W starożytnym Rzymie za jedną z najcięższych kar uważano ukrzyżowanie. Oczywiście, najsłynniejszym skazańcem, który poniósł śmierć na krzyżu, był Jezus Chrystus. Opis jego kaźni chyba każdy, nawet niekatolik, zna prawie na pamięć... Karę ukrzyżowania, pochodzącą prawdopodobnie z Persji i Kartaginy, przejęli Rzymianie, stosując ją wobec niewolników i buntowników. Na wielką skalę posłużył się nią Marcus Licynius Krassus po stłumieniu powstania niewolników Spartakusa; obsadził Via Appia lasem sześciu tysięcy krzyży. Na nich kazał powiesić zbuntowanych niewolników. Krzyżowano tylko tych, których właściciele nie zostali zidentyfi kowani. Następnie krzyże podpalono.

Tragiczna nauczka poskutkowała – następnych powstań niewolników nie było. W 53 roku p.n.e. Krassus jako namiestnik Syrii został pojmany przez Partów w bitwie pod Karrami. Jak pisał Plutarch, egzekucji na Krassusie dokonał partyjski żołnierz Eksatres, który odrąbał mu głowę, a następnie przywiózł ją królowi Partów. Głowa namiestnika Syrii została rzucona na środek sali podczas „Bachantek” Eurypidesa – sztuki odgrywanej przed królem Partów, w chwili, gdy jeden z aktorów śpiewał: „Niesiemy z gór pod dach świeżo ubity łup, szczęśliwy łów”.

STOS DLA HERETYKÓW


W średniowieczu zapłonęły stosy. Najbardziej spektakularnymi egzekucjami okazały się trzy kaźnie: templariuszy, Joanny d'Arc i Jana Husa. Po aresztowaniu „Braci Świątyni”, czyli templariuszy, 13 października 1307 r. na rozkaz króla Francji Filipa IV Pięknego, przyszedł czas na wielkiego mistrza zakonu, Jakuba de Molay. Sąd pod przewodnictwem dominikanina Mikołaja de Fréauville skazał go na dożywocie za wyrzeczenie się Chrystusa, bezczeszczenie krzyża, czczenie diabła o imieniu Bafomet (lub Bahomet), stosowanie czarnej magii i czarów, homoseksualizm, a nawet dzieciobójstwo. Wyroki odczytano mistrzowi i jego trzem współtowarzyszom niedoli na podwyższeniu naprzeciw przedsionka katedry Notre Dame. De Molay mógł wtedy ocalić życie, ale z możliwości nie skorzystał. Tłoczący się wielki tłum usłyszał znienacka donośny głos mistrza i komandora Normandii Gotfryda de Charnay. Krzyczeli obaj „wielkim głosem, że zakon jest niewinny, oni zaś odwołują swe zeznania”. Na wieść o odwołaniu zeznań przez templariuszy, król Filip IV Piękny i jego rada skazali ich na śmierć przez spalenie. Stos wzniesiono na wyspie Javiaus (Trzcin), koło zachodniego cypla Cité i tam nocą przewieziono barką obu skazańców z więzienia w Gisors.

Egzekucję 18 marca 1314 r. widział poeta i kronikarz Gotfryd z Paryża. Przed przywiązaniem do pala de Molay poprosił o zezwolenie złożenia rąk do modlitwy. Jeszcze raz stwierdził, że jest niewinny „i pozostawia Bogu troskę o pomszczenie śmierci jego i współbraci”. Oprawców przywiązujących go do pala poprosił, by twarz skierowali mu na wspaniałą katedrę Notre Dame. „Zadość prośbie uczynili, wedle woli obrócili, tak go cicho śmierć zabrała, iż się wszystkim cudem stała” – rymował poeta. Buchnęły płomienie, łuna odbiła się w rzece. W morzu ognia de Molay miał rzucić słynną klątwę na papieża Klemensa V i króla Francji, Filipa IV Pięknego, wzywając ich na Sąd Boży i wyklinając do 13 pokolenia. Klątwa miała się wypełnić, gdyż sprawcy tej kaźni szybko zmarli. Papież Klemens V, leczony na dezynterię sproszkowanymi szmaragdami, umarł 20 kwietnia. A zaledwie kilka miesięcy później król Filip IV doznał tragicznego wypadku na polowaniu, i w rezultacie zmarł w listopadzie w wieku 47 lat.

SPRAWIEDLIWOŚĆ PO WIEKACH