Zgodnie z planami III wojny światowej, Ludowe Wojsko Polskie w sile ok. 400 tys. żołnierzy miało uderzyć wraz z armiami: radziecką stacjonującą w NRD (400 tys. żołnierzy) oraz czechosłowacką na Danię, Belgię i Holandię. Wojska te miały utworzyć wspólnie tzw. I rzut strategiczny. W ich miejsce miał przybyć II rzut strategiczny, czyli ok. 2 mln żołnierzy radzieckich z terytorium ZSRR. Wojska pozostałych państw bloku socjalistycznego miały wspomóc sojusznicze działania na własnych frontach wojennych. W teorii sztabowej wojna ta miała zakończyć się całkowitą supremacją ZSRR od Władywostoku aż po kanał La Manche. Rosjanie zakładali, że starcie potrwa od 7 do 18 dni – taki plan miał szanse powodzenia tylko przy użyciu jednego rodzaju broni. – W odtajnionych przeze mnie dokumentach Układu Warszawskiego znajduje się m.in. mapa sztabowa ćwiczeń z 1979 roku: „Gra wojenna kierowniczej kadry MON”, przedstawiająca atak na zachodnią Europę z użyciem broni atomowej.

To scenariusz wielkiego konfliktu nuklearnego między NATO i Układem Warszawskim, którego efektem byłoby zniszczenie dużej części naszego kraju – mówi min. Radek Sikorski, kierujący do niedawna Ministerstwem Obrony Narodowej. – Sztabowcy Układu Warszawskiego przewidywali kontratak i obliczyli, że rakiety z głowicami jądrowymi spadną na 43 polskie miasta – głównie te z ważnymi mostami drogowymi i kolejowymi, przez które miał przejeżdżać drugi rzut wojsk radzieckich atakujących Zachód. Z powierzchni ziemi miały więc zniknąć m.in. Warszawa, Poznań, Wrocław, Szczecin, a także miasta Górnego Śląska. Wypowiedzi niegdysiejszych socjalistycznych przywódców: Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego, że w Polsce nie ma broni atomowej, były jedynie czystą propagandą. – Na jednej z odtajnionych przeze mnie map widnieje podpis generała Jaruzelskiego – podkreśla w rozmowie z „Focusem Historia” minister Sikorski.

KRYPTONIM „WISŁA”


Co dokładnie znajduje się w odtajnionych dokumentach? Najważniejsza jest teczka o kryptonimie „Wisła”, jeden z najpilniej strzeżonych sekretów PRL-u. Składa się na nią kilkadziesiąt dokumentów Układu Warszawskiego, które są niezbitym dowodem na to, że w naszym kraju znajdowały się sowieckie głowice jądrowe, a wytypowane polskie jednostki rakietowe i lotnicze miały wziąć udział w zmasowanym uderzeniu na europejskie państwa NATO. – To ważne dokumenty. Do tej pory jedynie spekulowano, jakoby broń jądrowa znajdowała się na terytorium Polski. Jednak nie było informacji, kiedy i gdzie ją przechowywano – podkreśla Paweł Piotrowski z wrocławskiego oddziału IPN. Piotrowski od ponad roku bada akta Układu Warszawskiego.

Z materiałów wynika, że w tajnych magazynach wojskowych w Templewie obok Trzemeszna Lubuskiego, Brzeźnicy-Kolonii koło Jastrowia oraz Podborsku niedaleko Białogardu znajdowało się 178 ładunków jądrowych. Z tego: 14 głowic o mocy 500 kt (kilotona – jednostka określająca moc ładunku wybuchowego), 35 o mocy 200 kt, 83 o mocy 10 kt, a ponadto 2 bomby lotnicze o mocy 200 kt, 24 o mocy 15 kt i 10 o mocy 0,5 kt. W przypadku wojny miały być one wydane polskim jednostkom. To potężny arsenał: liczył łącznie 15 595 kiloton. Dla porównania – bomba, która zniszczyła Hiroszimę w 1945 r., miała moc 15 kt. Było pewne, że w przypadku atomowego ataku NATO odpowie kontruderzeniem. O stratach wśród ludności cywilnej nie mówiono, jednak odwetowy atak Paktu Północnoatlantyckiego zmieniłby znaczną część Polski w atomową pustynię. – Proszę pamiętać, że w doktrynie Układu Warszawskiego do czasu dojścia do władzy Gorbaczowa nie przewidywano żadnych operacji defensywnych. Rozkaz był tylko jeden: naprzód – podkreśla Piotrowski.

