Mam wobec tego zjawiska dość mieszane uczucia. Z jednej strony wydaje się trochę smutne, że zwyczajna możliwość poznania przyjaciela stała się kolejną usługą sprzedawaną w aplikacji. Z drugiej trudno mi śmiać się z ludzi, którzy z niej korzystają. Dorosłe życie potrafi być przecież wyjątkowo skutecznym urządzeniem do rozmontowywania znajomości.
Algorytm znajdzie ci ludzi na kolację
Dobrym przykładem jest Timeleft. Usługa działa dziś także w Polsce, między innymi w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu. Użytkownik wypełnia kwestionariusz, wybiera termin, a system dobiera grupę obcych osób i organizuje spotkanie. Można pójść razem na kolację, drinka albo pobiegać. Firma zajmuje się miejscem i składem grupy. Człowiek ma przede wszystkim przyjść.
Podobnych pomysłów przybywa. 222 organizuje dopasowywane spotkania grupowe, od kolacji po zajęcia i wydarzenia, wykorzystując przy tym dane z ankiet oraz algorytmy. W ciągu roku usługa rozszerzyła działalność z kilku do kilkunastu miast. Obok niej funkcjonują Bumble BFF, Meetup i kolejne platformy próbujące zrobić z poznawaniem znajomych coś bardziej przewidywalnego niż liczenie na przypadek.
Właśnie ta przewidywalność wydaje mi się kluczowa. Dorosły człowiek ma kalendarz, pracę, obowiązki, czasem dzieci, partnera, psa, dojazdy i trzy zaległe sprawy na wczoraj. Perspektywa chodzenia przez pół roku w przypadkowe miejsca z nadzieją, że kiedyś spotka tam bratnią duszę, brzmi jak projekt wymagający zaskakująco dużej ilości wolnego czasu. Aplikacja obiecuje skrót: oto dzień, godzina, stolik i pięcioro ludzi, którzy również przyszli po znajomość.
Romantyzmu niewiele. Efektywność całkiem kusząca.

Problem zaczyna się dużo wcześniej niż przy ekranie telefonu
Łatwo byłoby obwinić za wszystko media społecznościowe. Siedzimy z nosami w telefonach, więc przestaliśmy ze sobą rozmawiać – diagnoza gotowa. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.
W dorosłości kurczą się przede wszystkim miejsca, w których relacje kiedyś powstawały przy okazji. Szkoła i studia zmuszały nas do wielokrotnego spotykania tych samych osób. Przez kilka lat człowiek widział koleżankę z ławki niemal codziennie. Nie trzeba było instalować aplikacji, przechodzić testu osobowości ani wpisywać zainteresowań. Wystarczało być tam ponownie jutro.
Później zaczyna się migracja. Ktoś wyjeżdża do innego miasta, ktoś zakłada rodzinę, zmienia pracę albo zaczyna pracować z domu. Nawet dobrzy znajomi potrafią mieszkać godzinę drogi od siebie i przez dwa miesiące bezskutecznie ustalać termin kawy.
A przyjaźń potrzebuje czasu. Badania nad powstawaniem relacji wskazują, że dojście od znajomości do bliskiej przyjaźni może wymagać ponad 200 godzin spędzonych razem. Problem dorosłych brzmi więc czasem banalnie: gdzie właściwie mamy zebrać te 200 godzin?

Samotność dostała własny rynek
Kiedy pojawia się powszechna potrzeba, rynek zwykle dość szybko znajduje sposób, żeby wystawić jej rachunek.
Organizowane wydarzenia dla osób szukających przyjaciół pojawiają się coraz częściej, a uczestnicy płacą właśnie za to, że ktoś usunął największą barierę – konieczność samodzielnego podejścia do obcej osoby i rozpoczęcia rozmowy. Na takim spotkaniu nikt nie musi się zastanawiać, czy wypada zagadać. Wszyscy przyszli w tym samym celu.
Jeszcze wyraźniej widać to w Chinach, gdzie rozwija się cała gospodarka płatnego towarzystwa. Można wynająć osobę do wspólnego trekkingu, zwiedzania czy jedzenia. Według szacunków przywoływanych przez Reutersa tamtejszy rynek takich usług miał być wart około 50 miliardów juanów w 2025 roku.
Na pierwszy rzut oka brzmi to jak ponury dowcip o późnym kapitalizmie: najpierw zabrakło nam czasu na ludzi, a później zaczęliśmy płacić komuś za dostarczenie ludzi.
Tyle że problem, który napędza te biznesy, jest całkiem realny. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że samotności doświadcza około jedna na sześć osób na świecie. Wśród młodych ludzi skala jest jeszcze większa. WHO podkreśla też związek izolacji społecznej z gorszym zdrowiem fizycznym i psychicznym.
Być może płacimy za coś, co kiedyś dostawaliśmy gratis
I chyba właśnie to pozostawia we mnie największy dyskomfort.
Nie sam fakt, że ktoś kupuje bilet na kolację z obcymi ludźmi. Sama chętnie wyobrażam sobie sytuację, w której po przeprowadzce do nowego miasta takie spotkanie byłoby dużo przyjemniejsze niż spędzenie kolejnego wieczoru przed serialem.
Bardziej zastanawia mnie, dlaczego podobna usługa w ogóle stała się potrzebna.

Przez lata budowaliśmy życie wygodniejsze, bardziej indywidualne i wydajniejsze. Zakupy przyjeżdżają pod drzwi. Pracować można z sypialni. Film włączamy bez wychodzenia z domu. Jedzenie pojawia się po kilku kliknięciach. Wiele drobnych kontaktów z innymi ludźmi udało się skutecznie usunąć z codzienności.
Tylko że te niewygodne, przypadkowe kontakty miały pewną zaletę. Czasem zamieniały się w relacje.
Płatne aplikacje do poznawania przyjaciół są więc dla mnie mniej ciekawostką technologiczną, a bardziej wskaźnikiem tego, jak zmieniło się nasze życie. Skoro jesteśmy gotowi zapłacić za stolik pełen obcych ludzi, najwyraźniej zaczęło nam brakować czegoś bardzo podstawowego.
I paradoksalnie być może te aplikacje spełniają dziś funkcję dawnego osiedlowego podwórka, klubu, uczelni czy stałej kawiarni. Tworzą pretekst, żeby pojawić się w tym samym miejscu co inni ludzie.
Tyle że za wejście na to nowe podwórko trzeba już mieć rezerwację.
