Andover-One DD jest najbardziej zaawansowanym klasycznym gramofonem tej amerykańskiej marki. Ma napęd bezpośredni, karbonowe ramię, fabrycznie zamontowaną wkładkę Audio-Technica i półautomatyczną obsługę. Kosztuje 999 dolarów, czyli około 3890 zł. Nadal jest sprzętem dla osób poważnie zainteresowanych płytami, ale kilka najbardziej irytujących rytuałów bierze na siebie.
Napęd bezpośredni wraca tu w bardzo klasycznej roli
Skrót DD oznacza Direct Drive. Silnik bezpośrednio obraca talerz, bez paska przenoszącego napęd. Takie rozwiązanie od dawna kojarzy się z dużą stabilnością obrotów, szybkim startem i trwałością, choć przez lata część audiofilskiego świata chętniej spoglądała w stronę konstrukcji paskowych.

Andover wykorzystuje silnik z cyfrową kontrolą prędkości. Gramofon obsługuje 33 1/3, 45 oraz 78 obr./min, więc poza typowymi albumami i singlami pozwoli też sięgnąć po starsze płyty szelakowe. Deklarowana dokładność prędkości mieści się w granicach 0,2%, a wow & flutter ma pozostawać poniżej 0,15%.
Sam talerz wykonano z odlewanego aluminium i dodatkowo wytłumiono. Całość spoczywa na masywnej podstawie z MDF oraz stopkach pochłaniających drgania.
To rozwiązania znane z konstrukcji, w których walka nie toczy się o kolejną funkcję w aplikacji, lecz o to, żeby igła możliwie spokojnie śledziła rowek płyty.
Karbonowe ramię zostawia sporo miejsca na późniejsze eksperymenty
Andover-One DD otrzymał proste, 8,8-calowe ramię z włókna węglowego. Można regulować nacisk igły, anti-skating oraz VTA, czyli wysokość ramienia wpływającą na kąt, pod jakim igła trafia w rowek.

Do tego dochodzi zdejmowana aluminiowa główka w standardzie SME. Jeśli właściciel po pewnym czasie zechce zmienić wkładkę albo przygotować drugi zestaw do innych płyt, konstrukcja mu tego nie utrudnia.
Na początek producent montuje Audio-Technica AT-VM520xEB. To wkładka MM z czterema cewkami, która sama kosztuje około 109 dolarów. Nie jest więc przypadkowym elementem dodanym tylko po to, żeby gramofon dało się uruchomić po wyjęciu z pudełka.
Mam wrażenie, że właśnie tutaj Andover dobrze ustawia granicę. Początkujący dostaje kompletny zestaw, a bardziej zaawansowany użytkownik nadal może regulować, wymieniać i ulepszać poszczególne elementy.
Płyta się skończy i gramofon sam o tym wie
Najbardziej codzienna funkcja może być zarazem jedną z najbardziej lubianych. Andover-One DD automatycznie rozpoczyna obracanie talerza, a po zakończeniu płyty zatrzymuje go bez mechanicznego kontaktu z ramieniem.

To nadal gramofon, na którym ręcznie opuszczamy igłę. Nie wykonuje całego procesu za użytkownika. Znika jednak sytuacja, w której po ostatnim utworze igła przez kolejne kilkanaście minut bez sensu krąży po końcowym rowku, bo właściciel zasnął na kanapie albo wyszedł do innego pokoju.
Dla części purystów automatyka w sprzęcie audio zawsze będzie czymś podejrzanym. Mnie trudno uznać konieczność biegania do gramofonu po zakończeniu albumu za szczególnie wartościowy element analogowego doświadczenia.
Co ważne, system działa optycznie, więc nie ma dodawać ramieniu mechanicznego oporu podczas odtwarzania.
Można zbudować klasyczne stereo albo postawić wszystko na sobie
Andover-One DD jest pełnoprawnym komponentem przeznaczonym do tradycyjnego zestawu hi-fi. Można więc dobrać własny przedwzmacniacz gramofonowy, wzmacniacz i kolumny.

Marka proponuje jednak również drugą drogę. Gramofon został wymiarowo dopasowany do Andover-One SB – systemu głośnikowego zaprojektowanego tak, aby stał bezpośrednio pod nim. Taka baza kosztuje 1 099 dolarów, czyli około 4 280 zł.
To charakterystyczne podejście Andover Audio. Firma od lat próbuje rozwiązać jeden z podstawowych problemów kompaktowych systemów winylowych – głośniki generują drgania, a gramofon drgań zdecydowanie nie lubi. W swoich zintegrowanych konstrukcjach marka korzysta więc z odpowiedniego usztywnienia obudowy i elektronicznej kontroli rezonansów.
Nowy DD daje więcej swobody. Kto chce tradycyjnego systemu, może budować go po swojemu. Kto nie ma ochoty rozstawiać kilku urządzeń i prowadzić przewodów przez pół salonu, może dobrać firmową bazę.
Za około 3 890 zł nadal kupujemy gramofon, a nie styl życia
Andover-One DD kosztuje 999 dolarów, czyli około 3 890 zł, i początkowo trafia na rynek amerykański. Wysyłka pierwszych egzemplarzy ma rozpocząć się w tygodniu zaczynającym się 5 października. Polski cennik nie został na razie podany.

To sporo pieniędzy, zwłaszcza że na rynku bez problemu znajdziemy dobre gramofony za połowę tej kwoty. Tutaj płaci się jednak za bardziej zaawansowany napęd, regulowane karbonowe ramię, przyzwoitą wkładkę w standardzie i konstrukcję, która zostawia możliwość dalszej rozbudowy.
Andover nie buduje wokół obsługi gramofonu sztucznej bariery wejścia. Można zainteresować się regulacją VTA, wymieniać wkładki i porównywać przedwzmacniacze. Można też założyć płytę, opuścić ramię i usiąść.
Winyl wymaga już wystarczająco dużo uwagi sam z siebie. Trzeba wybrać album, wyciągnąć go z okładki i po około 20 minutach wstać, żeby zmienić stronę. Cała reszta naprawdę nie musi być egzaminem z mechaniki precyzyjnej.