CZY OFICEROWIE WYKONAJĄ ROZKAZY?


Powstały w 1955 roku w Warszawie sojusz wojskowy podporządkowywał ZSRR armie państw socjalistycznych. Układ Warszawski był w latach 70. największą konwencjonalną potęgą wojskową (ZSRR wydawało na zbrojenia niemal 2/3 swojego budżetu) i stale przygotowywał się do nuklearnej konfrontacji z Zachodem. Oznacza to, że wszystkie ćwiczenia wojskowe Układu Warszawskiego, podobnie jak narady i plany socjalistycznych sztabowców, miały jeden cel: w jak najkrótszym czasie podbić Europę. – Dla obowiązującej w Układzie Warszawskim radzieckiej doktryny wojskowej śmierć ludności cywilnej nie miała żadnego znaczenia. Wystarczy przypomnieć, że tylko w Afganistanie od kul radzieckich „oswobodzicieli” zginęło ponad milion cywili – tłumaczy Radek Sikorski.

Powstaje pytanie, czy oficerowie Ludowego Wojska Polskiego wykonaliby otrzymane rozkazy, gdyby miały oznaczać śmierć milionów obywateli PRL, zagładę kilkudziesięciu wielkich polskich miast (w tym stolicy kraju), a w efekcie początek III wojny światowej? – Do szkół oficerskich przyjmowano starannie wyselekcjonowane osoby, które poddawano treningowi, mającemu na celu wypracowanie tzw. automatyzmów. Mówiąc wprost, chodziło o nauczenie bezwzględnego wykonywania poleceń otrzymanych „z góry”. Jestem przekonany, że zostałyby wykonane – mówi ppłk Janisław Paciorek, dr psychologii klinicznej, w latach 70. psycholog Zakładu Dydaktyki Wojskowej Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej im. Janka Krasickiego w Dęblinie. – W latach 60. w naszym wojsku nie było specjalistycznej służby psychologicznej. Byli Radosław Paciorek Historyk, współpracownik Muzeum Powstania Warszawskiego. jedynie oficerowie polityczni, którzy urządzali odprawy dla kadry w stylu: „Wiecie, rozumiecie, musicie kształtować swój patriotyzm i wykonywać rozkazy”. Potem puszczali filmy, w których prezentowano potęgę radzieckiej myśli wojskowej: niszczycielskie działanie fali uderzeniowej i wybuchów jądrowych, które roznosiły w pył specjalnie wybudowane w tym celu na Syberii ogromne, puste miasta. Robiło to na nas piorunujące wrażenie – mówi dr Paciorek.

KAWALER I CZŁONEK PZPR

 


Radzieckie głowice miały trafić m.in. do polskich brygad artylerii wyposażonych w rakiety operacyjno-taktyczne. Te jedne z najtajniejszych wówczas jednostek stacjonowały w Orzyszu, Choszcznie, Biedrusku i Bolesławcu. Ale ładunki jądrowe miały być dostarczone także do wojsk lotniczych. – Piloci wyznaczeni do lotów w czasie konfliktu nuklearnego z Zachodem musieli być kawalerami i członkami PZPR. Szkolili ich radzieccy instruktorzy, którzy specjalnie w tym celu przyjeżdżali do Bydgoszczy – opowiada proszący o zachowanie anonimowości pułkownik rezerwy, służący w latach 60. w 5. Pomorskim Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego. – Pamiętam, jak w marcu 1968 roku ćwiczyliśmy z 11. Dywizją Pancerną tworzenie tzw. atomowych korytarzy, przez które na Zachód miały ruszyć dywizje pancerne Układu Warszawskiego. Nasi piloci ćwiczyli uzbrajanie samolotów w bomby nuklearne.

