Dlatego LightInk od razu zwrówił moją uwagę. To projekt otwartoźródłowego zegarka z ekranem E Ink, zasilaniem słonecznym, łącznością LoRa i GPS-em, który w obecnej wersji ma działać przez około 9–10 miesięcy na akumulatorze 100 mAh. Brzmi jak sprzęt z innej gałęzi ewolucji niż Apple Watch czy Galaxy Watch. I bardzo dobrze. Mam wrażenie, że właśnie takich bocznych odnóg elektronice użytkowej zaczyna brakować.
Smartwatch, który ogranicza się z premedytacją
LightInk nie jest gotowym produktem ze sklepowej półki, lecz rozwijanym od lat projektem Daniela Ansorregui. Powstał z dość prostego pomysłu: stworzyć lekki zegarek na elektronicznym papierze, który będzie zasilany energią słoneczną i potrafi komunikować się przez LoRa. Inspiracją był Watchy, otwarty smartwatch E Ink, ale jego możliwości energetyczne i brak kilku pożądanych funkcji okazały się niewystarczające. Tak narodziła się własna konstrukcja, dużo mocniej podporządkowana oszczędzaniu energii.
Zegarek nie ma akcelerometru, bo ten pobierałby energię, której autor nie chciał tracić. Nie ma też jeszcze aplikacji towarzyszącej, więc trudno patrzeć na LightInk jak na klasyczny smartwatch do powiadomień, treningów i zarządzania całym cyfrowym życiem. Jest bardziej eksperymentalnym zegarkiem użytkowym z kilkoma dodatkowymi kanałami komunikacji niż konkurentem dla masowych urządzeń fitness.
E Ink i słońce zamiast codziennego ładowania
Kluczowy jest ekran. LightInk korzysta z 1,54-calowego monochromatycznego panelu E Ink o rozdzielczości 200 × 200 pikseli. Taki wyświetlacz zużywa energię głównie podczas zmiany obrazu, a potem potrafi utrzymać treść praktycznie bez poboru prądu. Do pokazywania godziny, prostych komunikatów czy podstawowych informacji nadaje się więc znakomicie. W ostrym świetle słonecznym jest czytelny, a na potrzeby ciemności konstrukcja przewiduje podświetlenie.
Sam ekran nie wystarczyłby jednak do tak długiej pracy. Autor projektu mocno zoptymalizował elektronikę i oprogramowanie. Zegarek wykorzystuje specjalny tryb wybudzania, dzięki któremu potrafi uruchomić niezbędny fragment kodu, zaktualizować dane na ekranie i wrócić do głębokiego uśpienia w czasie krótszym niż 1 ms. Właśnie to pozwoliło zejść z poborem energii tak nisko, że mowa jest o 6–10 miesiącach pracy na akumulatorze 100 mAh, a w dopracowanej wersji autor raportował około dziewięciu miesięcy realnego działania.
Do tego dochodzi panel słoneczny. LightInk został pomyślany tak, aby energia z otoczenia nie była marketingowym dodatkiem, lecz integralną częścią działania. Repozytorium projektu wskazuje, że przy samym odświeżaniu czasu pobór ma wynosić około 2 μA, a akumulator 200 mAh pozwoliłby teoretycznie mówić nawet o około 400 dniach pracy.
LoRa i GPS, czyli funkcje trochę z innego świata
Na papierze LightInk ma zaskakująco szeroki zestaw łączności. Oprócz Wi-Fi i Bluetooth pojawia się LoRa, czyli energooszczędna komunikacja dalekiego zasięgu, oraz GPS. Taki komplet brzmi nietypowo w zegarku, ale wpisuje się w pierwotny pomysł autora: urządzenie miało móc wysyłać pakiety LoRa do odbiornika w domu.
GPS sam autor ocenił zresztą z rezerwą, pisząc, że jego dodanie było „złym pomysłem”. Trudno się dziwić: lokalizacja satelitarna potrafi szybko zjeść budżet energetyczny, a cały sens LightInk polega właśnie na radykalnej oszczędności. Ten detal dobrze pokazuje, że projekt nie jest wygładzonym produktem finalnym, w którym każdy punkt specyfikacji zamieniono w slogan. To żywy prototyp, wciąż poprawiany, z otwartym kodem, zgłaszanymi problemami i eksperymentami, które czasem prowadzą do ślepych uliczek.
Czasami tęsknię za sprzętem, który nie żąda uwagi
LightInk raczej nie wywróci rynku smartwatchy. Nie ma ku temu ani skali, ani ambicji. Ale pokazuje coś ważniejszego: można projektować technologię inaczej niż przez dokładanie kolejnych funkcji, ekranów, czujników i powiadomień. Można przyjąć, że sukcesem urządzenia jest również to, iż przez długi czas nie musimy o nim myśleć.
Coraz częściej widzę w elektronice użytkowej ten sam paradoks. Sprzęty mają nam ułatwiać życie, a potem regularnie przypominają, że same wymagają obsługi. Aktualizacji. Ładowania. Konfiguracji. Dostrajania. LightInk idzie w przeciwnym kierunku. Odcina sporo wygód, ale w zamian odzyskuje cechę, która w cyfrowych gadżetach stała się prawie luksusem: spokój.
