Nowy Marin Alpine Trail E jest kolejnym dowodem na to, że e-MTB coraz mniej przypomina rower z doklejoną baterią, a coraz bardziej pełnoprawną maszynę do jazdy w terenie, która prąd traktuje jak narzędzie, a nie wymówkę.
Mam wrażenie, że w takich konstrukcjach zaczyna się właśnie najciekawszy etap rozwoju. Pierwsza fala elektrycznych górali miała przede wszystkim udowodnić, że da się podjechać wyżej, dalej i bez płuc zostawionych na trzecim zakręcie. Teraz producenci zaczynają dopracowywać rzeczy mniej widowiskowe, ale dla jazdy dużo ważniejsze: masę, geometrię, chłodzenie silnika, prześwit, możliwość ustawienia roweru pod własny styl. Marin poszedł dokładnie w tę stronę.
Mniej masy, więcej sensu w trudnym terenie
Nowy Alpine Trail E schudł o około 1,35 kg względem poprzednika. W świecie zwykłych rowerów to dużo. W świecie elektrycznych enduro, gdzie bateria i silnik od razu ustawiają punkt wyjścia dość wysoko, taki wynik brzmi jeszcze lepiej. Co istotne, nie chodzi wyłącznie o odchudzanie dla tabelki. Marin przeprojektował aluminiową ramę Series 4, lżejszy jest też wahacz i elementy tylnego trójkąta. Rama nadal zostaje aluminiowa, więc nie wchodzimy w kosztowną opowieść o karbonowym luksusie dla garstki zapaleńców z bardzo zasobnym kontem.

To akurat rozumiem. W rowerze e-enduro aluminium ma swój urok, bo takie maszyny dostają w terenie solidnie po kościach. Kamienie, błoto, transport na bagażniku, drobne gleby, przypadkowe uderzenia – wszystko to sprawia, że zbyt biżuteryjne podejście do ramy może wyglądać pięknie na zdjęciach, ale w praktyce budzi lekki niepokój. Marin zostawia więc materiał odporny i rozsądny, a jednocześnie poprawia to, co w poprzednich generacjach mogło przeszkadzać.
Do tego dochodzi większy o 37 mm prześwit w okolicy silnika. Na papierze to jedna z tych informacji, które łatwo pominąć, bo nie brzmią tak efektownie jak moc czy pojemność baterii. W terenie może jednak oznaczać mniej nerwowego celowania między kamieniami i mniej myślenia o tym, czy za chwilę nie przywalimy obudową napędu w coś, czego nie dało się już ominąć.
Bosch daje tu mięśnie, ale ważne jest też chłodzenie
Sercem roweru jest Bosch Performance Line CX Gen 5. W tej konfiguracji mówimy o 120 Nm momentu obrotowego, wsparciu do 600% i mocy szczytowej 750 W. To wartości, które w rowerze enduro przekładają się przede wszystkim na swobodę. Nie na lenistwo, choć oczywiście przeciwnicy elektryków chętnie tak to uproszczą. Bardziej chodzi o możliwość zrobienia drugiego albo trzeciego podjazdu w czasie, gdy na klasycznym rowerze człowiek zaczyna negocjować sam ze sobą, czy jeszcze chce mu się bawić.

Ciekawie wypada też kwestia chłodzenia. Marin zmienił obudowę silnika tak, by poprawić przepływ powietrza i ograniczyć ryzyko spadku mocy podczas długich podjazdów. W e-MTB to jeden z tych detali, które realnie oddzielają sprzęt do krótkiej demonstracji od roweru przygotowanego na mocniejszą jazdę. Bo co z tego, że silnik ma świetne parametry, jeśli po dłuższym katowaniu zaczyna oszczędzać sam siebie?
Na pokładzie znalazła się bateria 800 Wh, montowana we wszystkich wariantach i rozmiarach. Można ją wyjąć, ładować poza rowerem, a dla osób chcących zejść z masy przewidziano możliwość zastosowania akumulatora 600 Wh bez dodatkowych części. Jest też opcja dołożenia range extendera Bosch PowerMore 250 Wh. I tu widać, że Marin nie zamyka użytkownika w jednej definicji jazdy. Kto chce długiej włóczęgi po górach, wybierze większy zapas energii. Kto jedzie krócej, ale ostrzej, może szukać lżejszego ustawienia.
Geometria dla tych, którzy naprawdę ją poczują
Alpine Trail E ma 160 mm skoku tylnego zawieszenia MultiTrac 2 LT i widelec o skoku 170 mm. Koła są w układzie mullet: 29 cali z przodu i 27,5 cala z tyłu. To zestawienie dobrze pasuje do e-enduro, bo daje stabilność na przednim kole i odrobinę zwrotności z tyłu. Przy takiej maszynie nie chodzi przecież o grzeczne toczenie się po szutrowej ścieżce za miastem.