Wiele lat później te same procedury trenowano na lotnisku w Powidzu (woj. wielkopolskie – red.), gdzie stacjonowały samoloty przystosowane do przenoszenia bomb atomowych. Były to zakupione przez Polskę w latach osiemdziesiątych samoloty Su-22 M4. Co kryje się za określeniem „atomowe korytarze” dla nacierających na Zachód dywizji? – Totalna destrukcja wszystkiego i wszystkich na wyznaczonym odcinku – mówi wspomniany wyżej pułkownik. – Nacierającym wojskom pancernym miało to umożliwić jak najszybsze zajęcie zachodniej Europy, tak aby nie zdążyły do niej przybyć z pomocą wojska amerykańskie. Planowano, że zmasowany atak jądrowy na kraje NATO będzie trwał około godziny. Potem do szarży miały przystąpić wojska pancerne. – To dla nas miano wyrąbać te korytarze. Nasze czołgi dysponowały autonomicznymi systemami służącymi do samodzielnego odkażenia po przejechaniu przez tereny po eksplozji. Zresztą zawsze mogliśmy liczyć na nasze oddziały chemiczne – mówi mjr Krzysztof Gaj z Dowództwa Sił Lądowych w Warszawie, w latach 80. dowódca kompanii czołgów w 17. Pułku Zmechanizowanym. – Rentgenometry umieszczone na czołgach dowódców na bieżąco wskazywałyby stopień napromieniowania. Przy założeniu, że pancerz dziesięciokrotnie powstrzymuje promieniowanie przenikliwe, przez 4 dni bylibyśmy bezpieczni. Dopiero piątego dnia zaczęłyby się choroby popromienne. Los tych żołnierzy z pancernych dywizji, którzy podczas ataku dostaliby śmiertelne dawki promieniowania, był z góry przesądzony: najwyżej 2–3 tygodnie życia. Ale ten czas też należało wykorzystać. Dowództwo planowało dać im bilet w jedną stronę – zostaliby skierowani do ataku na najsilniejsze zgrupowania wojsk NATO. – Wyszkolony żołnierz przestaje myśleć: wykonuje polecenia – mówi mjr Gaj. – Żołnierzy każdej armii przyzwyczaja się do działania w stresie.

Podczas szkolenia oficerowie sięgają po różne metody, od zwykłego egzekwowania poleceń po brutalny zamordyzm. Rozkazy zostałyby wykonane. Co więcej, gdy przypominam sobie roczniki wyszkolonych przeze mnie żołnierzy, to myślę, że ten atak mógłby się udać i moja kompania umyłaby czołgi w Sekwanie – dodaje major Gaj. Oczywiście, pod warunkiem, że major i jego ludzie by przeżyli, bowiem sztabowcy Układu Warszawskiego zakładali, że zginie 53 proc. żołnierzy pierwszego rzutu. – My obliczaliśmy, że wykruszy się nawet 60 proc. żołnierzy: część zginie, a pozostali staną się niezdolni do walki na skutek traumy, jakiej doświadczą na terenach zniszczonych bronią jądrową, i trzeba ich będzie wycofać – dodaje ppłk Paciorek.

DLACZEGO NIE WYBUCHŁA?


Najbardziej zaufani towarzysze z generalicji Układu Warszawskiego wiedzieli o tym, co niżsi oficerowie mogli jedynie podejrzewać: NATO opracowało plan mający nie dopuścić do atomowego ataku ze Wschodu. Wojska europejskich członków NATO miały za zadanie powstrzymać jedynie uderzenie pierwszego rzutu strategicznego wojsk radzieckich stacjonujących we wschodnich Niemczech oraz armii polskiej, enerdowskiej i czechosłowackiej. W tym czasie maszerujący z terenów obecnej Ukrainy i Białorusi drugi rzut strategiczny liczący 2 miliony wojsk radzieckich zostałby zatrzymany na linii Wisły zmasowanym atakiem atomowym. To pozwoliłoby dotrzeć do Europy wojskom amerykańskim, zanim umierające na chorobę popromienną wojska radzieckie dotarłyby do rejonu walk toczonych pomiędzy Renem a Łabą. To pewne, bo do tej akcji użyto by nie kilku głowic, ale większości ze świeżo wówczas zainstalowanych na Zachodzie atomowych rakiet średniego zasięgu. Nie zmienia to faktu, że apokaliptyczna wizja zmiażdżenia zachodniej cywilizacji i zastąpienia jej jedynym słusznym, bo radzieckim modelem powszechnej szczęśliwości była o włos od urzeczywistnienia. Czy zatrzymał ją strach przed zagładą ludzkości?

Radosław Paciorek