Nigdy nie robiła kożuchów. Nie wie, jak barania skóra się zachowuje, jak się ją zszywa, jakie są na nią sposoby. „Ale właśnie taka terra incognita najmocniej mnie kręci” – mówi Joanna Klimas, jedna z najbardziej znanych polskich projektantek mody. W swojej wzorcowni stoi z najbliższymi pracownikami i układa na manekinie skórę. Na razie ma pomysł. Próbuje go przekazać konstruktorom kuśnierzom. „Oni wiedzą o kożuchach wszystko, ja nic” – przyznaje. Szybko studzą jej zapał. Że tak się nie da, że nie zadziała, a tak to już było. „Było, ale inaczej. Gdy się odwróci w tę stronę…” – pokazuje Klimas. I nagle okazuje się, że wciąż można wykombinować coś nowego. Pojawia się kolejny pomysł. I następny. Jest koniec lipca. Kożuchy z metką „Joanna Klimas” pojawią się na rynku trzy miesiące później, jesienią 2012 roku. 

Wiosną 1994 roku też zaczęło się od upinania materiału na manekinie. Joanna Klimas, wówczas psycholog i psychoterapeutka związana z Laboratorium Psychoedukacji, za namową bliskich przejęła niewielką firmę konfekcyjną z warszawskiego Targówka. Miała zorganizować pracę szwalni, postawić firmę na nogi. Tyle że o branży odzieżowej nie miała pojęcia. Dzwoniła więc na chybił trafił do konkurencji i pytała o to, co to jest „akord” i jak się wycenia pracę szwaczek. No i skąd wziąć dobrego projektanta. Na rozmowę o pracę przyszło nawet kilka osób, ale nikomu się na Targówku nie spodobało. Spróbowała więc sama. Na początek – upinać tkaninę. Jej poczynania obserwowało kilkadziesiąt osób zatrudnionych w szwalni. „I pękały ze śmiechu” – wspomina Klimas. Że ktoś zupełnie bez doświadczenia bierze się za projektowanie, no i że to, co wychodzi, jest takie skromne, mało spektakularne, zupełnie obok tego, co nosi ulica. Żakiet przy ciele i bez poduszek na ramionach? „Jakie to szare, niech pani doda jakiś kolor, jaką lamóweczkę” – radziła w dobrej wierze sklepowa. Ale Klimas wiedziała, że nie trzeba dorzucać, przeciwnie, należy odejmować. W modzie nadchodził minimalizm, który ona podświadomie wyczuwała. Kilka miesięcy później jej rzeczy zaczęły się pojawiać w najważniejszych magazynach modowych. Polki szukały czegoś nowego, świeżego i zakochały się w prostych ubraniach Klimas. Stała się najważniejszą polską projektantką. „Tak naprawdę jedyną, która się liczyła. Dopiero potem zjawili się Baczyńska, Zień, Woliński, Paprocki i Brzozowski, Ossoliński… Przy czym oni stawiali na wieczorowe stroje, a Joanna szyła ubrania na co dzień” – mówi Krzysztof Łoszewski, stylista i dziennikarz modowy, wieloletni przyjaciel Klimas.

Groza Zary

Dlaczego więc w 2000 r. Joanna Klimas zamknęła firmę? Powodów było kilka. Sklepy zalegały z płatnościami, czynsz na coraz modniejszej Burakowskiej w Warszawie rósł, nadchodził kryzys. Nie umiała swoich rzeczy sprzedawać, nie była (i – jak twierdzi – wciąż nie jest) dobrym handlowcem. No i pojawiły się sieciówki, czyli Zara, H&M. Oferowały – tak jak ona – casual, czyli codzienne marynarki, spodnie, bluzki, tyle że za dużo niższą cenę. „Zara budziła grozę – także w Paryżu, Londynie, Mediolanie. Bo jak to możliwe, że żakiet kosztuje 130 złotych, skoro za sam materiał trzeba zapłacić 200?” – pyta Klimas. I zaraz dodaje: „W sieciówkach widziałam jednak dla siebie szansę. Bo to one wychowywały mi przyszłe klientki”.

Zamykając firmę, wcale nie była jednak pewna, czy wróci do projektowania. Na problemy zawodowe nałożyły się osobiste. „To był chyba najtrudniejszy moment w jej życiu. A jednak nie mówiła o tym dużo, starała się mnie chronić, nie obciążać. Mieszkałam wtedy w Nowym Jorku i prawie codziennie byłyśmy na Skypie. Zresztą mnie pochłaniały moje nastoletnie dramaty” – mówi Natalia Klimas, córka, dziś prawa ręka projektantki. Wkrótce Tunia, bo tak Natalię nazywają jej bliscy, pojechała na studia aktorskie do Nowego Jorku.

