Ta moja codzienna poranna kawka nie jest wyłącznie napojem. W moim przypadku to coś, co porządkuje start dnia, nawet jeśli cała reszta dookoła zaczyna od razu pędzić. Nie przejaskrawiam tego, naprawdę to właśnie dla mnie znaczy ten moment. Najczęściej piję latte na podwójnym espresso, bo lubię, kiedy kawa jest konkretna, ale nie lubię jej smaku bez mleka. Ma mieć charakter, ma dawać energię, ale też ma być przyjemnością. Taką codzienną, zwyczajną, a jednak dla mnie ważną.

Dlatego ekspres w domu nie jest dla mnie niepotrzebnym dodatkiem do wyposażenia kuchni, który wygląda ładnie na blacie. To sprzęt, który naprawdę ma znaczenie. I właśnie dlatego do MOVA S20 Pro podchodziłam z ciekawością, ale też z pewną ostrożnością. Dlaczego? Bo to ekspres kolbowy, a nie automat, co jednak ma istotne znaczenie. Nie wybieramy tutaj ikonki latte, nie podstawiamy filiżanki i nie czekamy, aż urządzenie zrobi wszystko za nas. Trzeba zmielić kawę, przygotować kolbę, ubić kawę, zaparzyć espresso, spienić mleko i po wszystkim ogarnąć stanowisko.
Brzmi jak dużo pracy? Możliwe, że dla niektórych tak. Ale po kilku tygodniach używania wiem już jedno – to nie jest sprzęt dla osoby, która chce kawę bez żadnego udziału własnego. To ekspres dla kogoś, kto lubi mieć wpływ na to, co ląduje w filiżance. I jeśli kawa jest dla nas czymś więcej niż tylko szybkim źródłem kofeiny, MOVA S20 Pro potrafi bardzo łatwo wejść do codziennej rutyny.
To kolba, więc trzeba wiedzieć, na co się piszemy
Najważniejsze jest to, żeby od początku wiedzieć, na co się piszemy. MOVA S20 Pro nie jest ekspresem automatycznym i nie musi go udawać, bo w tym – w mojej opinii – tkwi cały jego urok. To półautomatyczna kolba z wbudowanym młynkiem, czyli urządzenie, które daje nam sporo kontroli nad przygotowaniem kawy, ale w zamian wymaga odrobiny zaangażowania.
Dla jednych będzie to wada. I uczciwie – jeśli ktoś rano chce wyłącznie nacisnąć jeden przycisk, odwrócić się na chwilę i wrócić po gotowe cappuccino, to nie jest najlepszy wybór. Takie osoby będą szczęśliwsze z dobrym automatem. MOVA S20 Pro wymaga nieco więcej uwagi. Trzeba wsypać ziarna, dobrać mielenie, przygotować sitko, wpiąć kolbę, pilnować mleka, przetrzeć dyszę, wyrzucić krążek kawowy – ja to nazywam ciastkiem z kawy. To nie dzieje się samo, ale mnie to odpręża.
Dla mnie na tym polega fenomen tego urządzenia. Pracowałam kiedyś w kawiarni i chyba dlatego ten ekspres tak mocno uruchomił we mnie pewien sentyment. Nie chodzi nawet o udawanie profesjonalnej baristki we własnej kuchni. Bardziej o uczucie. O dźwięk młynka, o zapach świeżo zmielonych ziaren, o moment, w którym espresso zaczyna płynąć do filiżanki, o próbę zrobienia mleka trochę lepiej niż poprzedniego dnia. To są drobiazgi, ale one sprawiają, że kawa przestaje być tylko źródłem kofeiny, a zaczyna być krótkim rytuałem, który u mnie dodatkowo wywołuje wspomnienia.

