Potężny tyranozaur przyczaił się koło spożywczaka. Ogonem zmiótł połowę parkingu, a tylnymi łapami wdepnął w kasy. Choć w mezozoiku żyło kilka większych od niego gadów, to ten egzemplarz i tak wyglądał na giganta. Powoli, po pazurze i przez łydkę skierowałem się do wnętrza gada. Schodami przez spasiony brzuch i metalową klatkę schodową przez klatkę piersiową doszedłem do platformy na wysokości mostka. Stamtąd zobaczyłem pysk gada od środka – uzbrojony w setkę zębów długości mojego przedramienia. Wyszedłem prędko na ostatnią prostą, by trzymając się kurczowo żuchwy znaleźć się wreszcie w paszczy gada. Precyzyjnie rzecz ujmując, stałem w pysku największego na świecie modelu zrobionej ze stali i włókna szklanego powiększonej repliki największego zabijaki z okresu kredowego – sławetnego Tyrannosaurus rexa. I z wysokości prawie 30 metrów podziwiałem miasteczko Drumheller w kanadyjskim stanie Alberta, ojczyznę jego wysokości tyranozaura.

Ta miejscowość oszalała na punkcie dinozaurów. Wielkiemu gadowi w centrum miasta towarzyszy kilka pomniejszych rozsianych po całym placu. Znajdująca się nieopodal miejska fontanna też jest w kształcie gadów. Kilkadziesiąt innych sporych dinozaurów upiększa trawniki i miejskie parkingi. Są niebieskie przypominające postacie z „Avatara”, są nakrapiane jak dalmatyńczyki, są dinozaury łaszące się i łagodne oraz jaszczury groźne (przed posterunkiem policji). Kilkanaście sklepów z dinozaurowymi pamiątkami i kilka wielkich graffiti ze scenami z mezozoiku dopełnia obrazu tego miasta leżącego na głębokiej prowincji Kanady – między poszarpanymi Górami Skalistymi a płaską prerią. Najważniejsze miejsca znajdują się jednak na obrzeżach Drumheller – to najwspanialsze na świecie muzeum tych gadów Royal Tyrrell Museum of Paleontology, oraz otaczające miasto kaniony Prowincjonalnego Parku Dinozaurów. Te ostatnie ze względu na wyjątkowy krajobraz i gigantyczną wręcz wartość dla paleontologii wpisano w 1979 roku na listę skarbów kultury UNESCO.

Gady obrastają w piórka

Romans miejsca, w którym dziś leży Drumheller, z dinozaurami rozpoczął się jakieś 75 mln lat temu. Dla prehistorycznych zwierząt była to złota era. Czasy gorące, wilgotne, obfite w pożywienie. Dinozaury pasły się na sawannach, ewolucja pozwoliła niektórym oderwać się od ziemi, inne wyposażyła w łuski i płetwy – niezbędne do opanowania morskich głębin. Ssaki mieszkały wówczas w norach i były wielkości myszy. Kosmiczna zagłada, która wymaże dinozaury z księgi życia, miała nastąpić dopiero 10 milionów lat później. Szczątki zwierząt, które wówczas wymarły, spoczęły w piasku i błocie pod delikatnymi warstwami drobniutkich osadów.

Przez kolejne miliony lat między kośćmi dinozaurów i otaczającym je materiałem skalnym zachodziła wymiana pierwiastków. Dzięki handlowi „atom za atom” doskonale zachowane kształty kości, zarysy ciał, odciski piór i ślady ich tropów nabrały twardości kamienia. Leżałyby jednak zagrzebane setki metrów pod obsianymi dziś kukurydzą preriami, gdyby nie fakt, że warstwy osadów, które z czasem przykryły ślady gadziego eldorado, były mniej trwałe niż te sprzed 75 mln lat. Każdy deszcz i śnieżyca, każde wiosenne roztopy żłobiły w piaszczystych warstwach coraz głębsze kaniony. Powstawały fantastyczne kształty – ostre, poszarpane, pełne zakamarków. Gdzieniegdzie przypominały wielkie grzyby – kiedy słupy miękkiego piaskowca utrzymywały na szczycie twardy głaz, niczym szeroki parasol chroniący wątłą nogę przed erozyjnym wpływem wody. I tak rok za rokiem, milimetr po milimetrze natura sama otwierała przed człowiekiem zapis paleontologicznej przeszłości planety.

Złych ziem dobre owoce

Pierwsi na wystające spod piasków tajemnicze szczątki natknęli się rdzenni mieszkańcy Alberty („Pierwsze Narody” – jak to w zgodzie z polityczną poprawnością określa się teraz w Kanadzie „Indian”). Uznawali je za szczątki gigantycznych przodków bizonów. Wierzyli, że ziemie te były jednym wielkim cmentarzem tych zwierząt, a słupy piaskowca z czapami, które nazywali Hoodoo, strzegły duchów bizonów i prastarych zwierząt.

Europejczycy przybyli tu w 1743 r. i nie mieli w sobie krzty zrozumienia dla licznych historii o duchach bizonów. Pierwsi podróżnicy François i Louis Joseph de la Verendrye z Francji – pragmatyczni do bólu – uznawszy po prostu, że ziemie te nie nadają się do uprawy, nadali im nazwę „les mauvaises terres”: złe ziemie. Termin się przyjął i dziś dawny raj mezozoicznych gadów nazywany jest powszechnie „badlands”.