Joanna po zamknięciu firmy zrobiła kostiumy do dwóch oper. Zaczęła malować, chodziła na zajęcia z historii sztuki. „Świat magazynów kolorowych, pokazów, sesji, stylistów ją rozczarował. Zaskakująco mało rozmawialiśmy o modzie, choć przecież byliśmy z jednej branży, fascynowało nas to samo. Myślę, że samej sobie zabraniała mówić o projektowaniu. Narzuciła sobie taką wewnętrzną dyscyplinę. Poza tym jest tyle rzeczy, które ją interesują i których zawsze chciała się nauczyć, że tematu właściwie nie było” – wspomina Krzysztof Łoszewski.

Ślub na początek

Ale cały czas myślała o powrocie. W 2008 roku znalazła wspólnika, który zainwestował pieniądze. Potem miejsce przy Nowolipkach 2 w Warszawie. Wysokie, świetnie nadające się na dwupoziomowe atelier, a także na kawiarnię i czytelnię, bo na miejscu można przejrzeć czasopisma i książki art&fashion. „Zawsze uważałam, że moda jest częścią kultury. I aby zrozumieć tę pierwszą, trzeba się zagłębić w tę drugą. W Polsce ubrania to wciąż błahostka, nad którą intelektualistki nie powinny się w ogóle pochylać. Błąd” – tłumaczy.

Wystartowała z sukniami ślubnymi. Z jednej strony to pewniak, bo zainteresowanie tym strojem było, jest i będzie, a kobiety są w stanie wydać na niego naprawdę dużo. Z drugiej jednak pewnego rodzaju żart, prowokacja. Bo Joanna Klimas nikomu nie kojarzyła się z tzw. wieczorem, galą ani tym bardziej weselem. „Sama nie miała ani jednej wieczorowej sukienki. Pamiętam, że odkryła to, gdy wybieraliśmy się wspólnie na sylwestra. Błyskawicznie coś sobie uszyła. Oczywiście była to suknia w jej stylu – bez ozdóbek, niepodkreślająca w tani sposób kobiecości” – opowiada Łoszewski. 

Czy przez lata nieobecności na rynku zmieniła się jako projektantka? Z pewnością zmieniła się jej klientela. I nie chodzi tylko o wiek (jej ubrania zaczęły nosić także kobiety po pięćdziesiątce) i zamożność (marka pozycjonuje się dziś znacznie wyżej niż w latach 90., czyli mówiąc wprost – zdrożała; na przykład bluzka wisząca dziś w atelier kosztuje 1380 zł, sukienka – 3 tys. zł, skórzana kurtka – 3 tys. zł). Chodzi także o bezpośrednie relacje, bo Joanna Klimas zaczęła szyć na indywidualne zamówienie. Nie tylko stroje na specjalne okazje. Umawia się także na tzw. tworzenie szafy: żakietów, spodni, bluzek, które są podstawą codziennej garderoby. „Klientka, która do mnie przychodzi, wie z grubsza, czego może się spodziewać. Ale tak czy siak musi zadziałać chemia, musimy zacząć nadawać na tych samych falach” – mówi Klimas. Relacja klientki z projektantką przypomina tę znaną jej z terapii. Trzeba zdobyć zaufanie, liczyć się z tym, że w każdej chwili możemy się rozstać. „Być tu i teraz, zaakceptować się takim, jakim się jest, a potem zrobić krok do przodu. Uwielbiam moment, w którym moje klientki zaczynają się zmieniać” – opowiada z błyskiem w oku Klimas. 

Kolejną zmianą  jest zmniejszenie personelu. Zamiast po-nad czterdziestu osób, które w żaden sposób nie czuły się związane z firmą (a tak było właśnie w przypadku szwaczek w latach 90., które brały wielotygodniowe zwolnienia, by dorabiać do etatów na bazarach), kilka tych najbardziej potrzebnych, zaufanych, twórczych. I czujących, że tworzą coś razem, że grają do jednej bramki. „Po powrocie ze Stanów mówiłam mamie, że skoro jest szefową, powinna bardziej podkreślać w firmie hierarchię. Ale ona wiedziała swoje. Daje swoim pracownikom dużo wolności, traktuje ich jak partnerów. Nie oczekuje posłuszeństwa, ale kreatywności. I to działa. Dziś oni traktują tę firmę jak swoją” – przyznaje Natalia. Krzysztof Łoszewski potwierdza, że u Klimas młodzi projektanci rozwijają się, rosną im skrzydła. Doświadczeni krawcy zaczynają szukać nowych rozwiązań. Oni uczą się od niej, ona od nich. „Bez moich ludzi jestem nikim” – podkreśla Klimas.

