Rozumiem, świat się zmienia. Normy emisji nie mają sentymentu do historii marek, klienci w Chinach i Kalifornii inaczej definiują luksus, a miliarderzy też czasem chcą przewieźć rodzinę czymś droższym niż bardzo rozsądny SUV za pół miliona. Ale Ferrari przez dekady żyło z pewnego rodzaju bezczelności. Było głośne, czerwone, często niewygodne, czasem absurdalne, za to zawsze miało w sobie obietnicę, że za chwilę wydarzy się coś nie do końca legalnego, nawet jeśli tylko na pustej drodze pod domem.
Luce wygląda jak moment, w którym ktoś tę obietnicę przepuścił przez dział strategii, prezentację dla inwestorów i bardzo drogie studio designu. Efekt jest szybki, technicznie imponujący i zapewne perfekcyjnie dopracowany. Tylko że przy Ferrari samo imponowanie nigdy nie wystarczało.
Ferrari dla tych, którzy chcą superauta, ale też miejsca na dzieci
Luce ma być pierwszym w pełni elektrycznym Ferrari. Nie hybrydą, nie pokazem możliwości na salon samochodowy, ale pełnoprawnym modelem, który ma trafić do klientów. I od razu mamy decyzję, która brzmi jak prowokacja wobec purystów: cztery drzwi i pięć miejsc. Po Purosangue można było się spodziewać, że Ferrari już dawno przestało udawać, że rodzina i bagaż są czymś wstydliwym. Mimo to elektryczny debiut w takiej formie sprawia wrażenie, jakby marka weszła do własnego muzeum i zapaliła światło jarzeniowe.

Technicznie trudno się przyczepić. Cztery silniki elektryczne, ponad 1000 KM w trybie boost, przyspieszenie od 0 do 100 km/h w 2,5 s, prędkość maksymalna 310 km/h i zasięg przekraczający 530 km. Bateria ma 122 kWh, architektura pozwala na ładowanie z mocą do 350 kW, a całość powstaje w Maranello. Cena? Około 550 000 euro, czyli mniej więcej 2,33 miliona zł.
Na papierze to potwór. W praktyce mam wrażenie, że to potwór ubrany w kaszmirowy golf i wysłany na panel o przyszłości mobilności premium.
Jony Ive przy Ferrari, czyli kiedy Maranello zagląda do Cupertino
Za projekt Luce odpowiada Ferrari Design Studio we współpracy z LoveFrom, czyli studiem Jony’ego Ive’a i Marca Newsona. Samo to zdanie wyjaśnia sporo. To samochód, który chce być dotykowy, minimalistyczny, dopracowany w detalach i zapewne bardzo przyjemny do oglądania z bliska. Aluminium, skóra, fizyczne przełączniki połączone z ekranami, kabina bardziej industrialna niż klasycznie sportowa – wszystko to brzmi jak luksus zaprojektowany dla ludzi, którzy już nie chcą krzyczeć, że mają pieniądze. Wolą, żeby pieniądze było widać po tym, jak dyskretnie wszystko zostało obrobione.

Tylko że Ferrari nigdy nie było dyskretne. Ferrari miało w sobie coś z czerwonej szminki założonej do białej koszuli w poniedziałek rano. Trochę za dużo, ale właśnie dlatego człowiek patrzył. Luce, przynajmniej na zdjęciach, bardziej przypomina luksusowy obiekt technologiczny niż samochód, który ma budzić lekki niepokój u sąsiadów.
I tu mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem, dlaczego Ferrari poszło po Ive’a. Elektryczna era wymaga nowego języka. Gdy znika silnik V8 albo V12 jako główny bohater, trzeba czymś wypełnić ciszę. Można więc postawić na projekt, materiały, światło, proporcje, rytuały dotyku. Z drugiej strony, gdy Ferrari zaczyna wyglądać jak odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby Apple jednak zrobiło samochód dla oligarchów z dobrym gustem, trudno nie parsknąć.

Dźwięk z głośnika, ale podobno nie zmyślony
Najbardziej zabawny i zarazem najbardziej desperacki element elektrycznego Ferrari dotyczy dźwięku. Luce nie ma po prostu odtwarzać nagranego ryku silnika jak samochodowy odpowiednik aplikacji z odgłosami kominka. System ma zbierać rzeczywiste wibracje układu napędowego, przetwarzać je i wzmacniać w kabinie oraz na zewnątrz. Porównanie do gitary elektrycznej samo się narzuca – drganie jest prawdziwe, wzmacniacz tylko robi z niego wydarzenie.
To akurat rozumiem bardziej, niż chciałabym przyznać. Kierowca sportowego auta potrzebuje informacji zwrotnej. Dźwięk przez lata mówił, kiedy silnik żyje, kiedy prosi o zmianę biegu, kiedy zaczyna się ten moment, dla którego ludzie płacą absurdalne pieniądze. W elektryku tę rolę trzeba wymyślić na nowo. Ferrari wybrało rozwiązanie bardziej ambitne niż zwykły syntetyczny hałas.

Tyle że cały czas mówimy o Ferrari, które tłumaczy światu, że jego elektryczne auto będzie miało coś w rodzaju autentycznie wzmocnionego brzmienia. Sam fakt, że trzeba to tłumaczyć, jest pięknie groteskowy. Marka, która kiedyś sprzedawała emocje zanim klient zdążył zapytać o dane techniczne, teraz musi opowiadać, dlaczego głośnik nie jest obciachem.
Szybkie, drogie, imponujące. I jakoś trudno mi się zachwycić
Nie twierdzę, że Luce jest złym samochodem. Przeciwnie, podejrzewam, że będzie fenomenalnie szybkie, piekielnie dopracowane i bardziej komfortowe niż większość rzeczy, które do tej pory nosiły znaczek Ferrari. Może nawet okaże się lepsze w codziennym użyciu niż samochody, które fani marki czczą jak relikwie. To właśnie jest problem.
Ferrari coraz mocniej dryfuje w stronę luksusu jako doświadczenia pełnego, wygodnego, technologicznego i rodzinnego. Purosangue już otworzyło drzwi, Luce wjeżdża przez nie bez przepraszania. A ja nie umiem pozbyć się wrażenia, że w tej zmianie ginie część pięknego bezsensu, który przez lata był paliwem tej marki. Bo Ferrari miało być trochę nierozsądne. Miało wymagać kompromisów. Miało przypominać, że nie wszystko w życiu musi być praktyczne, ciche i kompatybilne z trybem Range.

Luce pewnie znajdzie klientów. Przy tej grupie docelowej nie trzeba przekonywać ludzi, że to rozsądny zakup, bo nikt rozsądny nie wydaje ponad 2 milionów złotych na elektryczne pięciomiejscowe Ferrari. Tu kupuje się dostęp do nowego rozdziału marki, technologiczną rzadkość i prawo do powiedzenia, że ma się pierwsze elektryczne Ferrari w garażu.
Tylko czy właśnie o tym marzyliśmy, kiedy myśleliśmy o przyszłości Maranello? Mam wątpliwości. Elektryfikacja Ferrari była nieunikniona, ale sposób jej podania wygląda jak eksperyment przeprowadzony na najbardziej wrażliwej części legendy. Luce może być szybkie jak grzech i drogie jak pałac nad jeziorem Como. Nadal pierwsze wrażenie zostaje to samo: gdzieś tam Enzo przewraca się na drugi bok i chyba nawet nie chce słyszeć, jak to brzmi po wzmocnieniu przez głośniki.