I tutaj muszę też uczciwie podkreślić jeden fakt – ten rytuał nie jest przesadnie czasochłonny. Przygotowanie kawy nigdy nie zajmowało mi dłużej niż około dwóch minut, jeśli miałam już wszystko pod ręką i wiedziałam, co robię. Oczywiście, przy automacie byłoby szybciej i prościej, a ja mogłabym w tym czasie na przykład się uczesać albo ubrać. Ale różnica nie jest tak dramatyczna, jak mogłoby się wydawać osobie, która patrzy na kolbę z dystansu. Po kilku dniach większość czynności robiłam już automatycznie, tylko w tym sensie, że automatycznie dla mnie, a nie dla urządzenia.
Czytaj też: Jak odświeżyć drewniany blat? Naprawiam gruby fornir dębowy po dwóch latach używania
Poranek spokojny kontra poranek w biegu
Najlepiej widać to na przykładzie dwóch różnych scenariuszy. Pierwszy to poranek, w którym mam kilka minut dla siebie. Nie godzinę, nie idealny obrazek z magazynu dla kobiet, tylko naprawdę kilka spokojniejszych minut. Wtedy MOVA S20 Pro sprawdza się świetnie. Mielę kawę, przygotowuję podwójne espresso, spieniam mleko i przez chwilę mam wrażenie, że dzień zaczyna się trochę bardziej po mojemu. To nie jest czynność, którą trzeba przetrwać. To część poranka, którą – jak wspomniałam – bardzo lubię.

Drugi scenariusz to ten bardziej realny dla wielu osób. Za późno wstałam, coś mi się przesunęło, zaraz muszę wyjść albo usiąść do komputera. Wtedy pełne latte z pianką bywa już luksusem. I tutaj nie będę udawać, że ekspres kolbowy magicznie rozwiązuje problem pośpiechu. Jeśli naprawdę bardzo się śpieszę, muszę przyznać, że czasami rezygnuję ze spieniania mleka. Robię podwójne espresso i dolewam zimnego mleka. To nie jest moja ulubiona wersja kawy, ale tak, czasami nie mam innego wyjścia. Nadal mam dobrą bazę, nadal piję kawę, którą lubię, tylko odpuszczam ten bardziej rytualny etap.
I to chyba najlepiej pokazuje, czym MOVA S20 Pro jest w praktyce. To ekspres, który daje możliwości, ale nie wymusza jednego sposobu korzystania. Można bawić się mlekiem, temperaturą, objętością i całym procesem, ale można też zrobić szybką kawę bez celebrowania każdego kroku. Trzeba tylko zaakceptować, że to nie będzie doświadczenie z tych, gdzie podstawiasz filiżankę i o niej zapominasz.

Młynek wbudowany w ekspres ma ogromne znaczenie
Jedną z rzeczy, które bardzo doceniłam, jest wbudowany młynek. W świecie domowej kawy to robi dużą różnicę, bo świeżo mielone ziarna naprawdę zmieniają smak. Nie trzeba mieć ogromnej wiedzy, żeby to poczuć. Kawa zmielona tuż przed parzeniem ma więcej aromatu, jest pełniejsza i po prostu daje większą szansę na dobrą filiżankę. A dodatkowo ten dźwięk? W połączeniu z zapachem dla mnie to już zwyczajnie hipnotyzujące.
W MOVA S20 Pro młynek jest częścią całego urządzenia, więc nie trzeba dokładać kolejnego sprzętu na blat. To ważne, bo kuchnia bardzo szybko potrafi zamienić się w wystawę urządzeń, których używamy tylko czasami, a blat sukcesywnie się kurczy. Tutaj wszystko jest w jednej bryle i po kilku dniach zaczyna się z tego korzystać naturalnie i bez instrukcji.
Podoba mi się też to, że ekspres nie zostawia po mieleniu wielkiego bałaganu. Przy kolbach często miałam obawę, że codzienna kawa będzie oznaczała codzienne sprzątanie blatu z drobinek zmielonej kawy. Nie lubię mieć kuchni wyglądającej tak, jakby ktoś rozsypał pół paczki ziaren. W przypadku MOVA S20 Pro ten temat jest dobrze opanowany. Oczywiście, to nadal kolba, więc czasem coś się rozsypie, szczególnie na początku. Ale nie miałam poczucia, że każde latte kończy się sprzątaniem, z którym mi absolutnie nie po drodze. Szczególnie rano.