Joanna Klimas uważnie słucha wszystkich uwag córki. Zwłaszcza jeśli dotyczą marketingu, sprzedaży, a także PR-u, bo w tym Natalia jest dużo od niej lepsza, choć sama nigdy się tego nie uczyła (jest aktorką). „Mama ma bardzo wyrafinowany gust. Uwielbia modę japońską, belgijską. Ja za to wyczuwam lepiej zapotrzebowanie rynku” – przyznaje Natalia. Na przykład zapotrzebowanie na tiszerty. Świetnie skrojone, z dobrego materiału, ciekawe w formie. Albo wprowadzenie pogodniejszych kolorów, dodanie lekkości, kobiecości. „Natalia miała duży wpływ na ostatni, czerwcowy pokaz. To świeża krew w firmie. Kiedy powstaje nowy model i pokazuje go Tuni, a ona mówi »wow«, wiem, że jest dobrze, bo wiem, że to świeże spojrzenie na modę” – przyznaje Joanna Klimas. Ostatnio szukały nowych materiałów. Natalia zachwyciła się czarno-białą pepitką. „A dla mamy to wciąż jest PRL. Tak samo jak krata na koszule, która jej kojarzy się z zaniedbanymi studentami politechniki, a dla mnie jest zabawnym cytatem. Spieramy się, a z tych sporów wychodzi zwykle coś ciekawego” – opowiada Natalia. Kiedyś buntowała się przeciwko modzie, którą tworzyła mama. Dziś widzi w niej mnóstwo możliwości. Joanna nie kryje, że chciałaby, by Natalia więcej czasu poświęcała firmie. Liczy się jednak z tym, że córka ma własne wyzwania zawodowe i musi dzielić czas między „Joannę Klimas” a aktorskie castingi. „Firma jest w tej chwili w uderzeniu. Ostatni pokaz okazał się sukcesem. Mam wrażenia, że tempo nabrało przyspieszenia” – mówi Klimas. 

Syndrom księżniczki

Krzysztof Łoszewski przyznaje, że więź między nimi jest fascynująca. I inspirująca. Ufają sobie. Mogą sobie powiedzieć dużo więcej niż zwykli wspólnicy. „Na przykład to, że nie ma co się obrażać na ludzi, że nie od razu rozumieją jej modę. A mama tak ma. Chciałaby, żeby zachwycili się tak, jak według niej jej ubrania na to zasłużyły. To trochę infantylne, nierealistyczne” – przyznaje Natalia. „To prawda, że mam syndrom księżniczki. Chciałabym być kochana i doceniona przez wszystkich, bez zabiegania o ich uwagę. Bez tego całego PR i marketingu. Dziś wiem, że tak się nie da” – mówi projektantka. 

Czy psychologiczne wykształcenie i praktyka terapeutki miały wpływ na karierę Joanny Klimas? „Zawsze dziwiło mnie, jak bardzo Joanna nie korzysta z tego zaplecza. Innym potrafi dać świetne rady, sobie nie. Bywa niepewna, nawet nieśmiała, za każdym działaniem stoi duży znak zapytania. Jest wobec wszystkiego, co sama robi, bardzo krytyczna. Ale może właśnie ta pozorna słabość jest jej siłą?” – pyta retorycznie Krzysztof Łoszewski. 

Tworzenie wymaga odsłonięcia się przed innymi. Pokazania swoich emocji. „One są ważne. Tak jak ważne jest bycie sobą. I tego nauczyłam się właśnie w pracy terapeutki” – przyznaje Klimas. Wymyślając w 1994 roku nazwę dla firmy, nie wahała się długo. Jej nazwisko było łatwe do wymówienia i zapamiętania, także przez cudzoziemców. Ale co ważniejsze, to ona za nim stała. „Wiedziałam, że pod tym szyldem nie zmuszę się do zrobienia niczego, czego bym się wstydziła. Zawsze chciałam być wierna sobie” – mówi Klimas. 

Anita Szarlik, 2012