Dlatego Kona El Kahuna wydaje mi się ciekawa z zupełnie innego powodu. Jej największą zaletą może być zwyczajność rozumiana w najlepszym sensie tego słowa. Można pojechać nią rano do pracy, po południu wstąpić po zakupy, a w sobotę zniknąć na kilka godzin w lesie. Rower za ponad 20 tysięcy złotych nadal brzmi jak poważny wydatek, lecz przynajmniej ktoś pomyślał, żeby dało się korzystać z niego częściej niż podczas kilku ambitnych weekendów w roku.
Górski rodowód został, ale ekstremalne ambicje gdzieś odjechały
El Kahuna bazuje na aluminiowej ramie i 29-calowych kołach, więc wizualnie nadal mocno przypomina klasycznego hardtaila MTB. Z przodu pracuje powietrzny RockShox Recon Gold o skoku 100 mm. Tyle wystarczy na korzenie, dziury, szutry i leśne dukty, ale konfiguracja nie sugeruje sprzętu projektowanego przede wszystkim do efektownych zjazdów.
Sporo mówi już wybór opon Schwalbe G-One Allround 29 x 2,25 cala. To ogumienie znacznie bliższe uniwersalnej jeździe niż typowym, mocno terenowym oponom spotykanym w elektrycznych rowerach górskich. Do kompletu dochodzi 10-rzędowy Microshift Advent X z kasetą 11-48. Nie ma tu wyścigu na liczbę przełożeń. Jest szeroki zakres, który powinien wystarczyć zarówno na asfalt, jak i podjazdy poza miastem.

Mam wrażenie, że właśnie taki rozsądek coraz lepiej pasuje do rynku e-bike’ów. Wielu użytkowników nie potrzebuje roweru wyspecjalizowanego tak mocno, że każde odstępstwo od jego naturalnego środowiska zaczyna być kompromisem. Znacznie bardziej kuszący jest sprzęt, którego nie trzeba wybierać pod konkretny plan dnia.
Bosch pomaga także wtedy, gdy kończy się asfalt
W europejskiej wersji zastosowano silnik Bosch Performance Line ze wspomaganiem działającym do 25 km/h. Energię przechowuje umieszczony w ramie akumulator PowerTube o pojemności 625 Wh, a podstawowe informacje podczas jazdy pokazuje wyświetlacz Intuvia 100.
Sam moment obrotowy silnika przestaje być jedynym parametrem, którym można pochwalić się przy kawie po przejażdżce. Liczy się płynność wspomagania, integracja całego systemu oraz to, czy cięższy rower rzeczywiście pozostaje przyjemny podczas zwyczajnej jazdy.
Akumulator 625 Wh także wygląda rozsądnie w sprzęcie o takim przeznaczeniu. Ogromna bateria oznacza większy zasięg, ale również dodatkową masę. El Kahuna ma przecież poruszać się pomiędzy miastem, szutrem i lekkim terenem, a nie przygotowywać właściciela do rowerowej wyprawy przez pół kontynentu.

Bagażnik i błotniki mówią o tym rowerze więcej niż kilka watów
W specyfikacji znalazł się zestaw, który jeszcze niedawno w rowerze kojarzącym się z MTB wyglądałby niemal podejrzanie praktycznie. Kona seryjnie montuje tylny bagażnik, pełne błotniki, przednie i tylne oświetlenie Lezyne oraz podpórkę. Jest również regulowana sztyca TranzX, której skok zależy od rozmiaru ramy.
Bagażnik sprawia, że można założyć sakwy. Błotniki oznaczają, że pierwsza kałuża nie musi kończyć się praniem całego ubrania. Lampy nie wymagają pamiętania o osobnych akcesoriach. Podpórka przestaje wydawać się profanacją sportowego roweru, kiedy trzeba postawić ciężkiego elektryka pod sklepem.

Za hamowanie odpowiadają czterotłoczkowe zaciski Tektro Gemini M530 współpracujące z tarczami 180 mm z przodu i z tyłu. Przy rowerze elektrycznym, dodatkowej masie napędu oraz potencjalnym bagażu takie rozwiązanie zdecydowanie ma sens.
Cena szybko sprowadza plany na ziemię
W europejskim sklepie Kona El Kahuna została wyceniona na 4999 euro, czyli około 21 540 zł. To już poziom, przy którym trudno traktować zakup jako spontaniczną zachciankę na kilka weekendów.

Z drugiej strony właśnie przy takiej cenie wszechstronność zaczyna mieć znaczenie. Kupowanie bardzo drogiego roweru, który przez pięć dni stoi w garażu i czeka na odpowiednią trasę, nigdy szczególnie mnie nie przekonywało. El Kahuna ma większą szansę stać się normalnym środkiem transportu. Można zamontować sakwy, dojeżdżać do pracy, ruszyć na dłuższą wycieczkę i bez stresu skręcić z asfaltu na leśną drogę.
Oczywiście specjalista zawsze znajdzie lepszy sprzęt do konkretnego zadania. Lekki gravel będzie szybszy na szosie, miejski elektryk wygodniejszy podczas krótkich dojazdów, a pełnoprawne e-MTB poradzi sobie lepiej na trudnym szlaku. Tyle że większość naszego życia odbywa się gdzieś pomiędzy tymi idealnie opisanymi kategoriami.
Kona najwyraźniej też to zauważyła. I gdybym miała wskazać kierunek, który może przekonać do elektrycznych rowerów osoby zmęczone wybieraniem pomiędzy kilkoma skrajnościami, właśnie takie konstrukcje wydają mi się znacznie bardziej sensowne. Jeden rower w garażu, za to używany naprawdę często.