Marin dorzuca regulowaną geometrię. Górna miska sterów pozwala zmienić kąt główki ramy o ±0,75 stopnia, a flip chipy w tylnym zawieszeniu umożliwiają zmianę wysokości suportu oraz długości tylnych widełek. W praktyce można przesunąć charakter roweru w stronę stabilniejszego zjazdu albo bardziej zwartego prowadzenia na technicznych odcinkach. Nie każdy będzie przy tym majstrował co weekend, ale dobrze, że taka możliwość istnieje. Zaawansowani użytkownicy lubią mieć wpływ na sprzęt, a e-MTB za ponad 20 tysięcy zł powinien dawać coś więcej niż tryb eco, trail i turbo.
Trzy wersje i ceny, które szybko studzą fantazję
Nowy Marin Alpine Trail E pojawi się w trzech wersjach. Najtańszy Alpine Trail E1 kosztuje 5999 dolarów, czyli około 21 900 zł. Ma zawieszenie X-Fusion, napęd Shimano Cues i hamulce TRP. Środkowy Alpine Trail E2 wyceniono na 7499 dolarów, czyli około 27 400 zł. Tu pojawia się zawieszenie RockShox Select+, napęd SRAM Transmission i hamulce Maven Bronze. Topowy Alpine Trail EXR kosztuje 8999 dolarów, czyli około 32 900 zł, a w specyfikacji ma między innymi zawieszenie RockShox Ultimate, bezprzewodowy napęd SRAM GX AXS, hamulce Maven Silver i koła DT Swiss.
To są ceny amerykańskie, więc polski cennik, jeśli rower trafi do naszej dystrybucji, może wyglądać inaczej. Nawet bez tej uwagi widać jednak, że mówimy o sprzęcie dla bardzo konkretnego odbiorcy. Nie dla kogoś, kto chce sprawdzić, czy rower elektryczny przyda mu się na weekendowej trasie wokół jeziora. Bardziej dla osoby, która już wie, że zjazdy, podjazdy i długie dni w terenie są jej sposobem na wydawanie pieniędzy z podejrzanie dużą satysfakcją.

Marin Alpine Trail E pokazuje, że rynek e-MTB przesuwa się z etapu zachwytu nad samym wspomaganiem do etapu dopracowywania charakteru jazdy. I bardzo dobrze, bo sama bateria nie wystarcza już, by zrobić ciekawy rower. W tej klasie zaczyna liczyć się to, czy konstrukcja zachowuje się pewnie na zjeździe, czy silnik nie traci formy na długim podjeździe, czy masa została sensownie rozłożona, czy rama ma praktyczne mocowania i czy użytkownik może dopasować geometrię do tras, a nie tylko do katalogowej wizji producenta.
Czy taki rower jest przesadą? Dla większości osób oczywiście tak. Ale w rowerach górskich przesada bywa częścią zabawy. Jedni kupują drogie zegarki do odmierzania czasu, który pokazuje też telefon. Inni wybierają e-enduro z baterią 800 Wh, żeby jeszcze raz podjechać na szczyt i zjechać trasą, po której pieszy turysta schodziłby z miną człowieka przeglądającego warunki ubezpieczenia. Trudno mi się temu dziwić. Zwłaszcza gdy widać, że elektryczne enduro coraz rzadziej prosi o taryfę ulgową.