To jeden z tych elementów, które mogą brzmieć przyziemnie, ale w codziennym używaniu są kluczowe. Bo sprzęt może robić świetną kawę, ale jeśli po każdym użyciu trzeba poświęcić kilka minut na doprowadzanie blatu do porządku, zachwyt szybko mija. Tutaj było odwrotnie. Im dłużej korzystałam z ekspresu, tym bardziej doceniałam, że cały proces da się utrzymać w ryzach.
Czytaj też: Dlaczego coraz więcej osób sadzi zioła, warzywa i rośliny jadalne?
Największa zaleta? Łatwo utrzymać go w czystości
To jest dla mnie jedno z tych kryteriów, które decydują o być albo nie być ekspresu. MOVA S20 Pro bardzo pozytywnie zaskoczył mnie tym, jak łatwo utrzymać go w czystości. Nie chodzi o to, że nie trzeba nic robić, bo trzeba. Po kawie trzeba wyrzucić fusy, przepłukać albo przetrzeć elementy, zadbać o dyszę po spienianiu mleka i od czasu do czasu poświęcić urządzeniu trochę więcej uwagi. Ale cały ten proces jest szybki – po każdym użyciu robię go już naturalnie i zajmuje mi dosłownie chwilę.

Bardzo lubię to, że po przygotowaniu kawy nie zostaje poczucie, że dopiero zaczyna się druga część pracy. Kolba wymaga porządku, ale tutaj ten porządek jest łatwy do utrzymania. Tackę można ogarnąć szybko, dyszę po mleku warto przetrzeć od razu, najlepiej mokrą ściereczką, żeby mleko nie zasychało. Niestety – jeśli nie wyczyści się jej odpowiednio szybko, resztki mleka zastygają na dyszy i później trzeba je doczyszczać, a to już nie jest takie szybkie. Po pewnym czasie sprzątanie przestało być dla mnie osobną czynnością i mój ekspres pozostaje czysty i gotowy do ponownego użycia.
I to dla mnie ogromny plus, zwłaszcza przy kawach mlecznych. W ekspresach automatycznych systemy mleczne potrafią być wygodne, ale jednocześnie bywają uciążliwe w czyszczeniu. Pojemnik, rurki, przepłukiwanie, pilnowanie resztek mleka – to wszystko potrafi odebrać przyjemność z kawy szybciej, niż bym chciała. W MOVA S20 Pro spieniam mleko w dzbanku i po wszystkim wiem dokładnie, co mam umyć. Jest prosto, przejrzyście i bez poczucia, że gdzieś w środku urządzenia dzieje się coś, nad czym nie mam kontroli.
To zresztą pasuje do całej filozofii tego ekspresu. On nie ukrywa procesu. Pokazuje go. I właśnie dlatego łatwiej mi go zrozumieć, łatwiej opanować i łatwiej utrzymać w czystości.
Czytaj też: Domowe lody bez długich przygotowań? Ten sprzęt w końcu to upraszcza
Spienianie mleka wymaga nauki, ale daje dużo satysfakcji
Tak jak już wspomniałam, najczęściej piję latte na podwójnym espresso, więc mleko jest dla mnie bardzo ważne. I tutaj pojawia się jedyny element, który wymagał ode mnie chwili cierpliwości. Jeśli ktoś lubi kawy mleczne z przyjemną, gładką pianką, musi dać sobie trochę czasu na poznanie systemu spieniania. Dysza działa bez zastrzeżeń, a MOVA S20 Pro daje także bardziej automatyczne tryby pracy z mlekiem, ale sam proces przyzwyczajania się do takiego systemu nie zawsze jest oczywisty dla osób, które pierwszy raz samodzielnie spieniają mleko.
