
Tu wchodzimy w projekt IZH-Enduro: elektryczny motocykl terenowy, który może występować w kilku wersjach i co najdziwniejsze, jest przewidziany także jako zestaw z wózkiem bocznym i możliwością podpięcia przyczepy.
To nie jest ładny gadżet do miasta. To sprzęt zaprojektowany tak, żeby wozić ładunek, działać w terenie i robić to możliwie dyskretnie, czyli dokładnie w tych warunkach, gdzie elektryk ma przewagę nie z powodu ekologii, tylko z powodu hałasu, momentu obrotowego i prostoty obsługi.
Co to za maszyna i dlaczego wygląda jak narzędzie, a nie zabawka
IZH-Enduro to klasycznie brudne enduro po formie: koła z kostką, wysoki prześwit, konstrukcja nastawiona na jazdę po nierównościach. Tyle że w tej historii najważniejsze jest to, że motocykl występuje jako platforma, niekoniecznie jedna, finalna konfiguracja, tylko baza do różnych wariantów zastosowań.
Najmocniej wybija się wariant z wózkiem bocznym, ale nie w stylu turystycznej doklejki dla pasażera. To raczej płaska platforma ładunkowa, którą można dopasować do konkretnych potrzeb, czyli coś bliższego modułowi transportowemu niż klasycznemu sidecarowi.

W praktyce oznacza to jeden prosty komunikat: ktoś tu myślał o przewożeniu sprzętu, a nie o romantycznym jeżdżeniu bokiem po szutrze dla samego klimatu. I to jest o tyle ciekawe, że większość elektrycznych motocykli terenowych nadal sprzedaje emocje, a nie funkcję.
Warianty napędu i liczby, które mówią więcej, niż się wydaje
W wersji elektrycznej motocykl korzysta z akumulatora litowo-jonowego i bezszczotkowego silnika synchronicznego z magnesami trwałymi (IPMSM). Producent nie podaje pojemności baterii, ale deklarowany zasięg to do 100 km w zależności od warunków.
Deklarowana prędkość maksymalna w zestawie z wózkiem bocznym to 120 km/h, a przy okazji podano też gabaryty: rozstaw osi 1385 mm, wysokość kanapy 720 mm i masa 220 kg, przy czym te wartości dotyczą kompletu z wózkiem.
Ciekawostka, która wybija się najbardziej: elektryk dostał czterobiegową manualną skrzynię i sprzęgło. To brzmi jak cofnięcie się w czasie, ale ma sens w terenie, łatwiej dawkować moment na podjazdach, w piachu czy przy pełnym obciążeniu. W materiałach pojawiają się też różne konfiguracje mocy: warianty z dwoma silnikami w piaście 3 kW lub 5 kW oraz opcja z pojedynczym silnikiem 4 kW. Równolegle wspomina się nawet o odmianie spalinowej 450 cm³ dla tych, którzy wolą klasykę.
Wózek, przyczepa i logistyka w miniaturze

To, co w normalnym świecie motocykli jest dodatkiem dla fanów klimatu retro, tutaj wygląda jak centralny punkt projektu. Wózek ma być modułowy i przerabialny pod zadania użytkownika, czyli można go traktować jak miejsce na skrzynię, uchwyty, nosze, sprzęt techniczny albo inne wyposażenie.
Do tego dochodzi temat przyczepy. W obiegu są informacje o dedykowanej platformie na kołach o wymiarach około 1815 × 955 × 405 mm i ładowności do 200 kg, co już pachnie małą transportówką do zadań w terenie, na obiektach lub w działaniach służb.
Geneza też pasuje do tej funkcjonalnej narracji: koncepcję pokazywano już kilka lat temu na wydarzeniu o profilu wojskowym, a dziś mówi się o zastosowaniach w służbach, ratownictwie oraz wśród ludzi, którzy po prostu chcą dojechać daleko od asfaltu bez zwracania na siebie uwagi.

Na papierze te liczby nie udają rewolucji dla zwykłego klienta. Zasięg do 100 km i brak jasnej informacji o baterii, cenie, homologacji czy harmonogramie produkcji to sygnał, że to raczej projekt do konkretnych wdrożeń niż model do salonów. Pada wprost, że na razie trudno mówić o masowej dostępności, a pokazywane egzemplarze mają przechodzić testy.
Manualna skrzynia w elektryku i nacisk na modułowość. To wygląda jak próba zrobienia narzędzia, które ma działać w warunkach nieidealnych, a nie ładnej zabawki do weekendowych wypadów. Jeśli ten kierunek się utrzyma, zobaczymy więcej maszyn, które nie proszą o uwagę designem, tylko rozwiązują bardzo konkretne problemy.