Ewa Pągowska: Czy neurochirurg musi być odważny?

prof. Mirosław Ząbek: W pewnym sensie tak, ale ta odwaga musi być równoważona odpowiedzialnością. W przeciwnym wypadku jest to zwykła brawura. Neurochirurg musi umieć ocenić szanse powodzenia operacji i jej konsekwencje. Specyfiką naszej specjalizacji jest to, że nie ma małych powikłań. Jeśli podczas zabiegu wystąpią komplikacje, mózg zareaguje pełną gamą możliwych powikłań. Musimy być na to przygotowani, bo jeśli np. pęknie jakieś naczynie i my je skoagulujemy, czyli zamkniemy, to fragment mózgu, który był przez nie zaopatrywany, umrze.

Trzeba także pamiętać, że ryzyko związane z zabiegiem nie może być dla pacjenta większe niż to, jakie wynika z naturalnego przebiegu choroby. To jest też kwestia wyobraźni i umiejętności zidentyfikowania się z pacjentem. Nie tylko zobaczenia chorego, którego guz znajduje się np. w jakiejś bardzo istotnej dla funkcjonowania mózgu okolicy, ale dostrzeżenia człowieka, który może stracić mowę albo mieć niedowład po operacji. Zobaczenia jego otoczenia, domu, w którym on będzie musiał potem się odnaleźć. Neurochirurg musi więc mieć w sobie coś z duszy samuraja, ale nie może kierować się jedynie odwagą. Kiedy ja słyszę jak neurochirurg mówi: „Zaryzykuję! Podejmę się tej operacji!”, myślę: „Na miłość boską, a co ten lekarz ryzykuje?!” Rozumiem, że jeśli podejmie się tej operacji i wystąpią komplikacje np. niedowład, to on zostanie kaleką, a nie pacjent? Bo tylko wtedy on rzeczywiście ryzykuje. Na pewno brawurą jest też podejście: „O, jest pacjent, który wymaga operacji nerwu trójdzielnego. Nigdy tego nie robiłem, więc chętnie się podejmę”.

Trudno jednak mieć pretensje do lekarza, że podejmuje się jakiejś operacji po raz pierwszy.

- Oczywiście. Chirurdzy są ludźmi ambitnymi, chcieliby się rozwijać, a miarą rozwoju w tym zawodzie jest poziom trudności wykonywanych operacji. Natomiast wszelkie akty chirurgiczne, nawet te najbardziej skomplikowane i wykonywane po raz pierwszy, nie są brawurą, jeśli lekarz jest do nich emocjonalnie przygotowany – do tego, co chce zrobić, do operacji, zdarzeń śródoperacyjnych, które mogą wystąpić, szybkości podejmowania decyzji.

Jak się ocenia tę gotowość emocjonalną?

- To jest także zadanie dla mistrza, lekarza, który prowadzi tego chirurga. Mistrz powinien być jak mądry rodzic. Nie chodzi o to, żeby pouczał, wprowadzał zakazy i nakazy, ale by miał nadzór, obserwował i analizował to, czy ten człowiek już dojrzał, żeby ponieść odpowiedzialność za pacjenta.

Ale chyba człowiek, który podejmuje się przeprowadzenia jakiejś operacji po raz pierwszy, też musi umieć stwierdzić, czy ma już w sobie tę gotowość. Co panu w tym pomagało?

- Ciężko to powiedzieć, bo ta gotowość jest trudna do zmierzenia, zwłaszcza u samego siebie. Budowałem ją, bardzo intensywnie przygotowując się do tego, co mam zrobić. Asystowałem przy operacjach, wykonywałem dziesiątki podobnych. Jechałem do prosektorium w zakładzie anatomii prawidłowej i robiłem na zwłokach zabieg, który miałem
potem wykonać u chorego, żeby mniej więcej wiedzieć, z jaką skalą trudności mogę się w tym przypadku spotkać. Żeby potem, kiedy będę wykonywać jakąś operację po
raz pierwszy, wszystko przebiegało tak, jakbym robił to po raz pięćdziesiąty czy setny.

Rozumiem, że takie przygotowanie do operacji nie jest standardem.

- No nie, nie jest. Wymaga dużego zaangażowania i pewnej pozycji, żeby cię wpuścili do prosektorium i pozwolili tam pracować. Ja już na drugim roku studiów byłem w kółku
anatomicznym. Przygotowywaliśmy preparaty, dyskutowaliśmy, uczyliśmy się. Ważne dla mnie było budowanie dobrej relacji z pacjentem, okazanie mu szacunku, wzbudzenie zaufania. Zawsze kiedy szedłem do szpitala czy kliniki, byłem w marynarce i krawacie. Ja wiem, że każdy ma prawo ubierać się tak, jak chce i nie jestem pewien, czy można ubiór uznać za miarę odpowiedzialnego podejścia do zawodu lekarza, ale wtedy przyjście do pacjenta w sportowych butach, wytartych dżinsach, z wiszącym paskiem i powiedzenie: „Jestem studentem medycyny i muszę panu nerkę zbadać, opukać pana, ostukać” wydawało mi się nieodpowiedzialne.