MOVA S20 Pro pozwala pracować z dyszą na kilka sposobów, w tym w trybach bardziej automatycznych i bardziej manualnych. To pomaga, bo nie trzeba od razu rzucać się na głęboką wodę. Można zacząć spokojniej, pozwolić ekspresowi przejąć część pracy, a dopiero później bawić się ręcznym spienianiem. Trzeba tylko pamiętać, że automatyzacja dotyczy spieniania mleka, a nie przygotowania całej kawy mlecznej od początku do końca.
Ale prawda jest taka, że naprawdę dobra pianka nie robi się sama wyłącznie dlatego, że ekspres ma mocną dyszę. W trybie manualnym trzeba nauczyć się kąta ustawienia dzbanka, ilości mleka, momentu napowietrzania i tego, kiedy przejść do samego podgrzewania. Brzmi skomplikowanie, ale po kilku próbach zaczyna mieć sens i robimy to niemal automatycznie. I wtedy zaczyna się cała przyjemność.
Na początku zdarzało mi się spienić mleko zbyt mocno albo zrobić piankę, która bardziej pasowała do cappuccino niż do latte. Czasem mleko było za mało jedwabiste, czasem za bardzo puchate. Ale to jest ten rodzaj błędu, który nie irytuje tak mocno, bo szybko widać postęp. Każda kolejna kawa może być trochę lepsza. A pół żartem, pół serio – najwyżej nie będzie to idealne latte, tylko bardzo dobra kawa z mlekiem.
Dla mnie to właśnie jedna z największych różnic między automatem a kolbą. Automat daje powtarzalność bez wysiłku. Kolba daje poczucie, że naprawdę mamy wpływ na to, co pijemy. Jeśli ktoś ma do tego cierpliwość, spienianie mleka może stać się jedną z przyjemniejszych części całego rytuału. Jeśli nie ma – nadal można korzystać z prostszych ustawień albo, w pośpiechu, po prostu dolać mleko bez pianki.

Smak kawy zależy też od nas i to jest świetne
W MOVA S20 Pro bardzo podoba mi się poczucie kontroli. Można zmieniać ustawienia, eksperymentować z mieleniem, objętością kawy czy temperaturą. Nie trzeba od razu wchodzić w świat kawoszy i specjalistycznego słownika, ale jeśli ktoś lubi sprawdzać, dlaczego jedna filiżanka smakuje lepiej od drugiej, ten ekspres daje do tego przestrzeń.
To ważne, bo moim zdaniem kawa nie jest produktem o jednym poprawnym smaku. Inaczej zachowują się różne ziarna, inaczej smakują jaśniejsze i ciemniejsze palenia, inaczej wypada espresso solo, a inaczej jako baza do mleka. Tak odczytuję to ja. Przy automacie często mamy ograniczone pole manewru. Tutaj można reagować i zmieniać proporcje tak, jak lubimy. Jeśli kawa jest zbyt intensywna, można popracować nad objętością. Jeśli mleko przykrywa espresso, można zrobić mocniejszą bazę. Możemy się tym bawić do woli.
Nie twierdzę, że każdy będzie chciał to robić codziennie. Ale myślę, że dobrze jest mieć taką możliwość. Zwłaszcza kiedy po kilku tygodniach orientujemy się, że ulubiona kawa naprawdę może być dopasowana do nas, a nie tylko do programu zapisanego w urządzeniu.
Ekspres MOVA S20 Pro dobrze odnajduje się w kuchni
Jest też kwestia czysto wizualna i użytkowa. MOVA S20 Pro wygląda jak sprzęt, który pasuje do kuchni osoby pijącej kawę świadomie, ale nie zamienia wnętrza w profesjonalny lokal, bo nie o to w tym chodzi. Ma w sobie coś kawiarnianego, ale nadal pozostaje domowy. Nie jest małym urządzeniem, więc warto mieć dla niego miejsce na blacie, zwłaszcza że musimy zachować miejsce na górze do dosypywania ziaren i z tyłu do dolewania wody. No, ale jeśli pijemy kawę codziennie, raczej nie będzie to sprzęt chowany do szafki.
