Bojki, piłki, butelki z detergentami – takie znaleziska od kilku miesięcy zaskakują plażowiczów spacerujących wzdłuż zachodniego wybrzeża USA i Kanady. Tym bardziej że bojki pochodzą z japońskich farm ostrygowych, a detergenty – z domów oddalonych o 9 tys. km i znajdujących się po drugiej stronie Pacyfiku. Amerykanie drżą więc na myśl o tym, jakie jeszcze pozostałości tsunami z 2011 r. dopłyną do ich kontynentu. Postanowiliśmy sprawdzić, czego mogą się spodziewać. Okazuje się, że chociaż 70 proc. z tego, co fala zmiotła z japońskiego lądu, zatonęło w jego pobliżu, to faktycznie jest się czego bać. Reszta śmieci (a może to być nawet kilkanaście milionów ton) ruszyła bowiem w wielomiesięczny rejs po Oceanie Spokojnym.

Co łączy rzeczy, które już na drugą stronę dopłynęły, czyli np. piłkę nożną, 50-metrowy kuter rybacki, motocykl, któremu kontener posłużył za transoceaniczną tratwę czy betonowo-styropianowy kawał molo? „Obecnie do USA dopływają rzeczy lekkie, podatne na siłę wiatru albo stworzone do utrzymywania się na wodzie” – mówi „Focusowi” Dianna Parker, rzecznik Marine Debris Program w National Oceanic and Atmospheric Administration. „Większe przedmioty zaczną dopływać do wybrzeży kontynentu w  latach 2014–2016” – przestrzega zaś oceanolog Curt Ebbesmeyer. Wówczas fale wyrzucą na brzeg lodówki, samochody, a być może i domy. Najbardziej ucierpią mieszkańcy Hawajów – koszt usunięcia odpadów będzie tak duży, że może przyczynić się do załamania tamtejszych lokalnych gospodarek.