyczajeń, odległości i struktury handlu. Patrząc na Polskę, jesteśmy przyzwyczajeni do Bidronek, Kauflandów czy Lidlów, a także mniejszych sklepików, które również w miarę rozsądnych cenach zaoferują podstawowe składniki, to chociażby sieć Groszek czy Dino.

Przeciętny Amerykanin nie ma dostępu do takich “Groszków” i podobnych, a jak już są, to nie mają za dobrego zaopatrzenia i są drogie. Ich nogi kierują do hipermarketów i wielkich centr handlowych. Dane mówią, że średnio do takiego punktu, każdy Amerykanin ma prawie 4 kilometry, co jest szalone, gdy sobie pomyślę, że ja mam najbliższą Biedronkę 154 kroki od wejścia do bloku (policzone!). Co bardziej szalone, to tylko statystyka, bo bardziej empiryczne doniesienia mówią o 6 kilometrach.
Takie ogromne centra są często za granicami miasta, więc potrzeba zarówno większego pojazdu jak i gotowości na potężne zakupy, żeby ograniczyć konieczność częstego dojeżdżania. To zaś daje częściowo odpowiedź na ogromne lodówki. Do tego jeszcze warto zauważyć, że przez to aż 14-17 produktów typowych dla koszyka zakupów jest w Ameryce po prostu większych.
Amerykanie są trochę ofiarami swoich dziadków
To nie jest też tak, że mieszkańcy Stanów Zjednoczonych uwielbiają jak jest. Owszem, na pewno są przyzwyczajeni, ale warto pamiętać, że nie zawsze tak było. Lokalne sklepy jak najbardziej istniały i może nawet przybrałyby kształt dzisiejszych, europejskich dyskontów, ale lata 50. i 60. były świadkami boomu na sklepy o wielkiej powierzchni. To wtedy zaczęto właśnie chętniej jeździć do centrów niż korzystać z tego co było pod ręką. Powoli i krótkowzrocznie zabijając tę formę sprzedaży.

Co gorsza ten obraz również się trochę deformuje. Obecnie wiele okręgów walczy z problemem zagospodarowania umierających galerii handlowych. Tych przybywa ze zmieniającym się stylem bycia mieszkańców Stanów Zjednoczonych, coraz więcej rzeczy można zamówić lub zapłacić za usługę typu Door Dash (ktoś robi zakupy za nas). Chociaż podobno światełko w tunelu ma przyjść z nową generacją osób zainteresowanych zakupami osobiście, a niektóre przerabia się na… Malutkie mieszkania.
Kto wie, może w ten sposób z czasem dojdzie do zmiany podejścia. Z odchodzeniem kolejnych wielkich marketów, będzie trzeba tę pustkę jakoś zapełnić i może wejdzie model europejski? Póki co faktem pozostaje, że lodówki na naszym kontynencie urosły niewiele, o kilka procent, uzyskanych nowymi technologiami chłodzącymi, zaś w Ameryce o kilkadziesiąt litrów. Na razie nie zapowiada się na szybką zmianę przyzwyczajeń.
Źródło: slashgear
