Tarform Vera próbuje wejść właśnie w tę lukę. To elektryczny motocykl z Brooklynu, który nie bazuje wyłącznie na opowieści o ekologii, osiągach i ciszy. Bardziej przekonuje mnie w nim myśl, że jednoślad na prąd nie musi udawać spalinowej maszyny ani wyglądać jak prototyp z targów, po którym nikt nie wie, gdzie właściwie usiąść. Vera ma być lżejszą, tańszą i bardziej użytkową odpowiedzią na luksusowy model Luna. I choć wciąż mówimy o sprzęcie drogim, widać tu próbę zejścia z poziomu designerskiego obiektu do czegoś, czym można realnie jeździć.
Brooklyn, szwedzkie wyczucie i amerykańska pewność siebie
Tarform to marka założona przez Tarasa Kravtchouka, szwedzkiego projektanta działającego w Brooklynie. Wcześniejszy model Luna kosztował 48 tysięcy dolarów, czyli około 178 tysięcy zł, więc trudno było mówić o motocyklu, który otworzy elektryczną jazdę dla szerszej grupy odbiorców. Luna była raczej przedmiotem z pogranicza mobilności, rzemiosła i kolekcjonerskiego kaprysu. Vera ma tę hierarchię trochę uporządkować.
Nowy model startuje od 18 tysięcy dolarów, czyli około 67 tysięcy zł. Pierwsza, limitowana Launch Edition ma kosztować 24 tysiące dolarów, czyli około 89 tysięcy zł, i powstawać w brooklyńskim studiu marki. Dostawy zapowiedziano na sierpień 2026 roku. Nadal nie jest to tani motocykl, szczególnie z polskiej perspektywy, ale w świecie premium elektryków zaczyna już brzmieć mniej jak żart dla kolekcjonerów z penthousem i klimatyzowanym garażem.
Elektryk, który ma być mniej onieśmielający
Vera została pomyślana jako lekki elektryczny supermoto do codziennej jazdy. Waży 368 funtów, czyli około 167 kg, ma osiągać 100 km/h w około 3,3 sekundy, rozpędzać się do około 145 km/h, i oferować zasięg w trybie miejskim do około 161 km. Za energię odpowiada akumulator 8,2 kWh, a napęd jest bezpośredni, bez klasycznej skrzyni biegów.
To są liczby, które trzeba czytać z lekkim dystansem, bo miejski zasięg w elektrycznych jednośladach zwykle brzmi przyjemniej niż jazda szybszą drogą. Mimo to charakter Very wydaje się dość jasny. To nie maszyna do romantycznych, całodniowych tras przez pół kontynentu. Raczej sprzęt do miasta, okolicznych dróg, codziennego grafiku i jazdy, w której ważniejsze od ryku silnika staje się natychmiastowe przyspieszenie.
Myślę, że właśnie tu elektryczne motocykle mają największą szansę. W wykorzystaniu tego, co prąd daje naturalnie: prostoty obsługi, szybkiej reakcji i mniejszego zmęczenia w ruchu miejskim. Brak sprzęgła i biegów może dla purystów brzmieć jak amputacja rytuału, ale dla nowych kierowców bywa zaproszeniem. Motocykl przestaje być maszyną wymagającą inicjacji, a zaczyna być pojazdem, który nie karze od razu za brak wieloletniego obycia.
Materiały też mają coś powiedzieć
Tarform mocno akcentuje zrównoważone podejście do materiałów. W Verze pojawiają się między innymi panele z kompozytów roślinnych, elementy z kutego włókna węglowego powstającego z odpadów oraz tapicerka z syntetycznej skóry pochodzenia roślinnego, w tym z wykorzystaniem liści herbaty. Łatwo przy takich opisach o marketingową mgłę, bo branża premium od dawna lubi dorabiać etykę do rzeczy, które pozostają kosztowne i ekskluzywne. Tutaj przynajmniej widać spójność między formą a deklaracją.
Nie zakładałabym jednak, że Vera zmieni los planety. Jeden limitowany motocykl z Brooklynu nie rozwiąże problemu transportu, produkcji baterii ani miejskiego hałasu. Ciekawsze jest coś innego: próba pokazania, że elektryczny jednoślad może być projektowany od podstaw z myślą o innym języku.
Dźwięk bez udawania spalinowego gardła
Jednym z bardziej intrygujących rozwiązań jest system określany jako living sound. Nie chodzi o sztuczne dorabianie warkotu, co byłoby dość smutnym przyznaniem, że elektryk bez przebrania nie potrafi obronić swojej tożsamości. Tarform wzmacnia elektromagnetyczny puls silnika, aby motocykl był słyszalny i dawał kierowcy bardziej fizyczne poczucie kontaktu z maszyną.
To akurat rozumiem. Cisza elektryków bywa przyjemna, ale w motocyklu dźwięk pełni funkcję większą niż dekoracja. Informuje, ostrzega, buduje rytm jazdy. Dobrze, jeśli producenci szukają nowego brzmienia zamiast puszczać z głośnika cyfrową imitację garażowego basu. W przeciwnym razie elektromobilność szybko zamieni się w festiwal fałszywych emocji, a tych mamy już w technologii aż nadto.
Piękny, drogi, trochę ryzykowny
W Verze jest coś pociągającego, ale też warto zachować chłodniejszą głowę. Tarform nie jest Hondą ani Yamahą. To mała, butikowa marka, która buduje swoją pozycję na designie, rzemiośle i obietnicy długowieczności produktu. Dla jednych to zaleta, bo dostają coś rzadkiego i osobnego. Dla innych ryzyko, bo przy motocyklu liczy się nie tylko wygląd, ale też serwis, części, dostępność, wsparcie i zwykła pewność, że za kilka lat będzie z kim rozmawiać.
Vera pokazuje jednak kierunek, którego w elektrycznych motocyklach bardzo brakowało. Mniej katalogowego futurystycznego plastiku, więcej myślenia o tym, że pojazd musi uruchamiać wyobraźnię, zanim ktokolwiek zacznie liczyć kilowatogodziny. I może właśnie dlatego ten motocykl jest ciekawy nawet dla osób, które nie planują przesiadki na dwa koła.
Elektryczna mobilność potrzebuje nie tylko lepszych baterii. Potrzebuje rzeczy, na które chce się patrzeć i których chce się używać bez poczucia, że bierze się udział w pokazie technologicznym. Tarform Vera nie jest motocyklem dla każdego. Ale jeśli takie projekty zaczną wypychać elektryczne jednoślady z niszy dziwnych wynalazków, to wreszcie może się okazać, że przyszłość na dwóch kołach nie musi pachnieć nostalgią za benzyną.