Dla mnie ważne było to, żeby po kilku dniach nie męczył mnie samą swoją obecnością. I faktycznie nie męczył. Wręcz przeciwnie – szybko stał się jednym z tych urządzeń, które się przydaje.
Duży zbiornik na wodę i sensowny pojemnik na ziarna też pomagają. Nie miałam poczucia, że co chwilę muszę coś uzupełniać. A to w codzienności ma znaczenie. Bo jeśli ekspres wymagałby za dużo obsługi jeszcze zanim zaczęłabym robić kawę, to ja akurat jestem osobą, która szybko straciłaby cierpliwość do takiego urządzenia. Tutaj obsługa nie jest przytłaczająca.
Dla kogo jest MOVA S20 Pro?
Według mnie MOVA S20 Pro jest dla osób, które lubią kawę, lubią jej zapach, proces parzenia i chcą wejść poziom wyżej niż automat, ale niekoniecznie chcą od razu budować w domu stanowisko baristyczne. To dobry wybór dla kogoś, kto chce mieć wpływ na smak, lubi rytuał przygotowywania kawy i nie boi się kilku dodatkowych czynności.
To ekspres dla osób pijących espresso, americano, cappuccino czy latte, ale szczególnie dobrze widzę go u tych, którzy często robią kawy mleczne. Osobny układ pracy dla espresso i pary naprawdę ma sens, bo skraca cały proces i sprawia, że przygotowanie latte nie staje się logistycznym ćwiczeniem z cierpliwości. Jeśli w domu robi się kilka kaw pod rząd, ten komfort będzie jeszcze bardziej odczuwalny.
Nie poleciłabym go natomiast komuś, kto nie chce mieć z kawą aż tak dużego kontaktu. Jeśli ktoś nie chce mielić, ubijać, czyścić kolby i uczyć się mleka, będzie narzekał. I słusznie, bo to nie jest sprzęt stworzony dla takiego użytkownika. Tutaj trzeba lubić ten proces przynajmniej trochę. Ale jeśli lubimy – MOVA S20 Pro potrafi dać naprawdę dużo satysfakcji i miłych doznań.

Czytaj też: Dlaczego coraz więcej osób sadzi zioła, warzywa i rośliny jadalne?
Czy warto kupić MOVA S20 Pro?
Po kilku tygodniach używania odpowiedziałabym: tak, jeśli wiemy, czego szukamy. MOVA S20 Pro nie jest ekspresem dla każdego, ale w swojej kategorii jest według mnie naprawdę warty uwagi. Łączy kawiarniany charakter z domową wygodą, daje mi dużo przyjemności i pozwala szybko przygotować dobrą kawę. I – o losie – tak się cieszę, że nie wymaga to ode mnie częstego, gruntownego sprzątania, bo w ekspresie automatycznym potrafiło mi to mocno odbierać komfort przygotowywania kawy.
Najbardziej polubiłam w nim trzy rzeczy. Po pierwsze, szybkość – bo mimo że to nie jest automat na dwa kliknięcia, sama kawa powstaje u mnie już sprawnie. Po drugie, kontrolę – bo mogę zdecydować, jak mocne ma być espresso, jak potraktować mleko i czy danego dnia chcę pełnego latte, czy szybkiej wersji z zimnym mlekiem. Po trzecie, łatwość utrzymania w czystości – bo to właśnie ona sprawia, że ekspres nie jest tylko ładnym urządzeniem na pierwsze dni, ale czymś, z czego naprawdę chce się korzystać regularnie.
Czy musiałam przyzwyczaić się do spieniania mleka? Tak. Czy od razu każda pianka była idealna? Nie. Ale to jedyny element, który wymagał ode mnie większej cierpliwości. I paradoksalnie właśnie on sprawił, że cały proces zaczął mi się jeszcze bardziej podobać. Bo przy MOVA S20 Pro mam poczucie, że kawa jest moja od początku do końca. Nie tylko wybrana z menu, ale przygotowana przeze mnie – i to jest świetne.
A rano, kiedy dzień dopiero się zaczyna, taka mała rzecz potrafi naprawdę dużo zmienić.
